Majówka nad Sanem 27.04.-12.05.2012 r.

Opisy i fotorelacje z pobytu w Bieszczadach

Re: Majówka nad Sanem 27.04.-12.05.2012 r.

Postprzez otrok » 12 cze 2012, o 11:04

aby zdjęcia się same wyświetlały, trzeba umieścić je na zewnętrznym serwerze. Trzeba założyć nim konto.
Ja używam imageshack:
http://imageshack.us/
po załadowaniu zdjęcia na ten serwer, trzeba kliknąć myszką na pierwszy od góry przycisk przy miniaturce (takie małe 'i')
i skopiować bezpośredni adres, który pokaże się po słowie 'Direct".
Jak już mamy bezpośredni link, to wystarczy wkleić go do postu i otoczyć go znacznikami [img]i[/img]
o tak:
[img]http:...[/img]

pzdr ;)
otrok
Wyrypiarz bieszczadzki
 
Posty: 335
Dołączył(a): 17 lut 2011, o 09:17
Lokalizacja: Beskid Niski i po górze

Re: Majówka nad Sanem 27.04.-12.05.2012 r.

Postprzez Stały Bywalec » 12 cze 2012, o 16:08

Otroku, dziękuję. Na razie tworzę słowo pisane.
:D

Piątek, sobota, niedziela (4-6 maja)

Były to dni „małoturystyczne”, a więc opiszę je łącznie. Upał ustąpił, ale nadal jest dość ciepło i bezdeszczowo.

Odbieram dwa telefony, wg kolejności - od Pastora i od żony.
Małżonka informuje, że nie przyjedzie, tak jak wcześniej zaplanowaliśmy, w sobotę 5 maja. I w ogóle nie przyjedzie. Nie może. Nawaliła jej „zmienniczka” w biurze, która z racji nagłej choroby nie może powrócić z długiego weekendu z Mazur. Złapała tam jakieś wirusowe zapalenie płuc.
Pastor natomiast awizuje swój przyjazd do Sękowca, ale ostatecznie ... też nie przybył. Pomimo iż wysłałem mu sms-a z informacją o sobotnich imieninach Ojca Prowadzącego (przełożonych jeszcze z dnia 3 kwietnia).

W związku z przygotowaniami do jutrzejszej imprezy, w piątek udajemy się na małe, „uzupełniające” zakupy do Lutowisk, a potem na obiad i piwo do hotelu w Zatwarnicy.
W domu trochę zaległej lektury, wieczorem nieduża towarzyska wódeczka. Sennie i nudno.

Parę słów zatem, co się dzieje w kocim świecie. A dzieje się niedobrze, nie tak sobie Sabinek majowe wywczasy wyobrażał.
W obejściu jest kilka kotów miejscowych, z którymi mój sierśćciuszek, w końcu też przecież rodowity bieszczadnik, chętnie by się zbratał. Bo ten mój kocina jest bardzo przyjacielski, łagodny, to takie kocie ciepłe kluski. Poza tym wykastrowany, a więc odpada w wiadomej rywalizacji.
Lecz jeden z miejscowych kotów, nazwijmy go Bury-Pręgowany, najwidoczniej wyraża odmienną opinię. Do tego stopnia, że ciągle gania i gryzie mojego kotka. Mało tego - najwyraźniej chce zająć jego miejsce. Nie wierzycie?
Wychodzę na taras przed dom i głośno wołam Sabinka po imieniu, nawet nie używając tradycyjnego kci-kci. Tylko: Saaabiiinek! Saaabiiinek! :lol:
Mój biedaczek piszczy żałośnie gdzieś z zarośli, za to Bury-Pręgowany podbiega do mnie, a minę ma tak przymilną, jakby to zawołanie jego dotyczyło. Ani chybi, chce Sabinka wygryźć - w przenośni i dosłownie.

