Dzwonki na śniegu

Opisy i fotorelacje z pobytu w Bieszczadach

Dzwonki na śniegu

Postprzez Zygmunt Skibicki » 29 lip 2011, o 08:45

Dzwonki na śniegu

W nocy był pewnie mocny mróz, bo poranne słońce wspaniale iskrzyło na śniegu. Na niebie nie było ani jednej chmurki i to nastrajało pozytywnie do wcześniejszych planów. Rozłożyste, drewniane schronisko opuszczaliśmy, więc w dobrych humorach. Stara, obszerna stanica wojskowa zbudowana z drewna, teraz przerobiona na schronisko służyła wyśmienicie, ale po wygodnym i ciepłym noclegu, przyzwoitym śniadaniu, przy niemal bezwietrznej pogodzie i bezchmurnym niebie - trudno usiedzieć na miejscu. Dopiero następnego dnia czekały nas poważne, wszak przyjemne obowiązki.
W recepcji siedział nasz stary znajomy – Lutek Pińczuk:
-Umówiłem się na wieczór z dziewczyną i nie mam ochoty szukać ceperstwa po górach. O której wrócicie?
-Cholera wie, ale sami wrócimy. Nic się nie bój!
Przyjechaliśmy poprzedniego dnia i cały wieczór przegadaliśmy z nim. Kilka butelek to trwało. Wiedział, zatem dokładnie gdzie oraz którędy idziemy. Radiowe prognozy zapowiadały kilkudniowy okres ładnej pogody. To interesowało nas najbardziej. Dzisiaj szliśmy w góry sami, dla własnej przyjemności.
Mając ostre słońce prosto w oczy weszliśmy w ośnieżoną dolinę. Była końcówka kwietnia i nawet po większych ochłodzeniach nocnych przy dobrej pogodzie dnie były już ciepłe. Śnieg pod nogami topił się przy każdym stąpnięciu. Gwarantowało to szybkie przemoczenie butów, ale mieliśmy nadzieję, że w lesie będzie lepiej.
Jadąc tu autobusem widzieliśmy południowe stoki połonin już bez śniegu. Teraz jednak wszystkie widziane szczyty pokazywały północne zbocza i bieliły się nadal. Z wierzchołka Szerokiego Wierchu odchodził w prawo biały poziomy pasek. Tam wiało! Tylko jedna połonina za plecami pokazywała bure stoki. Najbardziej martwiły nas Rawki. Skrajem ich północnego, zaśnieżonego kotła mieliśmy następnego dnia poprowadzić dużą grupę zupełnie niedoświadczonych studentów. Dalej, wzdłuż Działu powinno już być łatwo. Nasza grupa miała przyjechać przed wieczorem. I tyle właśnie czasu potrzebowaliśmy dla siebie.
W lesie było rzeczywiście lepiej. Słońce nie topiło tu śniegu tak szybko i szło się zupełnie dobrze. Co prawda im wyżej, tym było trudniej i wolniej, bo śniegu robiło się coraz więcej, ale nikt nie obiecywał łatwizny. Sami zresztą tego nie chcieliśmy.
Połonina przyjemnie nas zaskoczyła. Śniegu było zaskakująco dużo, ale był zbity na twardo i nie zapadał się pod nogami. Dość mocny północny wiatr wiał z równą siłą. Nie był męczący, aczkolwiek wzmagał się wraz z wysokością.
Połonina Szerokiego Wierchu ma w górnej partii wybitny uskok. Zwykle latem, mimo dużej stromizny, nie sprawia on kłopotów. Co najwyżej po deszczach jest tam bardzo ślisko. Teraz jednak trzeba było solidnie pracować przy jego pokonywaniu. Nie wpadliśmy na pomysł obejścia go w prawo i od południowej strony wyjścia na górę po zeszłorocznych, leżących trawach. Wręcz odwrotnie, poszliśmy w lewo, bo tam śnieg był bardziej twardy i stopnie trzymały lepiej. Wiało coraz mocniej. Tuż przed ostatecznym wejściem na górę uskoku coś jednak nas zatrzymało.
