Majówka 2013

Opisy i fotorelacje z pobytu w Bieszczadach

Majówka 2013

Postprzez Stały Bywalec » 28 maja 2013, o 06:29

Maj 2013

Nie mogłem się doczekać tego wyjazdu. Tkwią we mnie geny jakichś bieszczadzkich przodków, co potwierdziłem tu poszukiwanie-przodkow-emigrantow-do-usa-t1701.html . Moje rzadkie nazwisko okazuje się być w tych stronach częściej występujące, i to po obu stronach Sanu. Jeden z jego „nosicieli”, być może nawet ze mną daleko spokrewniony, opiewa w swych książkach bieszczadzkie lasy i kolejki leśne.

Kierowany zatem owym bieszczadzkim atawizmem, po raz kolejny w te strony pojechałem. Żeby się po bieszczadzkich wertepach nachodzić, nachodzić, i ... jeszcze raz nachodzić. Nasycić wzrok krajobrazem zakodowanym w genach odziedziczonych po przodkach „po mieczu”.
Bo przodkowie „po kądzieli”, rodzice matki, to już inna, niebieszczadzka bajka (babcia - Milanówek, czyli podwarszawskie Mazowsze, dziadek - uciekinier z sowieckiego raju).
No i oczywiście przyjechałem aby spotkać się z bieszczadzkimi przyjaciółmi, wypić z nimi co nieco, przejść się po słynnych sękowieckich schodach znanych z filmu „Pancernik Potiomkin” reż. Sergiusza Eisensteina. :lol:

Rozumie się samo przez się, że w Bieszczady przybyłem także z myślą o uczestnictwie w XII KIMB.

W niniejszej relacji zamierzam opisać swe dokonania turystyczne - oczywiście w zakresie turystyki pieszej, gdyż samochód uznaję jedynie za pomocniczy środek transportu, niezbędny do przybycia do zaplanowanego punktu wyjścia. Ponadto jest to środek transportu niezmiernie uciążliwy, jako że bardzo ogranicza zakres napojów spożywanych przez kierowcę.
Nie zapomnę również o innych aspektach majowego pobytu - będzie m.in. o tym, jak obcy kot nasrał mi w pokoju, oraz jak Piskalowi nie udały się placki ziemniaczane.

Na zakończenie tego wstępnego rozdziału pochwalę się „statystycznie”. Zaliczyłem 9 ciekawych tras, w tym oczywiście zdobyłem Tarnicę (bynajmniej nie ograniczając się do „tam i z powrotem” z Wołosatego).
O szczegółach jednak później.

CDN
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 925
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Re: Majówka 2013

Postprzez Stały Bywalec » 29 maja 2013, o 18:14

Przyjechałem 8 maja, tj. dzień później niż pierwotnie planowałem. Przyczyną opóźnienia było uczestnictwo w ważnym zebraniu stowarzyszenia, do którego należę. Przyjaciele z Warszawy, z którymi dzieliłem piętro domu, już na mnie czekali - oni do Sękowca przybyli dzień wcześniej, zgodnie z planem.
Sama podróż przebiegła bez zakłóceń, chyba że zakłóceniami nazwie się miauczenie kota zamkniętego w klatce. Ale nie mogłem go wypuścić. Jechałem sam, nie miał kto zająć się zwierzakiem, a on uwolniony z klatki natychmiast pakowałby mi się na kolana i przeszkadzał w prowadzeniu samochodu. Ze złości zlał się w tej klatce na kocyk, na którym polegiwał.
No nic, dojechałem. Rozpakowałem się, coś tam zjadłem i wypiłem z przyjaciółmi, a potem nawet jeszcze obsikany koci koc wyprałem.

9 maja rankiem, ale niezbyt wcześnie, wyruszyliśmy we troje na Dwernik Kamień. Stałą trasą - najpierw stokówką w stronę Nasicznego, a potem ścieżką turystyczną na szczyt. Pogoda piękna, widoczność dobra, na górze zabawiliśmy więc dość długo. Zeszliśmy stamtąd nietypowo - tylko początkowo ścieżką turystyczną, a potem już ścieżką zrywkową (na szczęście wówczas suchą), która doprowadziła nas do nowobudowanej drogi stokowej. A tą nową stokówką doszliśmy do drogi niżej położonej, wiodącej wzdłuż Hylatego i obok wodospadu. Dalej już Zatwarnica, skąd do Sękowca tylko 2 km.
Całkiem przyjemna inauguracja tegorocznego sezonu bieszczadzkiego, isn’t it?

W nocy, a w zasadzie ok. godz. 4-tej nad ranem, obudziły nas głośne syreny alarmowe. Jechały wozy straży pożarnej i pogotowia. Odgłos dość częsty w dużym mieście, ale tu, na tym odludziu?! Później dowiedzieliśmy się (i naocznie przekonaliśmy), że to był pożar jednego z domów w Zatwarnicy, na początku wsi, po prawej stronie szosy. Dom spłonął prawie całkowicie, pozostałość kwalifikuje się jedynie do rozbiórki. Mieszkańcom podobno nic się nie stało, znaleźli tymczasowe schronienie w budynku miejscowej szkoły.
Straszna tragedia tamtej rodziny.