Bo dosłownie też. Dwa razy interweniowałem, ale Sabinek i tak został pogryziony przez tego niedoszłego uzurpatora. Zanosiłem go na rękach do domu (raz też to zrobił Adam), gdzie ze strachu chował się, mimo że już był bezpieczny, pod łóżko. A potem patrzę - pod łóżkiem sporo krwi. :evil:
Na domiar złego, gdy tak ciągle pokrwawiony, krył się przed owym Burym-Pręgowanym w zaroślach, Sabinka dopadły kleszcze. Pierwszego wyciągnęła mu nasza gospodyni (to ta piękna pani na ostatnim zdjęciu z mojego postu z dn. 11 czerwca), ale trzy następne, ukryte głęboko w futerku, przyjechały aż do Warszawy. :evil: Dopiero w dzień po moim powrocie zrobiliśmy z żoną z nimi porządek, ale na wszelki wypadek następnego dnia jeszcze naszego kotka dokładnie obejrzał osiedlowy nieludzki doktor. Przy okazji go też prewencyjnie odrobaczył.

A w sobotę 5 maja od godz. 15-tej - impreza! Rycho, obdarowany przez wszystkich prezentami, potrafił się zachować. Wszelkie alkohole lały się strumieniami, do żarcia były flaki, wędliny i pyszne ciasta wypieczone przez panie z Zatwarnicy.
Nie pamiętam kiedy i jak poszedłem spać. Ale gdy obudziłem się na nocne siusiu, stwierdziłem, że jestem w piżamie, kot leży na poduszce obok, a zatem wszystko jest okay.

W niedzielę 6 maja, z racji syndromu dnia wczorajszego, udaliśmy się we czworo (Adaś z Piwonią, wczorajszy solenizant i ja) tylko wolnym spacerkiem do Chmiela. Poszliśmy tam malowniczą stokówką, szkoda że aktualnie nadmiernie utwardzaną. Co ci leśnicy z nią wyprawiają, autostradę na Euro chcą tu wybudować?
Wróciliśmy autobusem, który akurat w Chmielu się nam napatoczył. Zawiózł nas do hotelu w Zatwarnicy na obiad.
Piechotą powróciliśmy do Sękowca.

Jeszcze tego dnia podjęliśmy z Ojcem Prowadzącym zobowiązanie! Dość tego obijania się i spacerków jak dla staruszków albo młodzieży niepełnosprawnej. Siedzimy już tu tydzień, a cośmy za wycieczki zorganizowali? Wstyd i tyle.
Jutro zaliczamy Tarnicę, Halicz i Rozsypaniec.

CDN
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 940
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Re: Majówka nad Sanem 27.04.-12.05.2012 r.

Postprzez Stały Bywalec » 18 cze 2012, o 07:29

Poniedziałek, 7 maja

I już po długim weekendzie. Bieszczady opustoszały, z ośrodka w Sękowcu też prawie wszystkich wymiotło. Tylko nasza ekipa się jeszcze trzyma i nie myśli o wyjeździe, choć i my zaczynamy tu odliczać ostatni tydzień.
A tam wysoko, hen na górze, też poczuli się zwolnieni z dalszego zapewniania na dole pięknej pogody. Święty Józef - patron robotników, oraz Hugo Kołłątaj et consortes - twórcy Konstytucji 3 Maja, stwierdzili, że święta, którym patronują, minęły, a więc teraz to może już deszcz popadać.
My też się tego domyślamy, obserwując niebo i widząc kurczący się słupek rtęci w termometrze zaokiennym. I wszyscy, poza Ojcem Prowadzącym i Ojcem Piszącym (te słowa) :lol: , wystraszyli się zapowiadanego pogorszenia pogody. Tylko my dwaj pozostajemy zdeterminowani.

Ubrawszy się cieplej niż w dniach poprzednich, jedziemy do Wołosatego. Na parkingu - totalna pustka, chyba tylko mój samochód tam pozostanie. Uiściwszy wymaganą dychę udajemy się w stronę punktu kasowego BdPN, gdzie pracujący pan ożywia się na nasz widok - nareszcie turyści! Kupujemy bilety wstępu do parku, pytamy o dzisiejszą frekwencję. Pan odpowiada, że już poszło kilka osób (a jest coś około godz. 10:30), ale za to 1 maja to sprzedał półtora tysiąca biletów! Pocieszam więc Ryśka, że będzie nam łatwiej wejść na Tarnicę, która po takim udeptaniu zapewne jest dziś trochę niższa. :lol:
Psującej się pogody nie lekceważymy. Jeśli się rozpada na dobre, to pójdziemy tylko tam i z powrotem, tj. z Tarnicy powrócimy niebieskim szlakiem do Wołosatego.

