Piękny, słoneczny ranek i oczywiście kawka. Każdy z nas już czuł, że nieuchronnie zbliżamy się do końca tej przygody. Trudno mi teraz jasno określić, w jaki sposób w naszym obozie zmaterializował się Dorian i jego psiak. W każdym bądź razie się pojawił, a my poczęstowaliśmy go śniadaniem i kawą. On nie rozumiał nas, zaś my jego, ale nawiązała się nić porozumienia
Postanowiliśmy, ze spróbujemy dojechać dziś jak najbliżej granicy węgierskiej, aby następnego dnia jak najszybciej dotrzeć w Bieszczady. Oczywiście znów towarzyszył nam niemiłosierny upał, ale z kilkoma przerwami udało nam się dotrzeć gdzieś na obrzeża Oradei. Po kilku próbach wyszukania odpowiedniego miejsca, trafiliśmy na sporą łąkę, osłoniętą częściowo lasem. Przytuleni do ściany drzew, osłonięci dodatkowo autami, wśród bujnych traw, rozkoszowaliśmy się ostatnim zachodem słońca na rumuńskiej ziemi. Szefuńcio, czyli Irek wyprawił imieniny, więc lała się palinka, wina, piwa i kiełbas było bez liku. Szczerze to nie pamiętam, kiedy i w jaki sposób znaleźliśmy się w namiotach... ale może o to chodziło