Wśród jednostajnego szumu wiatru słychać było jakby dzwoneczki. Nie dzwonki właśnie a dzwoneczki. Dźwięki nie były pojedyncze czy nawet grupowe. To brzmiało tak jakby dźwięk niezliczonej ilości miniaturowych dzwoneczków docierał do nas z dużej odległości.
Wystawiliśmy w końcu głowy powyżej uskoku i sprawa się wyjaśniła natychmiast. Wiało tam opętańczo. Dosłownie zapierało dech. Wiatr nie wiał wcale od północy, jak dotąd sądziliśmy, ale od północnego wschodu i dopiero w tym miejscu wychodziliśmy mu bezpośrednio naprzeciw. Żeby w ogóle można było oddychać, musieliśmy zasłonić sobie usta.
Spod zbitej wiatrem warstwy śniegu wystawały czubki zeszłorocznych traw. W wiechetkowych czubkach tych traw tkwiły niezliczone podłużne kawałeczki lodu. Nie były to sople, ale stosunkowo grube, poziome igły o bardzo ostrych czubkach na obydwu końcach. Były zupełnie przezroczyste i w każdej z nich zamarzł kawałeczek wiechetki. Wyglądało to na zamarzniętą podczas mroźnego wiatru mgłę - szadź, którą zeszklił nocny mróz. Tych igieł mieliśmy w zasięgu wzroku setki tysięcy a może miliony. To one właśnie powiewając na wietrze dzwoniły uderzając o siebie. Ponieważ wiatr był niezwykle silny i jednostajny, uczepione wystających traw igły lodu powiewały tuż nad powierzchnią śniegu i dzwoniły. Wiatr kręcący lub porywisty zapewne by je zgruchotał.
Zachwyceni zjawiskiem weszliśmy w ten wicher. Mimo jego potężnego szumu dzwoneczki słyszeliśmy nadal. Wiatr miał olbrzymią moc i idąc mu naprzeciw trzeba się było bardzo pochylić. Właśnie... nie schylić a całkowicie pochylić do przodu.
Wyglądało to tak jakbyśmy po poziomym prawie grzbiecie połoniny szli stąpając przy każdym kroku pod górę. Mimo koniecznego wysiłku szybko doszliśmy do pewnej wprawy w „układaniu się” na wietrze. Ponieważ wiatr w ogóle nie miał porywów, nie było to nawet trudne. Trzeba było jednak iść dokładnie na wprost naporu. To sprowadziło nas trochę w lewo od szlaku, którego znaków i tak nie było widać. Nam znaki szlaków w Bieszczadach wszak potrzebne nie były. Właśnie dlatego od następnego dnia mieliśmy robić za przewodników.
Rozległy Szeroki Wierch ma nieznaczny punkt szczytowy. Stoi na nim mały betonowy znak triangulacyjny. Dla odpoczynku oparłem się o niego. Ze świeżo nabranego nawyku stanąłem twarzą do wiatru. Oderwać się od słupka za plecami już nie zdołałem. Napór wiatru przykleił mnie do niego. Dopiero obrót w bok pozwolił na rozstanie się z chwilową podporą. Ależ duło! Takiej wichury nie spotkałem jeszcze.
Niezależnie od dobrej znajomości ukształtowania terenu, idąc na wprost wiatru, zeszliśmy sporo od szlaku i zdążając na Tarnicę musieliśmy w jej siodło wchodzić z ukosa. Wtedy wpadliśmy na pomysł obejścia Tarnicy od północy i wejścia na szczyt z wiatrem.
Nie spodziewaliśmy się nawet, jaka to będzie frajda. Kiedy obchodząc kulminację Tarnicy doszliśmy już dość daleko, ustawiliśmy się plecami do wiatru i wychylając się do tyłu, poszukaliśmy kąta równowagi. Trochę strasznie było wychylać się na wielką stromiznę góry. Gdyby nagle wiatr „zdechł” polecielibyśmy po stromiźnie na sam dół połoniny bez szans na samodzielne zatrzymanie się. Dopiero gęsta buczyna na dole mogłaby nas wyhamować. Zważywszy wielkość nachylenia i długość drogi rozpędzania się po śniegu, nie było by co zbierać.
