Kakao

Opisy i fotorelacje z pobytu w Bieszczadach

Kakao

Postprzez Zygmunt Skibicki » 28 sie 2011, o 14:00

Gdzieś w połowie drogi od jeziorek duszatyńskich na Chryszczatą dopadł nas deszcz. Właściwie to wcale nas nie dopadł, tylko zaczęło padać. Gdzieś wysoko nad głowami szumiały krople na gęstym listowiu ogromnych buków. Pod ich osłonę przedostawała się jedynie nędzna mżawka. Nawet miło się szło pod upiornymi garbami w towarzystwie chłodzących kropelek. Dopiero wyjście na maleńką szczytową polankę uświadomiło nam, że leje całkiem bieszczadzko. Przeczytaliśmy kolejną wersję tablicy pamiątkowej na ponurym betonie szkaradnego obelisku:
"Tym, którzy w latach 1945 – 1948 walczyli tu o wolność swej ojczyzny..."
-Ta się pewnie uchowa.
-Zgrabnie ominęli problem – zgodził się ze mną Tata i szybko skryliśmy się w kolejnym tunelu pod bukami.
Deszczowa pojemność koron bukowych, aczkolwiek duża, też jest ograniczona i niebawem zaczęły po ich pniach spływać najpierw małe potem całkiem spore strugi wody. W dolnej części pnia odrywały się od niego i spadały z pluskiem na ziemię. Jedna z nich nagle trafiła mnie w łydkę i wlała mi się wprost do buta. Po chwili drugi but także zaliczył sporą porcję. Tata też dostał z nieba tyle na ile zasłużył, bo przystanął nagle i zapytał o mapę.
-A po co nam mapa? – i szurnąłem w bok, wprost na dół po ulanej deszczem stromej polanie. Nawet nie szukałem ścieżki.
Trochę idąc, nieco ślizgając się na butach, głównie zaś jadąc na przemoczonych tyłkach szybko traciliśmy wysokość. Wreszcie stromizna złagodniała i blisko przed nami usłyszeliśmy owcze dzwonki. Po chwili z mgły wyłoniła się dymiąca bacówka. Polana była obszerna. Spytany baca nie miał nic przeciw naszemu towarzystwu.
Bez zbędnych słów za to w olimpijskim tempie postawiliśmy tropik a pod nim już spokojnie i dokładnie rozwiesiliśmy suchuteńki namiot.
Ledwie zmieniliśmy kompletnie mokre ciuchy i zabraliśmy się do robienia posiłku, ktoś zaskrobał w mokre płótno.
-Baca piknie prosom do nos – juhas skłonił się i natychmiast odszedł. Niegrzecznie byłoby odmawiać. W końcu byliśmy tu gośćmi. Głodni, ale poszliśmy bez zwłoki.
Zostawiliśmy otwarty namiot. Nie było potrzeby go zamykać. W tym miejscu byliśmy pod absolutna jurysdykcją bacy i nic nie miało prawa zginąć. Baca w obrębie swojego terenu wypasu jest jak kapitan na statku. Stanowi prawo i egzekwuje je bez zbytnich ceregieli.
Na wysokim brzegu nad żwawiejącym po deszczu potoczkiem stała bacówka. Jak okiem sięgnąć innego dymu nie było. Dopiero teraz zauważałem szczegóły otoczenia. Już pół godziny wcześniej tu byłem, ale przemoczony i z worem na plecach więc nie zwracałem uwagi na detale.
Bacówka jak wiele innych miała charakterystyczny kształt oraz poczerniałe ściany i dach. Drzwi z obszernego ganku były otwarte i tamtędy także wydobywał się niebieskawy dym. To nas oczywiście nie zniechęciło. Wręcz odwrotnie. Mroczne wnętrze zachęcało do natychmiastowego skrycia się przed mżawką. Dym kusił ciepłem wnętrza.
-Niech będzie pochwalony – kto wchodzi do bacówki z innym pozdrowieniem, niech nie liczy na przychylność gospodarza.
-Ano, niek bedzie.