CDN
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 925
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Re: Majówka 2013

Postprzez bieszczadzka kuna » 29 maja 2013, o 21:16

To pani Maria Morawska miała ten dom. Tragedia, domu mieszkało jej dwóch synów, jeden z miażdżycą, ich babcia i córka z mała córeczką. Ten dom to cały dorobek, prawdopodobnie instalacja elektryczna nawaliła. Nie wiem czy mi tu wolno ale jest zbiórka pieniążków na konto 31862100072001000524450007 z dopiskiem dla Pani Marii Morawskiej. Troszkę pieniążków da nadleśnictwo i niebawem mają coś ruszyć z budową nowego domu. Pozdrawiam
bieszczadzka kuna
Stonka bieszczadzka
 
Posty: 27
Dołączył(a): 7 paź 2012, o 17:39

Re: Majówka 2013

Postprzez Stały Bywalec » 5 cze 2013, o 18:29

10 maja pogoda nadal piękna. Idę dziś na Otryt. Solo, ponieważ moi warszawscy przyjaciele wybrali sobie krótszą trasę.
A ta zaplanowana przeze mnie wcale nie jest trudna. Tyle, że dość długa. Z Sękowca dochodzę stokówkami do niebieskiego szlaku, wędruję nim w zasadzie przez całe pasmo Otrytu, aż do Chaty Socjologa, stamtąd schodzę do Chmiela. Ot i wszystko.
Pustka absolutna - ni żywej duszy po drodze - no bo Miśka z Otrytu, jako zwierzę, duszy nie posiada (za to posiada ją Bieszczadzka Kuna). Zresztą Miśkę rozpoznałem tylko po wyraźnych śladach, najwyraźniej mnie unikała (z wzajemnością).
Przy Chacie Socjologa także pusto, nie licząc młodej pięknej mamy z dwoma brzydkimi berbeciami („brzydkimi” w znaczeniu: płci brzydkiej). Jednego z nich wysłała do mnie z zapytaniem, czy nie życzę sobie herbaty. Grzecznie podziękowałem i odmówiłem, miałem 2 puszki piwa, na cholerę mi jeszcze herbata.
Potem owa mama z dziećmi (zdaje się, że to jakaś familia gospodarza Chaty) poszła w kierunku Lutowisk, a ja wyruszyłem w stronę Chmiela. Zejście przyjemne, nie było tego okropnego błota, jakie zapamiętałem z września ub. roku.

W Chmielu pod półkultową wiatą (jedyna w Polsce całkowicie kultowa wiata jest tylko przy sklepie w Zatwarnicy! :D ) samotnie wypiłem piwo. Nie było tam nikogo. Wnioski dwa, wzajemnie się wykluczające: albo to pogłębiony kryzys i nikogo nie stać już nawet na najtańszy alkohol, albo wręcz przeciwnie - nadeszła prosperity i wszyscy byli w tym czasie w pracy. Dobrze płatnej oczywiście, gdyż jak znam mieszkańców Chmiela, to byle jakiej roboty się oni nie podejmują.
Uszedłem szosą ok. 1 km w stronę Sękowca i złapałem okazję. Uczynnego kierowcę (nie miejscowego, ale ma w tych stronach daczę) zaprosiłem na XII KIMB. Zainteresował się tym fenomenem i obiecał przyjść, ale go na naszym kongresie jakoś nie zauważyłem.

W ogródku, za domem, zjedliśmy (my, to znaczy moi warszawscy przyjaciele i ja) późny obiad, który na tym świeżym powietrzu płynnie przekształcił się w obiadokolację. Zaszczycili nas swoją obecnością gospodarze, przy okazji informując o nocnym pożarze (choć sami niewiele jeszcze o nim wiedzieli). Gadając o tym i owym, pijąc to i owo, mile spędzaliśmy czas.

A w tym samym czasie mój kot przeżył tragedię. Polował na niego jakiś miejscowy buras, nie wiadomo skąd - Barbara się do niego nie przyznaje. Zresztą na wsi nie prowadzi się ewidencji przydomowych kotów - są i już. I ten koci hultaj okazał się odważny i bezczelny. Niezauważony wtargnął po schodach na piętro domu (drzwi były otwarte), pogryzł mojego Sabinka, wyżarł mu wszystko z dwóch miseczek, a potem jeszcze na środku pokoju nasrał i nasikał. Śmiejecie się? No pewnie, że jest to śmieszne, też się w tej chwili, gdy to piszę, uśmiecham. Tyle że mojemu kotu wcale wesoło nie było. Do końca pobytu żył w stresie, bał się wychodzić na dwór. A gdy widział przez okno tamtego łajdaka, to ze strachu chował się pod łóżko. Takiego to „odważnego” mam kota, nb. rodowitego bieszczadnika (z Ustrzyk Grn.).