Wiatr cały czas trzymał równo i mocno. Kąt równowagi był jednak przerażająco duży. Byliśmy ustawieni niemal prostopadle do nachylonego stoku. Znalazłszy się w takim punkcie równowagi uzyskaliśmy pozorny stan nieważkości. Teraz wystarczyło tylko przebierać nogami i wiatr sam wynosił nas na górę.
Dopiero na samym szczycie okazało się, z jaką szybkością wiatr nas windował. Upadliśmy obydwaj. Wrażenia były rewelacyjne.
Na południową stronę roztaczał się widok zupełnie wiosenny. Dosłownie na krawędzi grzbietu kończył się śnieg i zaczynały się beżowo rude kłęby zeszłorocznej trawy. Kilka metrów niżej, za małym załomem znaleźliśmy spokojne miejsce na posiłek. Powierzchnia zbitych traw była sucha. Tylko nad głowami huczały przewalające się masy powietrza. Dzwoneczków też w tym miejscu nie słyszeliśmy.
Mieliśmy ochotę na jeszcze jedną taką jazdę pod górę, ale nie udało się wykombinować bezpiecznego sposobu dotarcia na dół. Żaden ślizg w tym kierunku nie dawał szans na kontrolowane zahamowanie. Każdy z nas miał jeszcze kilka spraw do załatwienia w życiu i niekontrolowane ślizgi nie wchodziły w rachubę.
Wejście na Rawki następnego dnia było mnie więcej z tego samego kierunku, co nasza „winda” na Tarnicę. Ale zrobimy frajdę naszej grupie!
Przyszła pora wracać. Można było zejść wprost na południe po trawach, ale zapewne niżej byłoby strasznie mokro i błotniście. Będąc w tak wspaniałych nastrojach, postanowiliśmy zejść na północ, do siodła pod Krzemieniem i stamtąd opuścić się bez szlaku, wprost w dolinę. Powrót tą samą drogą zmuszałby do długiego przebywania na szczytowych grzbietach. Wiatru mieliśmy stanowczo dość. Nawet wiejąc w plecy nie ułatwiałby przecież marszu.
Poza tym zachęcało nas to zejście na szerokie siodło. Nachylenia były tam dużo mniejsze i można było spróbować stosunkowo bezpiecznego ślizgu. Po początkowej, bardzo stromej części, zbocze szybko łagodniało i na dole było zupełnie poziome i bezpiecznie szerokie. To była trzecia, po dzwoneczkach i windzie, frajda tego dnia. Ślizg po północnych stokach Szerokiego Wierchu udał się nadspodziewanie.
Zjazd na tyłku i z jedną wyprostowaną nogą to jest zabawa zawsze niebezpieczna. Nigdy do końca nie panuje się nad kierunkiem zjazdu. Metody hamowania też nie są pewne. Zazwyczaj można, przy dużej wprawie, tylko nieco zwolnić. O całkowitym zatrzymaniu się na stromiźnie, w ogóle nie ma mowy. Głaz, słupek, drzewo czy bezśnieżna połać na drodze zwykle nie dają się ominąć i kontuzja jest nieunikniona. Z powodu szybkości pokonywania stromizn w dół wielu wyrypiarzy podejmuje jednak takie ryzyko.
Nie trafiliśmy tym razem na żaden wystający głaz ani kołek i po zawrotnej jeździe bardzo szybko znaleźliśmy się w wielkim siodle między Krzemieniem a Tarnicą. Wiatru prawie już nie czuliśmy a z każdym metrem schodzenia w północno zachodnią dolinę robiło się ciszej. Tylko tyłki mieliśmy trochę mokre. Z tego miejsca każdy z nas schodził wielokrotnie latem i nie spodziewaliśmy się poważnych kłopotów. Nie znakowana ścieżka znacznie skracała drogę wejścia i zejścia.