Wnętrze zaskoczyło nas jednak mocno. Podłogi bacówek robi się z mocnych ale surowych desek. Dopiero na skutek zamieszkiwania uzyskują one przyzwoitą gładkość. Po latach stają się mocno wyślizgane i czasem są nawet czyste. Szczeliny między wyschniętymi deskami ułatwiały zamiatanie. Jak wszystko na tym świecie zależało to jednak zawsze od włodarza. W tej bacówce na podłodze leżało linoleum w parkietowy wzorek. Natychmiast zajęliśmy się rozsupływaniem sznurowadeł.
-Wchodźcie do środka. Butów nie trza zdyjmować - baca siedział na skraju podłogi z nogami opuszczonymi w zagłębienie wokół ognia.
Chociaż miejsca było dużo przesunął się nieco na bok jednoznacznie wskazując gdzie powinniśmy usiąść. Nie trzeba nas było namawiać. Im bliżej ognia, tym lepiej.
Usiedliśmy i natychmiast wyciągnęliśmy nogi i ręce do ognia. Tylko wykładzina na podłodze różniła tą bacówkę od innych. Pozostałe sprzęty mogły znaleźć się w każdej innej bacówce i być tam na swoim miejscu. Czas było się przedstawić, jakoż powiedzieliśmy skąd jesteśmy oraz skąd i dokąd idziemy.
Przytrafia mi się to zawsze w dłuższej rozmowie z góralami. Mówię dalej „po cepersku”, ale nieodmiennie wpadam w zakopiańską intonację zdań. Brzmi to śmiesznie, ale nigdy nie zostało źle odebrane. Czasem tylko mylnie biorą mnie za krakusa.
Nad ogniskiem, na solidnej „jagodzie” wisiał słusznej wielkości osmolony z zewnątrz, miedziany kocioł a w nim grzało się owcze mleko. Ilość wypasanych owiec, a tym samym zamożność bacy można łatwo określić wielkością tego kotła oraz jego wypełnieniem. Nasz baca z pewnością nie należał do ubogich.
-Sporo widzę macie owiec baco – jakoś trzeba było podtrzymać rozmowę.
-Ano, mom – wstał i zamieszał w kotle drewnianym mieszadłem z długimi otworami. Nie był zbyt rozmowny.
Uznał widocznie, że mleko ma dość, przyciągnął sporą beczkę i przelał do niej parujące mleko. Pomieszał jeszcze przez chwilę, poczym wyciągnął ze skrzyni foliowy woreczek z podpuszczką. Sporą miarkę rozrobił z mlekiem, całość wlał do beczki i zasiadłszy przy beczce na stołku mieszał dalej.
Widziałem to już wielokrotnie, ale nieodmiennie lubiłem obserwować ten proces.
Tata nie miał tak spokojnej młodości jak ja i dopiero za moją namową zaczynał chodzić po górach. Obydwaj przejawialiśmy więc spore zainteresowanie poczynaniami gospodarza. Usposabiało go to do nas coraz lepiej, ale rozmowa nie kleiła się.
Po krótkiej chwili baca znów mieszał zawartość beczki. Tym razem robił to dłużej i wkładał znacznie więcej wysiłku. Odłożył wreszcie harfę i po chwili głęboko zanurzył obydwie ręce w beczce. Jego wielkie owłosione łapska ukryły się w mleku i tylko po ruchach barków można było poznać, że coś się jednak we wnętrzu beczki dzieje.
-Co pan teraz robi? - mój ojciec był szczerze zainteresowany.
-Zynie bundz.
Tata wiedział co to jest bundz, ale nie wpadł na rozwiązanie dotyczące pierwszego słowa.
-To znaczy?
Baca wyciągnął z mleka jedną rękę i pokazał sporą kulę sera. W drugiej ręce miał mały zlepek.
-Te małe musem wyłapać i pozynić. Po wosemu to bedzie lepić.
Teraz ojczulek pojął jak się ten bundz robi. Baca wsadził na koniec do mleka pieluchę, umieścił w niej pozlepiany ser, powiązał rogi parami i wyciągnął całość nad beczkę. Wielka gomuła sera ociekała do beczki. Nasz gospodarz wstał i przeniósł ociekający ser do dalszego pomieszczenia. Ociekającą żętycę łapał do dużego skopka.
