Kilka stron wcześniej napisałem coś takiego:
1. Dzisiejsi autochtoni byli całkiem niedawno allochtonami! Ludzie mieszkający tam ponad 20 lat, to wyjątki, ponad 30 to... relikty, a ponad 40... eksponaty prawem chronione!
2. Tak szybko "przefarbowani" na autochtonów chwilę temu niewiele musieli kupić, a i to za niewielkie pieniądze, by mieć do dyspozycji od cholery darmowej przestrzeni i stosunkowo dużo przyjezdnych do złupienia.
3. Ww. proceder okazał się tak intratny, że chętnych na "szybką farbę" zrobiło się za dużo, działek z powodu "oparkanienia" Bieszczadów nie ma, albo są już zdecydowanie droższe, darmowej przestrzeni życiowej nieodwracalnie ubywa - prawdę mówiąc... znikła, a w żaden sposób nie rekompensuje tego zwiększenie łatwego zarobku na turystach.
4. Przyszła bieda i nie da się w prosty sposób zdyskontować zainwestowanych pieniędzy, więc cwaniacy zaczynają stosować metody... prostackie!
Teraz przyszło mi na myśl, że przecież nie dokończyłem myśli, bo:
5. Jeśli niektórzy dawni osiedleńcy bieszczadzcy założyli, że po prostu sobie tam będą siedzieli, a turyści i tak do nich przyjdą, bo nie będą mieli innego wyjścia, i na skutek tak krótkowzrocznego widzenia świata, zapomnieli, że każdy biznesik musi dawać kasę na inwestowanie w jego unowocześnianie, to nadal oferują to, co 10 lat temu dawało jeszcze jakiś zarobek, ale dziś już go prawie nie daje w ogóle...
6. Dzisiaj osiedlający się w Bieszczadach, to już zupełnie inni ludzie niż 10, 15 lat temu. Dziś trzeba mieć rzeczywiście sporą kasę, by kupić w Bieszczadach stosownej wielkości działkę i na niej postawić to, na co zostanie wydane "Pozwolenie na budowę". Trzeba spełnić masę warunków, których nikt nie stawiał wcześniejszym osadnikom. I ci "nowi" te pieniądze mają, a jak się w końcu okaże, że nie mają, to sprzedają to co zaczęli tym, którzy kasę na ukończenie... mają.
7. Wynik jest taki, że "nowi" w Bieszczadach, ale wcale nie tylko tam, stwarzają od razu lepsze warunki bytowe dla potencjalnych turystów. No to turyści do nich idą - przecież to oczywiste!
Zjawisko zatem przybrało postać następującą - wcale nie taką znowu skomplikowaną: miejscowi jakoś jeszcze tolerują turystów, bo tych udaje się łupić, ale bykiem patrzą na kolejnych osiedleńców, bo ci odbierają im coraz trudniejszy łup.
I tak to właśnie dziś wygląda!
I teraz należy postawić pytania chyba tu najbardziej istotne:
Czy ci "nowi" są czemuś winni, że przyjechali w Bieszczady ze swoimi pieniędzmi? Przecież bez nich by nie mieli czego tam szukać!
Czy to jest jakaś ich wina, że stawiają domy takie, na jakie ich stać? A co? Mają stawiać coś na wzór baraków z okresu Iglopolu?
Czy wobec tego stwierdzenie, że ktoś tam jest NIKIM, bo go stać na kolektory, czy coś innego, to jest argument, czy stara pokomunistyczna gwiazdka wytłoczona na czole...? Kto pamięta tamte czasy, ten wie, że tak właśnie "argumentowano" na zebraniach partyjnych: badylarz był winny, bo miał szklarnię i "Żuka"!
Oczywiście, ani mi w głowie popierać czy choćby akceptować pysznienie się, wywyższanie nad innymi z powodu tych kolektorów, czy wolno opadających klap w kiblach...
Szacunek jest potrzebny! Każdemu...!
Jedyne, co winno się tępić do ostatniego korzonka, to ksenofobia i nacjonalizm... z dowolnego powodu głoszone.
"Zero tolerancji dla braku tolerancji!" - jestem ciekaw, kto wie od kogo pochodzą te słowa? Wikipedia nie wie...
Na świecie nie ma miejsc nieciekawych. Natomiast ludzie, owszem... są.
Mundek