Dzień 12 - 16.10.2011Rankiem przywitało nas nienachalne

słońce oraz piękny widoczek z balkonu... Szczyty gór Sybińskich okrył delikatny biały puszek, malowniczo kontrastujący z jesienną scenerią zboczy. Po śniadanku i dokarmieniu miejscowych czworonogów, znów ruszamy w trasę... Postanowiliśmy wykorzystać bytność w tej okolicy i odwiedzimy dwa kościoły warowne, położone w pobliżu naszego przejazdu. Najpierw odbiliśmy do osady Cisnadioara (co szybko przełożyliśmy z Łysym na Cisna dziura

), gdzie udało nam się dostać klucze do świątyni, znajdującej się na szczycie wzgórza. Trochę po angielsku, trochę po niemiecku i szast prast opłaciliśmy wstęp u pani, która ma pieczę nad tym obiektem. Irek z powodu syndromu dnia poprzedniego

został przy autach, a my zaś wspięliśmy się na wzgórze. Świątynia nie powaliła nas na kolana, że tak to ujmę, lecz widok zza murów, był warty wspinaczki

. Kolejnym punktem zwiedzania było tym razem miasteczko Cisnadie. Kościół położony w centrum osady wyglądał malowniczo, lecz oblegany był z uwagi na niedziele, przez znaczną ilość mieszkańców. Po sesji foto ruszyliśmy w stronę Sibiu, gdyż zaplanowaliśmy spacer po Starym Mieście. Kluczyliśmy chyba wszystkimi wąziutkimi uliczkami starówki w poszukiwaniu miejsca do zaparkowania, a dodatkowym problemem była nadmierna ilość uliczek jednokierunkowych... akurat zazwyczaj o kierunku przeciwnym do nam potrzebnego

... no, ale oczywiście się udało i po ustaleniu godziny zbiórki rozpierzchliśmy się pomiędzy kamieniczkami. Stare Miasto okazało się naprawdę piękne i świetnie odrestaurowane, chociaż jeszcze widać, że prace nad tym wciąż trwają. Niewątpliwie będzie tu trzeba powrócić na dłużej... Nie mogłam odmówić sobie dokarmienia również gołębi, więc zakupiwszy precle z makiem, obdarowałam nimi skrzydlate stadko. Chłodek się wzmógł, więc z Łysym wdepnęliśmy na kawkę, a chwilę później dołączył do nas Bartek z albumem Transilvania. W drodze do parkingu, Bartek nie mógł się oprzeć i wlazł do fontanny

...


















Wszystko pięknie, a przed nami jeszcze tyle drogi, ale jak rasowy japoński turysta pstrykałam z auta co się dało

. Dziś przejeżdżamy do wioski Garda de Sus w górach Apuseni, gdzie pozostaniemy dwie noce. Oczywiście droga nas wymęczyła okrutnie, więc z radością skierowaliśmy się do znajomego pensjonatu Onelia, gdzie przywitali nas gospodarze. Wieczór zszedł nam na snuciu planów na jutrzejszy dzień i degustacji miejscowej kuchni oraz zmniejszaniu zapasu piwa

. Szefowa uraczyła nas domowym ciastem, więc wieczór skończył się słodko

.