-Mogę z panem pójść? Chciałbym zobaczyć co pan z tym serem robi dalej.
-Pudźcie, to nie je żadno tajemnica.
Pielucha z serem została zawieszona nad skośnym korytkiem. Żętyca ściekała tym korytkiem do dużej beczki. Powyżej, na solidnych żerdziach wisiało sporo takich białych worków. Wszystko to było niezmiernie proste. Nasz baca jeszcze cztery razy wynosił kolejne napełnione pieluchy do odsączenia. Ta ostatnia nie była jednak tak duża jak pozostałe. Odsunął beczkę z ciepłą żętycą, starł podłogę i wytarłszy na koniec ręce przysiadł obok nas przy ogniu.
-Terozki kciołek wos panowie spytoć. Może byście co zjedli?
Na to pytanie czekaliśmy. Burczało nam w brzuchach już dawno. Może i nawet baca to słyszał?
Przy solidnym kawale gotowego już bundzu i ze skopkami kwaśnej żętycy łatwiej się rozmawiało. Tata miał mętne pojęcie o hodowli i wypasie owiec, ale na wełnie to on się znał zawodowo. W sprawie wełny dogadali się więc szybko. Bacę jednak męczył problem innej natury.
Narzekał, że owce mu chorują. Szczególnie młode. Od dwóch tygodni codziennie jakąś musi zarzynać. Juhasom się to nawet podoba. Mięso, którego nie oglądają zwykle zbyt często, teraz jedzą codziennie. Na dzisiaj też już jedną przygotowali. Kolacja zapowiadała się suto i tłusto.
Żaden z nas nie miał pojęcia jak doradzić gospodarzowi. Ja wolałem nie zabierać głosu. Lepiej siedzieć cicho niż palnąć głupstwo. Ojca wiedza w tym zakresie była całkowicie leksykalna i jako taka prowadziła do jedynej rady – weterynarz. Baca tylko machnął ręką. Widać weterynarz był i nic nie pomógł.
-To je jakosi dziwno choroba. Óne majom sracke. Nic nie jedzom ino srajom i zdychajom.
I wtedy Tata patrząc na bezradnie rozłożone ręce bacy strzelił pomysłem nie z tej ziemi. Spojrzał na mnie i powiedział:
-Mamy kakao. Nam to pomaga.
W pierwszej chwili myślałem, że kpi szelmowsko z naszego gospodarza i aż mi skóra ścierpła, ale on mówił poważnie. Inna sprawa, że kiepsko znał górali i zapewne nie wiedział, co ryzykuje. To wcale nie poprawiało sytuacji. Jeśli baca oceni te słowa jako obraźliwy żart, mogą być kłopoty.
Mieliśmy ze sobą małą ilość gorzkiego kakao na wypadek poważnego rozwolnienia, ale nie wiedząc nic o fizjologii owiec nie odważyłbym się eksperymentować. Nie chodziło o naszą paczkę kakao. Czort z nią. I tak nosiliśmy kakao wyłącznie profilaktycznie i bardzo rzadko bywało nam potrzebna. Bałem się, że to może zaszkodzić zwierzętom. Pytanie także, jak zmusić owcę do połknięcia gorzkiego proszku. Sam miewam z tym problemy.
Baca przyjrzał się ojcu z wyraźnym zaciekawieniem i całkiem bez podejrzliwości. Dwie otoczone siwizną twarze spoglądały przez chwilę na siebie. Na koniec w naszym gospodarzu zaświtała iskierka nadziei. Uśmiechnęli się wreszcie do siebie i napięcie opadło.
W chwilę później wszedł do bacówki juhas z niedużą owcą na rękach. Zwierzę rzeczywiście było słabe. Nie potrafiło stanąć na nogach. Cały zad ufajdany był brązowo-zielonym śluzem. Położył ją na podłodze pod ścianą. Nawet nie podniosła głowy. Litość brała. Gosporarz zasępił się znowu, podrapał za uchem, wreszcie westchnął. Zaraz wyjmie długi nóż i będzie po zwierzaku – pomyślałem.