Tłumaczy go, w pewnym sensie, okoliczność, że jest bardzo chory.
Już po powrocie do Warszawy, w minioną sobotę (1 czerwca) znów byłem z nim u weterynarza. Zwierzak przeżywa już 3-ci nawrót jakiejś kociej choroby układu oddechowego, poprzednio 2 razy ją tylko zaleczono ale nie wyleczono. Teraz wziął się za niego pan noszący na fartuchu plakietkę „dr hab. nauk weterynaryjnych”, może on go wreszcie naprawdę wykuruje. Sabinek jednak zignorował ów wysoki stopień naukowy, nieoczekiwanie pogryzł i podrapał doktora habilitowanego. Szkoda że takiego animuszu nie wykazywał w Sękowcu. A pan doktor wliczył sobie odniesione rany (na szczęście powierzchowne) w honorarium za tę wizytę - w PLN, trzycyfrowe (przed przecinkiem).
Z drugiej jednak strony kot jakby ozdrowiał. Przestał rzęzić, odzyskał koci głos, nabrał apetytu. W najbliższą sobotę (8 czerwca) znów idę z nim do pana doktora habilitowanego nauk weterynaryjnych.
O dalszych postępach kociej kuracji będę informował.

CDN
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 925
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Re: Majówka 2013

Postprzez lidkru » 5 cze 2013, o 18:54

Z drugiej jednak strony kot jakby ozdrowiał.
habilitowana krew podziałała ;-)
...Właśnie przed chwilą zbiegłam z zakładu
Dla niepoprawnych marzycieli...
Avatar użytkownika
lidkru
Zakapior bieszczadzki
 
Posty: 3161
Dołączył(a): 15 lut 2011, o 13:36
Lokalizacja: Kujawy

Re: Majówka 2013

Postprzez Stały Bywalec » 7 cze 2013, o 05:29

11 maja wybraliśmy się we troje do Dydiowej. Dojechaliśmy do wypału im. Lucy P. (najsłynniejszej bieszczadzkiej przewodniczki, lubiącej spożywać tu koniak). Pozostawiliśmy samochód pod opieką miejscowego pracownika (motywując to odpowiednio :lol: ) i wyruszyliśmy ścieżką wiodącą w kierunku chatki „Dydiówki”.
Po drodze Ania zgubiła okulary, wysunęły się jej z kieszeni, gdy kucała za potrzebą. Postanowiła wrócić, aby je odszukać. Adam oczywiście jej samej nie pozostawił. Stwierdzili, że zapamiętali miejsce owego wydarzenia. Może. A zresztą, w razie czego Adaś odnajdzie węchem miejsce „zaznaczone” przez Anię. :lol: Potem mają mnie dogonić.
Zatem ostrzegłem ich tylko przed mieszkającym w tych stronach kuzynem Miśki z Otrytu i dalej poszedłem już sam. Co się będę przejmował - w końcu przyjechaliśmy moim samochodem, to oni mają się trzymać mnie, a nie ja ich.

W chatce urzędowała grupka studenckiej młodzieży. Zamieniłem z nimi kilka grzecznościowych słów, wpisałem się do zeszytu i przysiadłem w cieniu, aby napić się kawy z termosu. Za jakieś 20 minut pojawili się też tu moi przyjaciele - buzie uśmiechnięte, okulary odnalezione.

Poszliśmy w stronę Sanu, cały czas rozkoszując się widokiem tej pięknej doliny. Ukraina o rzut beretem - widoczna odrestaurowana tam kapliczka. Po raz kolejny naszła mnie refleksja, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu była tu (po obu stronach Sanu) ludna wieś. „W 1921 r. Dydiowa liczyła 152 domy i 904 mieszkańców(812 grek., 16 rzym., 76 mojż.). W czasie spisu aż 210 osób podało narodowość polską (w tym niemal wszyscy Żydzi)” - cytuję za bieszczadzkim przewodnikiem wydawnictwa Rewasz. Przy okazji zauważając tu błąd ortograficzny - z kontekstu wynika, że chodziło o 76 osób wyznania mojżeszowego, a zatem powinno się ich określić jako „żydów” - przez małe „ż”. Skoro zadeklarowali, że są Polakami, to już nie byli „Żydami”, lecz „żydami” - w znaczeniu religijnym (wyznawcami judaizmu), a nie narodowościowym. Jeśli ktoś nie wierzy, to odsyłam go do słownika ortograficznego. Zresztą nawet mądry Word nie podkreśla na czerwono tego wyrazu napisanego przez małe „ż”.

Na przełaj, przez wzgórze, doszliśmy do domku myśliwskiego, zamkniętego oczywiście na cztery spusty. Tam dokończyłem swoją kawę, starając się nie zwracać uwagi na A. i A. pijących w tym czasie piwo. Po co się denerwować?
Pozostawiając to urokliwe miejsce w stanie niezmienionym, tzn. zabierając ze sobą wszystkie swoje śmiecie, wyruszyliśmy - po niecałej godzinie tam siedzenia - w drogę powrotną. Ale nie tędy, którędy przyszliśmy. Ścieżka poprowadziła nas najpierw uroczą łąką obok ambony myśliwskiej, następnie przez las i potok Muczny, aż do drogi wiodącej od strony Dźwiniacza i Tarnawy Niżnej. Aby przekroczyć ów potok musieliśmy zdjąć buty. Prowizoryczny „most” był bowiem częściowo pozbawiony poręczy i nie chcieliśmy ryzykować upadku z wąskiego bala dość wysoko zawieszonego nad rzeczką.
A następnie ww. „drogą zakładową” dowędrowaliśmy, w skwarze, do szosy i wypału imienia Lucyny. Lucy nie było. Butelek po jej koniaku też nie. :lol:

Wycieczka była bardzo fajna, pozostawiająca jednakże (przynajmniej u mnie) niedosyt kilometrażu. To tak, jakby Piskala poczęstować tylko jednym piwem. :lol:

CDN
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 925
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Re: Majówka 2013

Postprzez Stały Bywalec » 10 cze 2013, o 07:18

12 i 13 maja - odpoczynek. 12-go - zaplanowany, a 13-go - wymuszony złą pogodą. Deszcz. Co prawda nie tak ulewny jak ostatnio 9 czerwca, gdy zalało kawałek Warszawy (i mnie mało nie utopiło, gdy wracałem samochodem z Puszczy Kampinoskiej), ale jednak zniechęcający do wędrówki. Postanowiłem oddać się lekturze - przywiozłem ze sobą 2 książki, specjalnie kupione tuż, tuż przed wyjazdem - aby nie naszła mnie ochota przeczytania ich jeszcze w Warszawie. :lol: Na pierwszy ogień poszedł „Sołdat” Nikołaja Nikulina (wyd. Karta), a w zapasie pozostał mi jeszcze „Wspólny wróg” Rolfa Dietera Muellera (wyd. Prószyński i S-ka). W niedzielę 12 maja udaliśmy się także samochodem do Lutowisk, aby zapełnić lodówkę zakupami w tamt. delikatesach.

Ale 14 maja (wtorek) postanowiłem zaryzykować i wyruszyć w trasę bez względu na pogodę. I dobrze zrobiłem, wbrew sceptycznym zapatrywaniom A. i A., nie podzielającym mojego optymizmu co do mającej nastąpić w ciągu dnia poprawy pogody.
Rano mgła, raczej chłodno i trochę siąpi. Ale co tam, jadę do Wołosatego i już!
Swoim samochodem dotarłem do Ustrzyk Grn., tam na centralnym placu zaparkowałem za darmo - pan pobierający opłatę się tego dnia nie pofatygował przyjść do pracy. I słusznie, gdyż chyba byłbym jego jedynym dziś klientem.
Na skrzyżowaniu z drogą do Wołosatego na okazję czekałem równo 15 minut. Potem jeszcze kilka minut jazdy, kilka minut piechotką i już znalazłem się przy punkcie kasowym.

I hajda na Tarnicę! :D
Warunki pogodowe z kwadransa na kwadrans coraz lepsze. Przestało siąpić, potem mżyć, a nawet wiać. Ale mgła nie opadła do końca mojej dzisiejszej wędrówki - widoczność jak pamiętnego dnia 3 lata temu nad lotniskiem w Smoleńsku! Tylko ok. 100 metrów, ale i to mi wystarczyło, aby wzruszyć się widokiem zalegającego jeszcze gdzieniegdzie śniegu.

I wcale nie było pusto. Jeszcze przed wejściem na przełęcz dogoniłem szkolną wycieczkę. Potem ta sama młodzież wyprzedziła mnie na ostatnich metrach przed przełęczą, ale tam się dłużej zatrzymali, więc na Tarnicy znalazłem się przed nimi. „Dowartościowałem” ich zapytaniem, czy są może grupą z kursu na ratowników górskich - akurat podsłuchałem, gdy przewodnik tłumaczył im coś z zakresu udzielania pierwszej pomocy. Z pewnym zażenowaniem mi zaprzeczyli, przyznając się tylko do uczestnictwa w zwykłej szkolnej (chyba licealnej) wycieczce.
Na Tarnicy posiedziałem dłuższą chwilę, kontemplując otaczającą mnie mgłę i tę młodzież, która właśnie akurat tu weszła (jedna z pań nauczycielek była całkiem, całkiem). No bo na co się miałem w końcu gapić, jeśli góry były niewidoczne?
Wróciłem na przełęcz, a stamtąd wyruszyłem przez Tarniczkę i Szeroki Wierch w stronę Ustrzyk Górnych. Po drodze, na połoninie, dognała mnie jeszcze połowa wspomnianej grupy młodzieży. Druga połowa, jak widać, zeszła tak jak weszła (czyli wrócili najkrótszą trasą do Wołosatego). Niestety, owej atrakcyjnej nauczycielki już nie zauważyłem.

Gdy znalazłem się w strefie lasu, ale jeszcze przed dojściem do wiaty, rozdzwonił mi się telefon. Najpierw zatelefonował Adam, aby upewnić się, że żyję. Następnie dał głos, aż z Radomia, sam Ojciec Prowadzący - awizujący swój przyjazd 17 maja wieczorem. Obiecałem mu, że po niego wyjadę do Ustrzyk Dln.

