Umęczeni ogromnym skwarem dotarliśmy do wiszącego mostu na Nerze i z przyjemnością przyjęliśmy chłodek, który zapewniły nam leśne ostępy, na drugim brzegu rzeki. Jakoś jakby raźniej ruszyliśmy dalej. Po paru minutach dotarliśmy do niewielkiego, drewnianego młyna z poziomym kołem wodnym. Skorzystaliśmy z okazji i praktycznie wszyscy zaczęli moczyć się w lodowatym potoczku. Z pewnością każdy zna to cudowne uczucie

. No, ale czas ruszyć dalej w drogę. Tuż po przekroczeniu potoku, szlak zaczął się powoli piąć w górę, równocześnie wijąc się w gęstych zaroślach. Niekiedy otwierał się przed nami widok na kanion daleko w dole. Z uwagi na strome podejście grupa nasza się znacznie rozciągnęła, lecz do celu dzisiejszej wędrówki nie było już daleko. Dotarliśmy na przełęcz, gdzie nasz szlak łączył się z trasą z leśniczówki Damiana. Stąd już tylko 15 minut i będziemy na miejscu. Wąziutka ścieżka poprowadziła nas najpierw grzbietem wzniesienia pośród gęstych zarośli i zwieszających się pnączy, by po chwili stromo opadać znów w stronę rzeki. Powolutku, powolutku dotarliśmy na miejsce. Przed nami spomiędzy drzew wyłoniło się niewielkie jeziorko o przecudnej barwie. Część zbiornika ukryte było pod skalnym nawisem i we wnętrzu jaskini, a ze skraju urwiska zwieszały się długie liny pnączy, dodając wszystkiemu niesamowitego uroku. Oczywiście sesja fotograficzna w różnych ujęciach i czas odpocząć. Tomek zawzięcie poszukiwał geocacha, który według wszelkich informacji przez niego posiadanych, gdzieś tu powinien być ukryty. My w tym czasie delektowaliśmy się posiłkiem, a co poniektórzy nawet piwkiem

. Na pomoc nieszczęsnemu poszukiwaczowi przyszedł Andrzej i jakoś wspólnymi siłami odnaleźli skarb. W załączonym dzienniczku wszyscy się wpisaliśmy, Wojtek oczywiste coś tam dołożył od siebie

i paczuszka znów trafiła na swoje miejsce. Bardzo przyjemnie tak posiedzieć, lecz chyba czas powoli się ruszyć w drogę powrotną. Tym razem pierwszy wyruszył na szlak Irek, ja zebrałam się jakoś po nim, a reszta jeszcze została. Teraz tą stromiznę trzeba było pokonać w przeciwpołożną co nie było takie zachęcające. Byłam mile zaskoczona, że udało mi się ją pokonać dosyć sprawnie i bez większego zmęczenia i nawet na przełęczy spotkałam odpoczywającego Irka. Ruszyliśmy dalej przez las, wśród pozostałości łanów niedźwiedziego czosnku. Teraz było o niebo łatwiej.... wiadomo... z górki

. Dotarliśmy do młyna, chwila relaksu nad wodą i dalej. Wędrując sobie przez lasek, nieopodal wiszącego mostu, coś zwróciło naszą uwagę. Przystanęliśmy przyglądając się cóż to takiego. Jakieś 100 metrów od nas na oświetlonej polance, było coś wielkiego. Pierwszy typ, iż jest to żubr, padł prawie natychmiast, gdyż obydwoje wiedzieliśmy, że w Rumunii nie ma ich na wolności. Kolejny typ, iż jest to wielki korzeń z przewróconego drzewa, równie szybko został obalony, gdyż owy "korzeń" odwrócił łeb w naszą stronę.

W ułamek sekundy zrozumieliśmy, że oto mamy przed sobą niedźwiedzia i zanim chyba to do końca do nas dotarło już przebieraliśmy zawzięcie kończynami, lecz starając się nie biegnąć. Gdy tylko skryła nas skarpa, natychmiast wystartowaliśmy jak dwie rakiety, pomimo znacznego zmęczenia. Adrenalina niosła nas jak na skrzydłach. Zwolniliśmy lekko na wiszącym moście, lecz i tak co chwila oglądaliśmy się czy, aby nie mamy towarzysza. Za mostem rozpościerała się wielka odsłonięta łąka i przebyliśmy ją w zaskakującym tempie. dopiero za kolejnym płotkiem, jakby trochę zwolniliśmy i staraliśmy się powrócić do logicznego myślenia. Irek przyznał się, że zakładał, że jakby coś, to misio dorwie mnie pierwszą, gdyż wolniej biegam...

... maupa... No i powstał dylemat czy zawiadamiać pozostałych, gdyż świadomi mogą nie przejść tego odcinka, zaś nieświadomi mogą przejść niczego nie zauważając, lecz mogą również wpaść na misiaczka. Niestety brak łączności rozwiązał nasz problem. Wciąż podekscytowani dotarliśmy do autka, w którym było chyba ze 300 stopni i klima skapitulowała. W takim skwarze nie byliśmy w stanie czekać na pozostałą część ekipy, więc ruszyliśmy w drogę do obozowiska, w nadzieli, że niedźwiedź sobie poszedł. W osadzie na próżno szukaliśmy otwartego sklepu z zimnym piwem i w końcu zrezygnowani wróciliśmy do rozgrzanych namiotów. Znad doliny rozległ się potężny łoskot. Idzie burza... Niedługo po nas dotarli pozostali i wcale nie chcieli nam uwierzyć w nasze spotkanie. No trudno...

... Z braku zimnego piwa, nasze zapasy trafiły do niedalekiej "lodówki". Asia z okazji imienin otrzymała wspaniały prezent od Wojtka, no mi również się coś tam dostało

. Przetoczyła się nad nami kolejna burza, lecz na szczęście nie trwała zbyt długo. Oczywistą oczywistością było również pojawienie się biednych, wygłodniałych psiaków, które natychmiast zostały porządnie nakarmione. Odwdzięczyły się pilnując naszego obozowiska

. Dziś darowaliśmy sobie ognisko, gdyż zmęczenie dało szybko znać o sobie. Rozmowy trwały co prawda trochę, lecz powoli padaliśmy jak muchy. Noc była duszna i gorąca....