-To... mocie to kakało? – widać podjął decyzję typu wóz, albo przewóz. Takim zapewne tonem sędziowie ogłaszają wyrok w zawieszeniu.
Teraz nie było już wyjścia. Zresztą to baca decydował. Jeśli nie pomoże, to trudno. Pozostanie dobicie chorej sztuki. Jeśli nie podejmie próby, zwierze nie ma szans na przeżycie. Pobiegłem do namiotu. Trochę mi zeszło przy wyszperaniu z plecaka małej paczuszki. Jakiś kwadrans później byłem z powrotem. W bacówce były już trzy chore owce.
Eksperymenty zawsze mają urok poznawania niewiadomego. Doznania są całkowicie zaskakujące, bo nieprzewidywalne. Szczególnie gdy nie ma się ani wiedzy, ani praktyki. Przy pierwszej owcy dopracowaliśmy jednak metodę. Baca trzymał owcę, ja otwierałem jej pysk, tata wsadzał łyżeczkę z proszkiem a ja później trzymałem mocno zamknięty ręką pysk zwierzęcia. Nie miało biedne zwierzątko innego wyjścia, jak połknąć paskudztwo.
Co prawda, cali byliśmy obsypani i opluci na brązowo. Z drugiej strony owczego przewodu pokarmowego też coś tam wylatywało na nas. Udało się jednak zaaplikować zwierzęciu całą płaską łyżeczkę specyfiku. Z następnymi poszło łatwiej. Więcej chorych zwierząt nie było. Skończyło się także nasze kakao.
Umyliśmy się i wróciliśmy do bacówki. Zaczął się wieczorny ruch w obejściu. Wszystkim jednak zajmowali się juhasi. W trójkę z bacą obserwowaliśmy chore owce po naszej kuracji. Żadna jednak do kolacji nie wyglądała gorzej.
Jagnięce mięso upieczone przez juhasów nad ogniem było wyśmienite. Do picia woleliśmy jednak herbatę. Nadmiar żętycy mógł i z nas zrobić oliwiarki.
Kiedy tylko wyszliśmy rano z namiotu, natychmiast przyszedł baca. Po jego wesołej twarzy widać było, że kakao pomogło. Przyniósł wielki kawał bundzu i serdecznie dziękował. Poszliśmy zobaczyć. Rzeczywiście, tylko jedna z chorych owiec leżała. Już nie miała jednak biegunki. Dwie pozostałe chodziły po małej zagrodzie i skubały trawę.
Baca posłał już jednego juhasa do odległego Baligrodu po gorzkie kakao, ale dwóch innych miało znieść nasze plecaki na dół. Nie mógł w lepszy sposób wyrazić swojej wdzięczności.
Nie poszliśmy jednak na dół. W ogóle nigdzie tego dnia nie poszliśmy. Suszyliśmy na słońcu nasz przemoczony dobytek. Coś tam przepraliśmy. Tata, traktowany przez gospodarza i jego ludzi jak prawdziwy lekarz, od południa pomagał aplikować wszystkim młodym owcom swój rewelacyjny specyfik. Zrobili jednak z wodą gęstą kakaową papkę i wciskali to zwierzakom gołymi rękoma do przełyku. Znacznie mniej się marnowało.
Zapobiegliwy baca kazał juhasowi wraz z paczkami kakao przynieść także ogólnie znany płynny specyfik na ludzkie smętki. Na kolację nie było jednak jagnięciny. Piliśmy więc pod bundz i naszą konserwę. Dwie półlitrówki na sześciu chłopa, ale było fantastycznie. Baca opowiadał soczyste góralskie dowcipy. My nie pozostawaliśmy dłużni – szczególnie tata w ulubionym temacie żydowskim. Juhasi ryczeli ze śmiechu aż się trzęsły młode buczyny. Gdy wyszedłem na stronę, jeden z pasterskich psów - nieufnych z zasady, przyłasił się do mnie.
Żegnaliśmy się z bacą następnego dnia rano. Do naszego odejścia żadna owca już nie zachorowała.
Pognieciony w plecaku ser, gościniec od bacy jedliśmy jeszcze przez tydzień. Mimo deszczowej pogody, nie zapleśniał.