Pod leśną wiatą posiedziałem około godziny, zjadłem i wypiłem cały swój prowiant. Przestało mi się spieszyć - pogoda już się wyraźnie poprawiła, gdzieś tam wysoko słońce zaczynało powoli wygrywać z chmurami.
Zszedłem do Ustrzyk Grn., gdzie ucieszony brakiem pana parkingowego (opłata za parkowanie samochodu osobowego wzrosła w tym roku, wg wywieszonego tam cennika, do 15 zł) postawiłem piwo miejscowemu bieszczadzkiemu zakapiorowi. I to tak sam z siebie, bynajmniej mnie nie nagabywał.

Do Sękowca wróciłem akurat na obiadokolację. Wieczorem odebrałem telefon od toruńskiego Wojtka Myśliwca, który akurat dojeżdżał, ale jeszcze przed przyjazdem do Sękowca już się upominał o jutrzejszą wycieczkę. Jak tak, to tak - zaproponowałem maraton ponad 30 km, nie dowierzając, że się zgodzi. Ale Wojtuś, po konsultacji z kolegą, z którym przyjechał (również Wojtkiem), ów ambitny plan zaakceptował.

CDN
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 925
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Re: Majówka 2013

Postprzez Stały Bywalec » 10 cze 2013, o 17:56

15 maja przeszliśmy we trzech (tj. dwóch Wojciechów i ja), przy pięknej pogodzie, piękną trasę o długości nie mniejszej niż 32 km (uwzględniając liczne pofałdowania terenu). Przedstawię ją najpierw w skrócie (gdyby ktoś nie chciał dalej czytać): Sękowiec - most na Sanie w Studennem (doszliśmy tam prawą stroną Sanu, leśną drogą wzdłuż rzeki) - przejście przez ten most - Obłazy - Tworylne - Krywe - Hulskie - Sękowiec (czyli powrót też głównie wzdłuż Sanu, ale już po jego lewej stronie).

Początkowo stanowił dla mnie zagadkę stan kondycji Wojtka Starszego. Jest w wieku mniej więcej moim (+3 lata, o ile dobrze zapamiętałem), a więc takim, w którym wszystko jest, i jeszcze :D , i już :( , możliwe.
W tym wieku łazi się jeszcze po Himalajach, przykładem był choćby śp. Maciej Berbeka (60 lat), który niedawno tragicznie tam zginął, być może dlatego, że zawrócił, aby pomóc dużo młodszemu koledze - tę hipotezę ew. potwierdzi znalezienie ich ciał obok siebie. W Ustrzykach Grn. poznałem faceta (emerytowanego księgowego), który już po 80-tce (!) wprowadza pielgrzymki na Tarnicę.
Niestety jednak większość mężczyzn już w wieku „50+” dostaje zadyszki po przejściu niespełna 10 kilometrów, a dłuższy dystans mógłby się okazać wręcz niebezpieczny dla ich zdrowia, a nawet życia. Kilka lat temu „przytargałem” ze sobą do Sękowca kolegę jeszcze z licealnej ławki, czyli dokładnie mojego rówieśnika. Po jednej niespecjalnie długiej wycieczce, podczas drugiej (bynajmniej nie następnego dnia) dosłownie upadał na twarz ze zmęczenia. A zastrzegam, że wcześniej, przed przyjazdem, wypytałem go o stan zdrowia, ale żadnych dolegliwości kardiologicznych ani ortopedycznych mi nie zgłosił.

Tak więc i teraz wypytałem Wojtka Młodszego o Wojtka Starszego, a potem już tego drugiego osobiście i bezpośrednio. Dowiedziałem się niewiele, ot, parę ogólników, że sporo chodzi, bo lubi turystykę pieszą.
Te chyba 12 km, jakie oddzielają Sękowiec od mostu w Studennem, przeszliśmy w 2 godz. 45 min., wliczając w ów czas króciutki postój na punkcie widokowym. Czyli tempo niezłe.
Zaraz za mostem zauważyłem samochód leśnictwa. Powiedziałem kolegom (kierując to jednak bardziej do starszego niż młodszego), że gdyby ktoś nie czuł się na siłach, to ma wspaniałą okazję do powrotu do Sękowca samochodem. Spojrzeli na mnie bez zrozumienia, biorąc to za kiepski żart. Zrozumiałem zatem (prawidłowo), że moje obawy są bezpodstawne. Przestałem więc o tym myśleć.

W Obłazach, w miejscu niegdysiejszego obozowania harcerzy, zorganizowaliśmy sobie pierwszy dłuższy postój. Czas na piwo. I wtedy, i teraz (gdy to piszę) też. :lol:
Wędrowaliśmy tą starą bojkowską drogą cały czas zachwycając się nadsańskim krajobrazem. Drugi postój, również piwno-gastronomiczny, mieliśmy w ruinach Tworylnego.

A potem powstał problem i wkradła się w nasze szeregi niesubordynacja. :evil:
Dalsza droga poprzez Tworylne jest - jak bieszczadnikom powszechnie wiadomo - w stanie stałej melioracji czynionej przez bobry. Mimo to tamtędy już nieraz przechodziłem - albo na wprost, skacząc (z Ojcem Prowadzącym) z kępy na kępę i z krzaka na krzak, albo (z in. kolegami) obchodząc to rozlewisko od strony Sanu.
Teraz jednak Wojciechowie chyba się przestraszyli, że im zaordynuję przejście bajora w bród i wyrwali ścieżką prowadzącą w prawo, w kierunku drogi stokowej. I w ogóle nie reagowali na moje wołanie! Chcąc - nie chcąc poszedłem za nimi. Na szczęście owa ścieżka miała wkrótce odbicie również w lewo, wiodące do tego samego „bobrowiska”, tyle że już z jego drugiej strony. Nawet jacyś turyści tam wtedy biwakowali.

