Coś Wam opowiem. Jak to ja...
Zaczynałem "moje" Bieszczady na początku lat 70-tych tamtego stulecia.
Wtedy zatrzymywało się parową ciuchcię ciągnącą wózki z dłużycą stając w dowolnym miejscu przy torach i unosząc w dłoni... paczkę "Sport" lub butelkę piwa - to były bilety! Siadało się na kłodach trzymając mocno swój plecak, co by nie spadł i... jechało do miejsca uzgodnionego z maszynistą. Lokomotywki były opalane głównie klockami drewna, a zwrotnice przestawiał sam maszynista zatrzymując się przed nimi...
Można było złapać taką okazję praktycznie wszędzie na linii Rzepedź - Cisna - Wetlina. Można też było czekać na nią przy torach dzień lub nawet... kilka.
Potem przyszła pora na te same parowoziki ciągnące wraz z dłużycą także jeden, dwa wagoniki towarowe z ławkami wokół wnętrza. Wtedy jeszcze atrakcją takiej przejażdżki było uzupełnianie po drodze tendra wodą z potoku przy pomocy zwykłej drewnianej dłubanki. A jak zabrakło paliwa, to w wielu miejscach przy torach leżały zawsze jego hałdy. Jak się komuś śpieszyło, to pomagał przy załadunku. Nie było stacji, peronów, zawiadowców, konduktorów, biletów i tym podobnych fanaberii początków wieku... dwudziestego.
Następny etap to kursy wyłącznie osobowe wagonikami zdecydowanie bardziej cywilizowanymi. No i postoje już były tylko na stacyjkach. Tendry chyba montowano większe, bo dłubanki już się nie widywało, ale w całych składach zapach "wody tendrowej" był i to intensywny. Tyle że cały czas skracano zasięg czynnych torów...
Teraz wagoniki ciągnie spalinówka za to na "dwóch trasach tej samej linii". Tys piknie!
Pewnie niebawem linia zostanie zelektryfikowana z powodów przepisów unijnych dotyczących ochrony środowiska, albo p-poż...
I zawsze to była, jest i będzie atrakcja... jakaś, głownie dla tych, którzy nie doświadczyli tego znacznie wcześniej z dużo starszej postaci.
Ale czy w ogóle jest jakakolwiek szansa na zatrzymanie czasu? Wszak dzisiaj zachwycający się eskapadą za "spalinówką" i tak za kolejne 20 lat będą snuli opowieści: jak to ekstra dawniej w Bieszczadach się leśną kolejką jeździło...!
Największą w moim życiu atrakcją kolejki bieszczadzkiej była kilkugodzinna wędrówka starym, całkowicie rozebranym już torowiskiem kolejki z wybutwiałymi podkładami i pozapadanymi mostkami na stoku doliny gdzieś na północ od Kińczyka Bukowskiego. To była wyrypa! Jest tu gdzieś takie moje opowiadanie "Sobie wędrowanie takie"...
Uwaga! To jest stricte "z mchu i paproci"!