Limit przyjemności na ten dzień wyczerpał się jednak. Gdzieś na Górze zdecydowano, że liczba trzy jest najlepsza i nie należy jej przekraczać. Dzięki łaskawości Opatrzności nieszczęścia chodzą parami i wyłącznie z tego powodu jest ich mniej.
Wchodząc w buczynowe zarośla a następnie w las trafiliśmy na gruby i miękki śnieg. Im niżej schodziliśmy tym gorzej i wolniej się szło. Bezdroże w dziewiczym lesie liściastym sprawiało coraz więcej trudności. Szukanie słabo wydeptanej ścieżki letniej nie miało jakiegokolwiek sensu. Kluczyła ona bowiem między drzewami wskroś bocznych stromizn i była dokładnie tak samo zasypana jak cały las. Poza tym szlaki turystyczne i leśne drogi są zimą choćby rzadko, ale jednak używane i w związku z tym czasami trochę przetarte. Na bezdrożach nie można liczyć na takie ułatwienia.
Jedynym plusem takiego zejścia jest praktyczna niemożliwość zabłądzenia. Jeśli wejdzie się w odpowiednią dolinę, każdy kierunek w dół wyprowadzi prędzej czy później do jej podstawy. Dolinę na pewno wybraliśmy prawidłowo.
Liczne strumyczki, które latem przekracza się jednym krokiem, zmieniły się teraz w wartkie i szerokie potoki. Topniejące masy śniegu musiały jakoś spłynąć. Co chwila więc trafialiśmy w widły spienionych cieków i szukaliśmy miejsca na udany skok przez wodę. Im niżej, tym mniej takich wideł, ale trzeba było coraz dalej skakać.
Wpadnięcie do wody przy kilkustopniowym mrozie jest zawsze groźne. Nie wiedzieliśmy dokładnie, jak daleko od schroniska jesteśmy. Ewentualna kąpiel mogła skończyć się bardzo źle. Przyszedł wiec w sposób nieunikniony taki moment, że trzeba było pójść pod górę dla znalezienia węższej przeprawy. Potem przyszedł drugi taki moment i szybko po nim trzeci.
To nie było zabawne. Można było tak kluczyć po niezliczonej ilości grzbiecików do rana, aby trafić na jedyny w tej dolinie mostek, którym wchodziliśmy w las. Dnem doliny płynęła całkiem spora rzeka. Widzieliśmy ją rano i teraz dopiero uświadomiliśmy to sobie. Wybierając taki wariant zejścia nie pomyśleliśmy o tym. Teraz było już za późno w sensie dosłownym. Zaczęło zmierzchać.
Z każdą chwilą robiło się ciemniej i coraz trudniej było omijać niezliczone przeszkody. Stojąc przed kolejną przeprawą postanowiliśmy zaraz za nią szukać miejsca na biwak. Jakiś szałas udałoby się zbudować z gałęzi. Rozpalenie ogniska nie było żadnym problemem.
Tyle tylko, że znajomi ratownicy spędziliby koszmarną noc w górach szukając nas po śladach. O takim wariancie zejścia nie pomyśleliśmy przecież rano. Pomysł powstał w naszych głowach dopiero na górze. Poszukiwania musieliby rozpocząć idąc naszym śladem. Wyglądało to fatalnie.
Wtedy właśnie wpadłem do wody. Tylko jedną nogą, ale za to powyżej kolana. Teraz nawet nocny biwak w szałasie nie wchodził w rachubę. Trzeba było ciągle iść i to bez jakiejkolwiek przerwy, choćby dla krótkiego odpoczynku. Nie musieliśmy sobie tego wyjaśniać. Obydwaj wiedzieliśmy to bez konieczności naradzania się.