Wkrótce doszliśmy do cmentarza w Tworylnem, gdzie w zadumie przysiedliśmy na trawie i wdaliśmy się w historyczne rozważania. Wojtek Młodszy okazuje się być niezłym ekspertem w tej dziedzinie. Ma dużą wiedzę, a ponadto zachowuje obiektywizm.

I oto już zbliżamy się do Krywego. Potok, który w ub. roku trzeba było przekraczać z niemałym trudem, teraz okazuje się płyciutki, dziecko by go przeskoczyło. Potem jeszcze pagórek i już widok na zabudowania p. Antoniny.

Obeszliśmy Tosine „agrogospodarstwo” z lewej strony, wdrapaliśmy się na Ryli, a stamtąd przez łąkę w dół, na przełaj, w kierunku chałup Piotra w Hulskiem. Chaszcze do połowy uda. Potem lewą stroną potoku Hulski, a gdy ścieżka się nam skończyła, hyc, po kamieniach, na drugą stronę rzeczki, gdzie ścieżka jakby się zaczynała. Zdaje się, że Wojtek Młodszy trochę wpadł w wodę (jedną stopą).
I tak doszliśmy ścieżką (wiodącą prawą stroną potoku) prawie aż do ujścia Hulskiego do Sanu. Do ruin młyna już dziś nie dochodziliśmy, skręciliśmy w prawo, ścieżka prowadziła nas teraz nad Sanem.
I zaprowadziła aż do samego Sękowca (osady). A stamtąd już był rzut beretem do ośrodka w Sękowcu.

Spore możliwości turystyczne Wojtka Młodszego poznałem wcześniej - w ub. roku obaj walczyliśmy (plus Ojciec Prowadzący) z halnym na Bukowym Berdzie. Z kolei teraz, żegnając się z kolegami, przyjrzałem się dokładnie Wojtkowi Starszemu. Nic, zero widocznego zmęczenia. Wyglądał jak po niedzielnym spacerku na toruńskiej starówce. :lol:

Tego dnia przeszliśmy ponad 32 km po powyżej opisanych bieszczadzkich wertepach. Zajęło nam to 9 godzin, z czego ok. 1 godz. należy odliczyć na odpoczynki.

CDN
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 925
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Re: Majówka 2013

Postprzez Stały Bywalec » 21 cze 2013, o 07:18

16 maja postanowiłem odpocząć, tj. poświęcić czas lekturze, piwu i kotu (w tej właśnie kolejności). Usiadłem na tarasiku, zacząłem czytać „Wspólnego wroga” Rolfa Dietera Muellera (wyd. Prószyński i S-ka). Otworzyłem pierwsze piwo i zawołałem Sabinka, aby się pokręcił na świeżym powietrzu, ale niedaleko mnie (dalej już by go zaatakował bury drań).

Wcześniej, gdzieś tak około godz. 9-tej, pożegnałem A. i A., którzy nieco skrócili planowany pobyt i mimo nadal pięknej pogody postanowili już dziś wrócić do Warszawy. Pomimo wspólnego zamieszkiwania mało ze sobą przebywaliśmy - moi przyjaciele wyraźnie preferowali krótsze wycieczki. Uważny czytelnik niniejszej relacji na pewno zauważył, że tylko 2 razy wybrali się wspólnie ze mną na bieszczadzką łazęgę.
Z moich wczorajszych kompanów znali tylko Wojtka Młodszego i a priori założyli, że jego kolega z Torunia musi być w jego wieku. Po naszym powrocie stwierdzili, że taką długą trasę pokonałem z „młodszymi chłopakami”. Mina im nieco zrzedła, gdy powiedziałem, z którego rocznika jest drugi z owych „chłopaków”.

I tak cały dzień przesiedziałem w słońcu na tarasie, pijąc piwo i rozmyślając (podczas lektury) o możliwym alternatywnym przebiegu najnowszej historii Polski. Przy okazji informuję, że autor czytanej przeze mnie książki był jednym z konsultantów historycznych niedawno wyemitowanego w TVP1 trzyodcinkowego niemieckiego serialu pt. „Nasze matki, nasi ojcowie”. Polski wątek, przyznaję, jest w tym filmie bardzo mocno kontrowersyjny. Ale czy w 100% fałszywy? Osobom pragnącym zgłębić ten temat polecam książkę Franka Blaichmana pt. „Wolę zginąć walcząc. Wspomnienia z II wojny światowej. Przeciw nazistom, volksdeutschom i antysemickiej Armii Krajowej”. Wydawnictwo Replika, 2010. ( www.replika.eu ). Wspomnienia jednostronne, emocjonalnie subiektywne, ale przecież nie wyssane z palca.

Aha, przypominam sobie, tego dnia zrobiłem jeszcze pranie.

