Bieszczady 2012 z sześciolatkiem

Opisy i fotorelacje z pobytu w Bieszczadach

Bieszczady 2012 z sześciolatkiem

Postprzez Zygmunt Skibicki » 19 sie 2012, o 15:11

11 sierpnia - Łódź - Wetlina
O siódmej rano Kuba ze Stasiem, już spakowani podjeżdżają pod dom, wchodzą na chwilkę na górę i ładujemy moje bagaże do samochodu. Nawigację nastawiamy na Wetlinę i ruszamy. Trasę znamy bardzo dobrze, ale przecież teraz tyle dróg się nu nas buduje...
Był plan, by po drodze zwiedzić Jaskinię Raj, ale zbyt późno wzięliśmy się za rezerwację i zaoferowano nam jedynie wejście o godzinie 9:00... Aż tak wcześnie jednak nie zdecydowaliśmy się wyjeżdżać z Łodzi. Postanowiliśmy za to zawadzić o Chęciny. Wiele razy przejeżdżaliśmy obydwaj pod tym zamkiem, ale jeszcze w nim nie byłem.

Obrazek

Po półtorej godzinie jazdy i tak trzeba było zrobić przerwę. Jazda z sześciolatkiem, to odrębna umiejętność...
Kilka minut zabawy z piłką i ruszamy dalej na południe. Staś jest szalenie ciekawy świata i zadaje mnóstwo pytań. Trochę to męczące, ale w końcu... kogo ma pytać jak nie nas?

Obrazek

Nawigacja bez problemów zaprowadza nas na rynek w Chęcinach - zatrzymujemy się pod dobrze zrobionym planem miasta, skąd odczytujemy prostą i niezbyt długą drogą na górę zamkową.

Obrazek

Zresztą... ledwo zrobiliśmy parę kroków, zamek i droga do niego ukazały się nam... same.

Obrazek

Zamek Chęciński nie należy do wielkich, ale jest położony bardzo widokowo...
Z wejściem na wieżę były niejakie problemy, ale koniec końców Staś osobiście policzył ilość stopni. Doliczył się ich 113, co jak na sześciolatka samo w sobie jest zupełnie dobrym wynikiem.

Obrazek

Widok z wieży na miasteczko i pobliski zakład przerobu kamienia wapiennego Miedzianka - na zdjęciu z dymiącym kominem. Ileż lat zamawiałem w nim kamień wapienny dla Cukrowni...?
Na chęcińskim rynku kupujemy jeszcze bochenek chleba, i ruszamy dalej.

Obrazek

Przy okazji tankowania zjadamy obiad...
Pogoda zaczyna się psuć. Wreszcie zaczyna mżyć, a po jakimś czasie padać...
W końcu ulewa robi się tak silna, że Kuba na chwilę zatrzymuje samochód.
W dodatku zaczynamy zagłębiać się w tereny, gdzie drogi należą do najgorszych w kraju...
Po kilku nawrotach deszczu, kilku rozpogodzeniach, ale nadal w lekkiej mżawce docieramy do celu. Hotel Górski Wetlina wita nas niezbyt zatłoczonym polem namiotowym. Prawdę mówiąc, jest tam... pustawo.

Mamy ze sobą zupełnie przyzwoity namiot, ale idę do recepcji i pytam o wolne pokoje. Nie ma żadnego, ale jest wolna zbiorówka przy kuchni turystycznej, więc ją bierzemy na dwie noce. Potem się zobaczy...
Szybko wypakowujemy to, co jest potrzebne do egzystencji w tych warunkach, robimy kolację i kładziemy się spać z mocnym postanowieniem, że jeśli tylko rano nie będzie padało, to idziemy na Przełęcz Orłowicza, a może nawet na Smerek, bo doświadczenie górskie mówi nam, żeby nie marnować dni z dobrą pogodą...

12 sierpnia - Smerek
Śniadanie jemy dość szybko. Kanapki i termos z herbatą dla Stasia lądują w plecakach i... w drogę. Do podstawy szlaku podjeżdżamy samochodem. Jest nawet jakaś strzałka na parking "Przy szlaku", ale coś podejrzanie za daleko oddala się od obwodnicy, więc wracamy i parkujemy pod sklepem "abc"... jak większość.

Obrazek

Pogoda nie jest za... "ola-boga", zdjęcia coraz bardziej sinieją, ale humory dopisują.

Obrazek

Starą budkę parkową znajdujemy kompletnie zamkniętą w stanie, powiedzmy... scenograficznym.
Kawałek dalej jest nowa i działająca. Tuż obok odnajdujemy ten parking "Przy szlaku". Kto pozwolił aż tak się zbliżyć samochodom do Parku? Czy w Bieszczadach zawsze i wszystko musi być przemyślane... "inaczej"?

Obrazek

W połowie drogi do połoniny znajdujemy niezłą wiatę, ale pod nią jest straszny bałagan, więc siadamy przy masywnym stole na zewnątrz.

