... co do map i atlasów, to oczywiście jesteśmy w nie zaopatrzeni jak się patrzy i co więcej intensywnie z nich korzystamy

... oprócz nawigującej i przeliczającej pani, Irek miał jeszcze gadającą mnie, gdyż przejęłam się misją pilotażu

...
... cd ...
Kierowaliśmy się bezpośrednio na niewielką osadę położoną u wylotu wąwozu, który skrywał jaskinię. Pani z nawigacji nie mogła się zdecydować, która drogą nas poprowadzić, więc wybraliśmy taki mały off road

, co upewniło nas, że tereny są tu piękne. Z pewną nieśmiałością rozglądaliśmy się za ewentualnym miejscem na biwak, ale tylko tak na wszelki wypadek, jakby bliżej się nie dało. Przejechaliśmy przez wioseczkę, oczywiście odprowadzani ciekawskimi spojrzeniami mieszkańców i po chwili wjechaliśmy do wąskiego i generalnie nie zbyt wielkiego wąwozu. Według przewodników powinno się gdzieś tu znajdować schronisko, lecz żadnych oznaczeń nie udało nam się wypatrzeć, więc założyliśmy, że to taki wielki pomarańczowy budynek z kortem i miejscami na grilla... no ale pewności nie mamy.... Za ostatnimi zabudowaniami dolina coraz bardziej się zwężała, zaś drzewa ułożyły się w mroczny tunel. Po paru minutach dotarliśmy do niewielkiego parkingu, gdzie ustawione były tablice z informacjami dotyczącymi regionu i jaskini. Krótki postój, że niby wiemy co czytamy, a i tak wszyscy tylko oglądają obrazki

i rozpoczęła się powolna jazda w górę. Droga miejscami połączyła się z potokiem w jedno, więc przetaczaliśmy się po wielkich kamieniach

, no i dojechaliśmy do takiego punktu, że potrzebna była konkretna decyzja co dalej. Droga mocno się zwężała, dodatkowo było coraz bardziej stromo i ślisko. Przejechaliśmy jeszcze kawałek i postanowiliśmy zrobić mały rekonesans co nas czeka za zakrętem. Okazało się, że nie ma co się pchać dalej, gdyż przy jaskini, ani dalej nie było szansy nie tylko na biwak, ale z zawróceniem aut tez byłby problem. Wykonaliśmy długo ćwiczony i precyzyjnie rozplanowany manewr zawracania na trzy terenówki

i powróciliśmy do ostatnich zabudowań. Irek już wcześniej wypatrzył niewielką, lecz malowniczą polankę przytuloną do góry w paski

i to właśnie miejsce obraliśmy za nasze pierwsze pole biwakowe. Teren był lekko pochyły, ale jakoś udało nam się rozlokować z namiotami i autami, oczywiście za zgodą właściciela łączki, który się zmaterializował równocześnie z naszym przybyciem. Obóz powstawał całkiem sprawnie... ja byłam zachwycona swoim nowym namiocikiem

...lecz najwięcej problemów z rozłożeniem namiotu, miał Andrzej, a namiot to miał najmniejszy

. Nie tylko przestawiał go kilkakrotnie, lecz również chyba sam montaż nie był sprawą banalną

... szczerze podziwialiśmy Andrzejowe zacięcie...
Ponieważ byliśmy przytuleni do ściany wąwozu, a szeroki to on nie był, zasięg telefoniczny, rzecz jasna był mizerny lub po prostu go nie było... jednakże Andrzej nasz zacięty, nie zrażony niepowodzeniami w połączeniu, obleciał w tak zwanym miedzy czasie okoliczne górki, oczywiście w celu odnalezienia zasięgu...

co niestety zaowocowało tylko zroszeniem Andrzejka potem ... Właściciel łączki zaoferował się co prawda, że może udostępnić naszemu przyjacielowi Skypa u siebie w domu, lecz tym razem Andrzej się już poddał...

... Po zachodzie słońca zapłonęło ognisko, Wojtek oczywiście postawił pewne trunki co by należycie oblać "Obóz Nr 1"

i tak powoli dobiegał końca pierwszy dzień rumuńskiej włóczęgi...