17 maja dokończyłem do południa lekturę „Wspólnego wroga” (już bez towarzyszącej temu konsumpcji piwa), zjadłem obiad i zasiadłem za kierownicą.
Najpierw - kierunek Lutowiska. Łażę po historycznych miejscach świadczących o niegdysiejszej multinarodowości tego niegdysiejszego miasta. Po szczegóły odsyłam do bieszczadzkiego przewodnika wydawnictwa Rewasz. Dużo interesujących wiadomości nt. historii Lutowisk zawiera też tablica informacyjna przy tamtejszej szkole. Założę się, że nawet nie wszyscy „bieszczadnicy” wiedzą, iż po wojnie Lutowiska były „radzieckie” aż do 1951 r. I wcale nie nazywały się „Lutowiska”.

Kręcąc się po Lutowiskach dostaję telefon od Piskala, który właśnie akurat mnie zauważył z okna autobusu. Trochę w tym telepatii, gdyż i ja - widząc autobus - pomyślałem, że chyba nim jedzie ów sławny bieszczadnik z Torunia. Bieszczadzki zakapior w wersji internetowej. :D
Piskal, nie obraź się! Osobiście uważam, że wszyscy co aktywniejsi uczestnicy internetowych for bieszczadzkich (łącznie ze mną) są w pewnym sensie bieszczadzkimi neo-zakapiorami, takimi na miarę XXI wieku oraz Internetu. Gdyż dawny świat prawdziwych zakapiorów bieszczadzkich - has gone with the wind. I se ne wrati. :lol:

Następnie przyjechałem do Czarnej i tam też trochę pospacerowałem, rozpoczynając od obejrzenia galerii.

I wreszcie cel mojej dzisiejszej wyprawy samochodowej - Ustrzyki Dln. Zrobiłem zakupy w „Haliczu”, podjechałem na dworzec autobusowy, zasiadłem w knajpce (ale na świeżym powietrzu) przy kawie i nawiązałem kontakt telefoniczny z Ojcem Prowadzącym, zmierzającym tu autobusem aż z Radomia. Picie kawy przedłużyło mi się prawie o godzinę, tyle bowiem miał spóźnienia autobus kursowy z Warszawy. Ojciec Prowadzący wysyłał mi systematycznie sms-y z nazwami mijanych co większych miejscowości, tak więc na bieżąco orientowałem się, ile jeszcze będę musiał tu siedzieć.
W międzyczasie odjechał ostatni autobus do Zatwarnicy, nie czekając na przyjazd tego warszawskiego. Zacząłem się zastanawiać, jak niektórzy jego pasażerowie (na których może nikt tu nie czeka) dostaną się jeszcze dziś do Czarnej, Lutowisk i Zatwarnicy. Gdyż normalnie obydwa autobusy są „skomunikowane” - ten do Zatwarnicy odjeżdża kilka minut po przyjeździe (terminowym) autobusu z Warszawy.

Wreszcie nadjechał spóźnialski warszawiak, a w nim mój kum radomiak. Wysiadło też kilkanaście innych osób, ale wszyscy byli albo miejscowi, albo zaraz przywitali się ze zmotoryzowanymi osobami oczekującymi na nich. Czyli podobnie jak Rycho ze mną. Nikt się bezradnie nie rozglądał za przesiadką dalej (a gotów byłbym bezinteresownie zabrać takiego pechowca).

Przyjechaliśmy do Sękowca już o zmierzchu. W sam raz na wigilię KIMB-u. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy i popiliśmy w bardzo dostojnym, elitarnym bieszczadzkim towarzystwie.
Piskal zarządził na jutro wspólną wycieczkę na Dwernik Kamień. I uparł się, żeby zbiórka nastąpiła już o godz. 9-tej rano, nie chciał słuchać próśb o przesunięcie terminu o godzinę później. Akces do wyprawy zgłosili w zasadzie wszyscy, oczywiście z inicjatorem - Piskalem na czele.
Co z tego wyszło - napiszę w następnym odcinku. :lol:

CDN
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 925
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Re: Majówka 2013

Postprzez Stały Bywalec » 23 cze 2013, o 11:43

Dn. 18 maja tuż po godz. 9-tej, tj. zgodnie ze wspomnianą wcześniej dyrektywą Piskala, wychodzimy z Ojcem Prowadzącym na miejsce zbiórki i stwierdzamy, że jesteśmy tam sami. Parę chwil później z błędu wyprowadza nas Belzebub, czyli Bogdan z Tarnobrzega.
Ale to wszystko, więcej już nikt nie przybędzie. Wyruszamy we trzech, od pozostałych otrzymując mglistą obietnicę przez telefon, że pójdą za nami i spotkamy się na szczycie.

Na razie to my jednak wędrujemy na Dwernik Kamień - wejściem tym samym, którym szedłem 9 maja z A. i A. (opis trasy powyżej, pod tamtą datą). Belzebub i Ojciec Prowadzący :lol: (sic!) idą jednak tędy w tym roku po raz pierwszy.
Już po wyjściu ze stokówki, wchodząc pod górę, pozwoliłem sobie narzucić dość ostre tempo, testując w ten sposób możliwości swoje i kolegów. Zapie...my jak rodowici tołhaje! :D Na ostatnim odcinku okazuje się, że Bogdan jest najlepszy, ja jakieś kilkadziesiąt metrów za nim, a tyleż metrów z kolei za mną sapie Ojciec Prowadzący.