Obrazek

Przy wyjściu na połoninę robi się mgliście i zaczyna kropić...
Dość... warunkowo ruszamy dalej w górę...
Najprawdopodobniej z powodu kompletnie żadnych widoków Staś zaczyna grymasić. Prawdę mówiąc i nam nie jest zbyt fajnie...
Na Przełęczy Orłowicza duje tak, że Staś sam narzuca ostre tempo marszu i jednym "śmigiem" wchodzimy na Smerek. Trudno powiedzieć... mgła nas otacza czy już chmury?
W każdym razie z tego czegoś kropi. Kicha...!
Obrazek

Termosowa herbata robi swoje...

Obrazek

Staś robi "kanapki" z suszonych owoców i orzeszków... Humory dopisują, aczkolwiek widoków nie ma jakichkolwiek.
Jeszcze tylko pasowanie Stasia na hucuła w sposób wiadomy i znany wszystkim już pasowanym i zmykamy w dół.
Teraz już Staś wykazuje szybko rosnące objawy znużenia, a zapewne i znudzenia...
No, nie była to zbyt udana wycieczka. Tyle, że udało się nam nie dostać ostro po tyłkach, choć... było blisko - to też już coś!
Dość krótko po wyjściu na asfalt w Kalnicy łapiemy busa i nim docieramy do samochodu.
Tam kupujemy bundz - Stasiowi smakuje.

Przebrani i najedzeni idziemy na lody - Staś stawia!

Obrazek

Wycieczka na lody... To zawsze działa!

Obrazek

Potem jeszcze trochę bawimy się piłką na mokrej trawie - Staś niektóre strzały obronił!

Obrazek
Tu już niestety proza życia okazywała się zawsze dla Stasia smutną... na razie!
Planujemy, że jeszcze wejdziemy na Wetlińską i na Tarnicą oraz: ciuchcia, Solina i może skansen sanocki...

13 sierpnia - mży, pada, leje...
Budzimy się i od razu wszystko nam "siada". Ani mowy, by gdziekolwiek wyjść na wycieczkę.
Sam się ubieram "pancernie" i idę po zakupy.

Obrazek

Co tu dużo gadać: niby jakieś ogłoszenia na drzwiach są, ale całość zamknięta na cztery spusty!
Na szosie więcej widzę samochodów niż pieszych...

Obrazek

W zlanych deszczem chęchlach można znaleźć jeszcze relikty odległej przeszłości...
Ale poza tym to Wetlina, którą pamiętam sprzed trzech lat, to już zupełnie inna miejscowość. Już prawie nie ma starych obiektów. Zginęły śladu kolejki wąskotorowej, retorta do wypalania węgla została jedna jako ozdoba obejścia, w starym sklepie pamiętającym czasy denaturatu i chleba dziś jest nowa restauracja - jedna z kilkunastu nieodległych. Nowych zabudowań jest naprawdę mnóstwo, a przed prawie każdym po kilka wypasionych samochodów z rejestracjami z całego kraju. Zapensjonatowana jest Wetlina na potęgę. I te pensjonaty zaczynają się wspinać coraz wyżej okolicznych stoków! Do prawie każdego jest asfaltowy dojazd...

Obrazek

Staś oczywiście się nudził... Trudno się dziecku dziwić. Zamknięty z pogodowej konieczności w małej schroniskowej sypialni zbiorowej, wymyślał, a my z nim różne zabawy z dostępnymi przedmiotami. Prognozy okazywały się niedobre jeszcze na dwa kolejne dni. Trwaliśmy w oczekiwaniu... jakoś.

Kolejna, poobiednia wycieczka na lody skończyła się kompletnie zlanymi deszczem kurtkami.

14 sierpnia - leje, mży, pada...

Obrazek

Nasze pomysły na uatrakcyjnienie Stasiowi zamknięcia w betoniaku zaczynają przybierać kształt coraz bardziej ryzykowny...
A miały być noce pod namiotem, ogniska, grile i budowanie tam na Wetlince...

Obrazek

A zostało opowiadanie o tym... tylko!
Ja przynajmniej miałem tę rozrywkę, że chodziłem po zakupy.

15 sierpnia - mży... tylko czasami!
To już trzeci dzień deszczu. Prognozy mówią, że około 16-tej ma przestać...
Wreszcie nie leje!
W każdym razie... nie pada, a nawet nie mży... chwilami. Bywa, że nawet dłuższymi.
Nasze plany redukowane codziennie dotyczą już tylko Lutka i Tarnicy...

Obrazek

Jak zaczynam robić takie zdjęcia, to jawny dowód, że na rzeczywistość ogólnie fatalną trzeba z konieczności patrzeć bardzo... selektywnie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Nie tylko mnie się te kwiatki spodobały...

Obrazek

Korzystając ze słabnącej mżawki jedziemy do Nasicznego pokazać Stasiowi wodospady na Nasiczniańskim.