Bieszczady, sierpień 1973
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Kakao

Postprzez Jerry » 2 wrz 2011, o 20:53

Bardzo ciekawe. Tylko tyle. Pozdrawiam :)
Jerry
Stonka bieszczadzka
 
Posty: 13
Dołączył(a): 10 mar 2010, o 10:27

Re: Kakao

Postprzez Zygmunt Skibicki » 2 wrz 2011, o 22:19

Dzięki!
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Kakao

Postprzez Piotr_S » 3 wrz 2011, o 10:23

Zygmunt Skibicki napisał(a):Dzięki!

Z czystej ciekawości - gdzie schodziliście? Próbuję w głowie zlokalizować ową bacówkę - czy to było Rabe, Huczwice, czy może schodziliście w stronę Mikowa?
Avatar użytkownika
Piotr_S
Administrator
 
Posty: 1364
Dołączył(a): 2 mar 2009, o 18:33

Re: Kakao

Postprzez Zygmunt Skibicki » 3 wrz 2011, o 20:45

Rabe.
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Kakao

Postprzez anka-szklanka » 9 wrz 2011, o 15:05

wreszcie udalo mi się znależć czas na Twoje zygmunt wspomnienia i jestem pod wrażeniem. Dawno nic mi sie tak nie podobalo, może to te stare klimaty calkiem niepodobne do dzisiejzsych wypasionych wypraw, przeminęła postać tamtego świata ( może dla niektórych za pompatycznie powiedziane)
Avatar użytkownika
anka-szklanka
Wyrypiarz bieszczadzki
 
Posty: 164
Dołączył(a): 28 lip 2010, o 17:46
Lokalizacja: Podhale

Re: Kakao

Postprzez Zygmunt Skibicki » 9 wrz 2011, o 20:21

anka-szklanka napisał(a):wreszcie udalo mi się znależć czas na Twoje zygmunt wspomnienia i jestem pod wrażeniem. Dawno nic mi sie tak nie podobalo...

Miło mi to czytać...
Ale nie podkręcaj, bo... napiszę kolejne. :D
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Kakao

Postprzez Zygmunt Skibicki » 9 wrz 2011, o 20:41

Mówiąc prawdę... już są napisane.
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Kakao

Postprzez nemo7 » 10 wrz 2011, o 18:14

Witam. Wciąga... jakby człowiek tam był... Masz talent :!: Mogę tylko czekać na więcej... ;) Pozdrawiam
"Niebo zamiast dachu. Wiatr zamiast ścian. Dla niektórych to dom"
Avatar użytkownika
nemo7
Wyrypiarz bieszczadzki
 
Posty: 289
Dołączył(a): 13 gru 2010, o 19:42

Re: Kakao

Postprzez Zygmunt Skibicki » 11 wrz 2011, o 19:04

Piszę powoli, bo czytacie... wolno :D
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Następna strona

Powrót do Relacje z Waszych pobytów i wypraw

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zarejestrowanych użytkowników i 0 gości


Loading

O F I C J A L N E    F O R U M    D Y S K U S Y J N E    S E R W I S Ó W:
               

Forum bieszczadzkieforum.pl używa plików typu cookies do poprawnego działania strony, w celach statystycznych, reklamowych, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz by umożliwić logowanie zarejestrowanym użytkownikom. Korzystanie z forum bieszczadzkieforum.pl, bez zmian ustawień w używanej przez Państwa przeglądarce internetowej oznacza zgodę na wykorzystywanie technologii cookies i zapisywanie ich w pamięci Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.