Właśnie takie rozumienie się bez słów było powodem, że chodziliśmy ze sobą po górach. Czasem całymi godzinami nie odzywaliśmy się do siebie. Wiele górskich wypraw utrwaliło wspólne nawyki i było nam po prostu dobrze razem na szlaku. Z nikim innym nie wybrałbym się na taką eskapadę. Mój towarzysz pewnie tak samo rozumował, bo kilka dni wcześniej sam mnie poprosił o pomoc w prowadzeniu studenckiej grupy na wiosennym rajdzie górskim.
W czasie marszu woda w bucie była ciepła, ale wiedziałem, że wyziębiała i tak. Zatrzymanie się nawet na moment powodowało natychmiastowe uczucie dojmującego zimna. Mokra nogawka pokrywała się twardniejącym szybko pancerzem lodu. Mocno zdeprymowany wybierałem coraz gorsze przejścia między przeszkodami. Radosne południe na szczytach powoli, ale nieprzerwanie zmieniało się w wieczorny koszmar.
To nie było jeszcze przerażenie, ale zwykły strach. Droga-bezdroże zdawało się nie mieć końca. Co chwila zapadaliśmy się w śniegu i śliskiej pod nim ściółce. Spróchniałe pnie nie dawały dobrego podparcia. Jednego takiego chwyciłem się i całe drzewo sporych rozmiarów zostało mi w rękach.
Jeszcze raz podeszliśmy wyżej dla ominięcia szerokiego potoku i tam prowadzący akurat towarzysz znalazł wydeptany szlak zwierzęcy. Nie wiedzieliśmy, dokąd prowadzi, ale licząc na mądrość świata przyrody trzymaliśmy się tej ścieżki jak ostatniej deski ratunku. Nie było to łatwe. Trafialiśmy w miejsca, gdzie zwierzęta zamiast omijać, skakały przez przeszkody i szły dalej. My musieliśmy obchodzić niektóre z nich, odszukać w ciemności ścieżkę za przeszkodą i iść dalej z nadzieją, że jednak to nas uratuje. Czasami tylko ciemniejące na śniegu odchody zwierząt pozwalały utrzymać się na śladzie. Kolega też skąpał się po drodze. Podobnie jak ja, wysoko zamoczył jedną nogę.
Wreszcie skrajnie wyczerpani wyszliśmy nad szeroką i oświetloną księżycem rzekę. Oczywiście mostu tam nie było, ale za wodą widniała znajoma droga, po której w ciągu niecałej godziny można było dojść do naszego ciepłego schroniska. Kiedy doszedłem, kolega już patrzył pytająco w moją stronę. Spojrzenia w panującym mroku nie widziałem, ale odwrócony był do mnie, więc o cóż innego mogło mu chodzić?
Wzruszyłem tylko ramionami, podniosłem z ziemi mocny kij i macając nim dno przed sobą wlazłem do lodowatej wody. Przeszliśmy powoli, ale bez upadku.
Po ślamazarnym tempie marszu w lesie zasuwaliśmy teraz drogą jakbyśmy dostali nowe motorki. Obydwaj trzęśliśmy się z zimna jak w febrze, ale każdy krok przybliżał do zbawczego ciepła.
W schronisku pomimo późnej pory był szum i rwetes. Kupa ludzi ubrana i gotowa do drogi naradzała się nerwowo. Nasze wejście wyraźnie sprawiło im ulgę. To nasza grupa wraz goprowcami ostatecznie postanowiła szukać nas po ciemku.
Wzrok Lutka nie był przyjazny. Jego dziewczyna też miała dla nas kilka niemych uwag, ale natychmiast pomogli nam rozebrać się i wsadzili pod gorące prysznice. Jedyny raz w życiu piłem wtedy pod prysznicem herbatę z prądem. Do parzących ręce kubków lała się woda z prysznica. Herbata była coraz słabsza i słabsza... Ale i tak działała...
Jeszcze szarpani drgawkami skandowaliśmy w kółko i bez końca w jambicznym rytmie:
„Pod Au..., pod Au..., pod Austerlitz,
Dostawaliśmy w kość, i nie mówiliśmy nic,
Bo taką naturę od Boga już mamy,
Że w dupę bierzemy i nic nie gadamy.