Obrazek

Niestety, komendantka obozu harcerskiego nie pozwoliła nam podejść do nich z korzystniejszej strony. Trudno...

Obrazek

Wracamy na obiad do naszej "bazy". A namiot "kisi" się w bagażniku...!
Po drodze oczywiście bacówka, co by Staś spróbował żętycy. Kupujemy też blade, ledwo okopcone oscypki...

Obrazek

I smętne spojrzenie w stronę Lutka...

Obrazek

Po południu, z racji że nie pada podjeżdżamy na Wyżniańską i podchodzimy pod schronisko...

Obrazek

Zwracam uwagę na niebieską tabliczkę ostrzegawczą!
Pies - jak dla nas! - okazał się łagodny jak baranek, a właściciel... jeszcze bardziej!

Obrazek

Po powrocie jeszcze trochę zabawy na świeżym powietrzu...

Obrazek

O 19-tej nad naszymi głowami zaczął się przetaczać łomot...
Ten "koncert" trwał do 23-iej!
Drobiazg! 50 metrów od obwodnicy stała potężna aparatura nagłaśniająca, a tuż za tą szosą zaczyna się Bieszczadzki Park Narodowy...
Że pitko ponad kilometr jest do najbliższej ostoi niedźwiedzi, to przecież pryszcz...!
Fakt, że muzycy dość sprawnie sobie radzili z popisowymi "kawałkami" muzyki także poważnej nie zmienia postaci rzeczy: jak na taką bliskość Parku Narodowego robili to stanowczo za głośno. Kuba ze Stasiem sprawdzili, że najlepiej, tak "po ludzku" tych koncertów słuchać z odległości circa 300 do 500 metrów ze stumetrowym, oddzielającym pasem wysokich buków po drodze!

Obrazek

Tego wieczora mieliśmy jeszcze przygodę, po której stasiowy Duduś wyglądał jak wyżej...
Jak do jutra jako tako obeschną szlaki, to wybieramy się na Wetlińską...
No i może wreszcie zamieszkamy w naszym namiocie...

16 sierpnia - czujemy się oszukani prognozami
Mam w d...e taki urlop!
Miało wreszcie dziś nie lać - na to czekaliśmy w deszczu trzy pełne doby!
W nocy jednak dalej lało, a rano jeszcze mżyło, więc się spakowaliśmy i wróciliśmy do domu.
Na pożegnanie, tuż przed wsiadaniem do samochodu wyjrzało nam słońce! Chwalić Boga - po trzech i pół dobie kompletnie burego nieba. Nie daliśmy się zwieść...!
Po drodze, no może nie za bardzo po drodze... zawadziliśmy o Wieliczkę i wcale nie żałujemy, bo to była jedyna udana impreza tego urlopu!
Po kolei...
Postanawiamy tym razem dać się nawigacji popisać. Ta wybiera drogę do Wieliczki przez Komańczę i Duklę, co okazuje się strzałem w dziesiątkę!
Nawierzchnie wcale nie takie złe, a natężenie ruchu niemal zerowe! O średniej 67 km/godz można na szosie przez Sanok tylko pomarzyć!

Obrazek

Biletów nie mieliśmy zarezerwowanych, ale długa kolejka posuwała się nha tyle szybko, że nie traciliśmy humorów...

Obrazek

386 schodów w dół! To robi wrażenie!

Obrazek

Takie belkowania wypełniają powyrobiskowe pustki zagrożone zapadnięciem się...

Obrazek

Kaplica św. Kingi fotografowana aparatem... zbyt słabym jak na takie warunki.

Obrazek

Ostatnia Wieczerza wyrzeźbiona w solnym spągu...

Obrazek

I takiej rzeźby nie mogło tu zabraknąć...

Obrazek

Stopień skomplikowania tej konstrukcji powala...

Na koniec zjedliśmy jeszcze solidne obiady 135 metrów pod ziemią, zrobiliśmy sobie fotki w ostatniej ze zwiedzanych kaplic:

Obrazek

Obrazek

I startujemy do ostatniego etapu naszej podróży. Tuż po 22-ej wracamy szczęśliwie do domów...
Tym razem namiot i cała reszta sprzętu biwakowego okazały się zbędnymi.
Może innym razem...
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Powrót do Relacje z Waszych pobytów i wypraw

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zarejestrowanych użytkowników i 0 gości


Loading

O F I C J A L N E    F O R U M    D Y S K U S Y J N E    S E R W I S Ó W:
               

Forum bieszczadzkieforum.pl używa plików typu cookies do poprawnego działania strony, w celach statystycznych, reklamowych, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz by umożliwić logowanie zarejestrowanym użytkownikom. Korzystanie z forum bieszczadzkieforum.pl, bez zmian ustawień w używanej przez Państwa przeglądarce internetowej oznacza zgodę na wykorzystywanie technologii cookies i zapisywanie ich w pamięci Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.