Na Dwerniku Kamieniu urządzamy sobie dłuższy postój, połączony z uzupełnieniem płynów w organizmie, także i tych procentowych :D . Spoglądamy na połoniny i widoczną stąd Chatkę Puchatka, kontemplujemy piękno gór. Przez telefon dowiadujemy się, że w ślad za nami wyruszyły trzy kobiety, więc uparcie tkwimy na owym szczycie i czekamy. Ale im się nie spieszy - być może właśnie dlatego! Gdybyśmy byli sporo młodszymi kawalerami, to pewnie one by tu dotarły wcześniej, i to one by na nas czekały! :oops:

W końcu sami opuszczamy skrwawiony (w 1915 r.) szczyt Holicy i zaraz (jeszcze prawie na samej górze) skręcamy w lewo, wchodząc na oznakowaną ścieżkę turystyczną - wiodącą w dół malowniczą okolicą, aż do leśnej drogi zakładowej (tej starej, wzdłuż Hylatego) prowadzącej do Zatwarnicy.

Obiad zjadamy w hotelu w Zatwarnicy, popijając go zaraz piwem pod nieodległą kultową wiatą. I w zasadzie już jest po wycieczce.

A wieczorem - XII KIMB !!!
A właściwie dlaczego to ja mam go opisywać? To przecież urzędowy obowiązek Piskala. Ponadto Piskal, jako że opuścił wycieczkę, którą nb. sam zainicjował, to wyspał się, najadł się, napił się (i zapewne coś jeszcze, ale już bez „się”), tak więc - w pełni wypoczęty i zrelaksowany - na pewno wszystko zapamiętał, niech więc teraz opisuje. :D Niekoniecznie na zielono, może być na pomarańczowo. Przypominam drogowskaz: http://forum.bieszczady.info.pl/showthr ... sta-obecności-i-rozkład-jazdy.?p=145686#post145686

Ja dziś, po ponad miesiącu od KIMB, pamiętam przykry zawód, jaki uczyniły mi Chwastkówna i Lucy (wymienione w porządku alfabetycznym) w ogóle nie przyjeżdżając na kongres. :evil:
Przypominam sobie również Bieszczadzką Kunę, która na KIMB wpadła jak meteor, wypiła szklankę kawy z wódką (wg proporcji pół na pół) i już zazdrosny mecenas ją porwał i wywiózł.
Kilka dni później Kuna zadzwoniła do Piskala i skarżyła się na mecenasa, twierdząc, że (cyt.) „się wściekł”. :twisted: Nie ma powodu, aby Kunie nie wierzyć. Sprawa jest zatem poważna - nie można jej zlekceważyć. Jeśli miałaś, Kuno, kontakt z nim choćby tylko dotykowy, to powinnaś skierować go na obserwację, gdyż w przeciwnym wypadku grozi Ci seria bolesnych zastrzyków. :!:

Potem była lista przebojów w wykonaniu Mania, który od pewnego czasu przyjeżdża solo, już nie w duecie powstałym jeszcze na II KIMB (też w Sękowcu). Zatem już nie Tarnina, ale głównie Marcowy wspomagali wokalnie naszego gitarzystę.
Występ Mania to zdecydowanie gwóźdź programu każdego naszego kongresu. Piosenki bardzo spodobały się Ojcu Prowadzącemu, dla którego tegoroczny KIMB był pierwszym, na którym uczestniczył - wcześniejsze znał tylko z opowiadań Piskala i moich.
Szczególnie jedna piosenka wpadła Ryśkowi w ucho. Już przez cały czas aż do końca pobytu (z przerwami tylko na sen i Radio Maryja) podśpiewywał sobie o jakiejś pani, która miała 16 lat i nosiła czarny skórzany płaszcz ze śladami wymiocin po alkoholu. O profesji owej pani, również wyartykułowanej w tekście piosenki, z wrodzonej mi skromności nie wspomnę. :lol:

Liczne zdjęcia z XII KIMB posiada ich autor - czyli Hero. Mnie je udostępnił, przesyłając (jako prywatną wiadomość) link. Osobom zainteresowanym proponuję zatem, aby zwróciły się bezpośrednio (p.w.) do autora. Warto - naprawdę warto!

CDN
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 925
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Następna strona

Powrót do Relacje z Waszych pobytów i wypraw

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zarejestrowanych użytkowników i 0 gości


Loading

O F I C J A L N E    F O R U M    D Y S K U S Y J N E    S E R W I S Ó W:
               

Forum bieszczadzkieforum.pl używa plików typu cookies do poprawnego działania strony, w celach statystycznych, reklamowych, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz by umożliwić logowanie zarejestrowanym użytkownikom. Korzystanie z forum bieszczadzkieforum.pl, bez zmian ustawień w używanej przez Państwa przeglądarce internetowej oznacza zgodę na wykorzystywanie technologii cookies i zapisywanie ich w pamięci Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.