Pod Au..., pod Au..., pod Austerlitz....”
Dostawaliśmy w kość...

Następnego dnia przy fantastycznej pogodzie poszliśmy z grupą studentów na te Rawki, Dział i dalej, ale dzwonków, nieważkości na wietrze i ślizgów po śniegu tam nie było. Chyba nie uwierzyli w prawdziwość naszej opowieści.
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Dzwonki na śniegu

Postprzez Zygmunt Skibicki » 13 paź 2011, o 12:12

Jeszcze jedna fotka z tamtego okresu:

Obrazek

Pragnę zwrócić uwagę na "lagę" w mojej prawej ręce. Tak wyglądały moje pierwsze "kijki trekkingowe" - na drugim była osadzona śruba do mocowania aparatu.
Dlatego na zdjęciu jej nie ma.
Z datowaniem fotki mam problem, ale tak circa... 1970 do 1972.
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Dzwonki na śniegu

Postprzez Piotr_S » 13 paź 2011, o 12:37

Zygmunt Skibicki napisał(a):Pragnę zwrócić uwagę na "lagę" w mojej prawej ręce. Tak wyglądały moje pierwsze "kijki trekkingowe" - na drugim była osadzona śruba do mocowania aparatu

Bardzo zresztą popularne w tamtych czasach, lub ciut później (przełom 70/80, bo dopiero od końca 70 włącza mi się pamięć). Niektóre traktowane jako jednorazówki, inne pieczołowicie przechowywane i pilnowane, nierzadko z wyciętymi pięknymi wzorami. Głównie leszczynowe, bo to i niezbyt ciężkie i elastyczne, no i w korze ładnie się wzorki wycina.
Avatar użytkownika
Piotr_S
Administrator
 
Posty: 1365
Dołączył(a): 2 mar 2009, o 18:33

Re: Dzwonki na śniegu

Postprzez Zygmunt Skibicki » 13 paź 2011, o 12:52

Moje akurat były (są, bo jeden nadal zachowałem!) jałowcowe. Wyciąłem je w Kalnicy z hałdy jałowców wyrywanych tam spychaczami z nadrzecznych łąk, co by się igiełki iglopolowym owcom w wełenkę nie wbijały! Piękną mają przeszłość tereny dzisiejszego Parku!
Największe moje zdziwienie budzi fakt, że dziś ten jałowcowy kijaszek z wklejonym na dole na Distal wiertłem widiowym i na górze dokręconą wkrętem do drewna taśmą pętlową waży tyle samo co ultra nowoczesny aluminiowy kijek teleskopowy Kohla! Tyle, że się nie składa...
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Dzwonki na śniegu

Postprzez Zygmunt Skibicki » 13 paź 2011, o 13:11

A teraz ciekawostka natury historycznej, jeśli nie... pre.
Tym wszystkim, którzy uważają, że turystyczne chodzenie z kijkami to wymysł XXI wieku polecam lekturę:
Z. Klemensiewicz - "Turystyka wysokogórska" 1937r.
A tam na stronie 22-iej wyczytać można takie oto zdanie:
Zygmunt Klemensiewicz napisał(a):Ponieważ na podejściach idzie się szybciej przy obustronnym oparciu, używają niektórzy z powodzeniem - także w lecie - pary lekkich kijków narciarskich, oczywiście bez talerzyków.

Mam pierwsze wydanie z roku 1913-go tej arcy ciekawej książki i tam także jest owo zdanie!
Ale... jaja!
Wypisz, wymaluj... Wielkanocne!
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Dzwonki na śniegu

Postprzez Zygmunt Skibicki » 13 paź 2011, o 13:34

Sorry, to pierwsze wydanie, to oczywiście z roku 1937-go!
W 1913-tym Zygmunt Klemensiewicz wydał "Zasady Taternictwa" - też arcyciekawa lektura!
Stoją obie przytulone do siebie na półce i... ciepło im.
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23


Powrót do Relacje z Waszych pobytów i wypraw

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zarejestrowanych użytkowników i 0 gości


Loading

O F I C J A L N E    F O R U M    D Y S K U S Y J N E    S E R W I S Ó W:
               

Forum bieszczadzkieforum.pl używa plików typu cookies do poprawnego działania strony, w celach statystycznych, reklamowych, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz by umożliwić logowanie zarejestrowanym użytkownikom. Korzystanie z forum bieszczadzkieforum.pl, bez zmian ustawień w używanej przez Państwa przeglądarce internetowej oznacza zgodę na wykorzystywanie technologii cookies i zapisywanie ich w pamięci Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.