Wkraczamy na szlak. W strefie łąki jeszcze nie pada, w strefie lasu już pada, ale to nieduży deszczyk, taki wiosenny kapuśniaczek. Drzewa chronią, więc kapturów nie trzeba jeszcze naciągać.
Wychodzimy z lasu i już przestało nawet mżyć. Docieramy na przełęcz i od razu, bez nawet chwilowego odpoczynku (bo jeszcze znów zacznie padać :lol: ) walimy na sam szczyt. Tam zatrzymujemy się dłużej, zwłaszcza że pogoda właśnie jakby się poprawiała. Na Tarnicy przebywamy około pół godziny, kilka osób przychodzi, kilka odchodzi, ale tłoku tu dziś nie ma, o nie - jednocześnie przebywa co najwyżej 6 - 8 osób.
Decydujemy się z Rychem na wariant maksymalny wycieczki, jeszcze wczoraj przez nas zaplanowany. Schodzimy na przełęcz i witamy się ze szlakiem czerwonym, którego nie opuścimy przez najbliższe kilka godzin.

Idziemy w kierunku Halicza, Rozsypańca i Przełęczy Bukowskiej. Miejscami jeszcze leży sporo śniegu, robimy ciekawe zdjęcia, ale Ojciec Prowadzący później orzekł, że były nieudane i mi ich nie przesłał. :evil:
Wdrapujemy się na Halicz, lecz nie zatrzymujemy się ani na chwilę, gdyż towarzysząca nam od kilkunastu minut mżawka robi się coraz większa, aż właśnie na szczycie Halicza przeistacza się w deszczyk (ale jeszcze nie w deszcz). Przyspieszamy kroku, na uroki krajobrazu też pozostajemy nieobojętni. Widoczność jednak też się coraz bardziej pogarsza. Z Rozsypańca patrzymy na „naszą” Tarnicę już przykrywaną przez chmurę (krzyża nie widać).
Naprzeciw nam wali para ludzi w dziwnych, bardzo jaskrawych i odblaskowych strojach górskich, z daleka wyglądają jak Marsjanie albo GOPR-owcy. Ale to nie są kurtki ratowników, to chyba takie wdzianka alpejsko-himalajskie, aby w razie czego łatwiej było zlokalizować zagubionego delikwenta.
Już na ostatnim górskim odcinku, na zejściu z Rozsypańca, robi się mokro także i na ziemi - szlak staje się śliski. :evil:

Ale oto i Przełęcz Bukowska, a na niej duża wiata turystyczna. Zasiadamy tam i przypominamy sobie, że jesteśmy głodni i spragnieni. Likwidujemy więc nasze zapasy, pod dachem nie przejmując się tym, że właśnie zaczęło lać na dobre.

I wtedy nieoczekiwanie dołączają do nas dwie piękne, młode kobiety. Jak łanie - nie tylko urodziwe, ale i silne. Każda z nich taszczy wielki plecak, a w nim wszystko co potrzeba do życia w górach. Wędrują tak aż z Chatki Puchatka, to znaczy, że dziś już zeszły z Połoniny Wetlińskiej, przeszły całą Połoninę Caryńską, zameldowały się w Kremenarosie w Ustrzykach Górnych, a potem przez Szeroki Wierch dotarły pod Tarnicę, by dalej nas gonić przez Halicz i Rozsypaniec. Aż nas dogoniły tu, na Przełęczy Bukowskiej. Muszą jeszcze „tylko” dojść do Ustrzyk Grn., gdzie będą nocować w Kremenarosie. W razie czego obiecałem więc im podwózkę z Wołosatego, co przyjęły z zadowoleniem ale i z pewną rezerwą - może jeszcze im się tam, w Wołosatem, jacyś inni też zmotoryzowani, ale młodsi i nieżonaci trafią. :lol:

Pogadaliśmy miło z tymi dziewczynami będącymi w wieku mojej córki (25), a potem one nas opuściły i poszły sobie w deszczu, już teraz ulewnym. My, po kilkunastu minutach, widząc, że zanosi się raczej na pogorszenie niż poprawę pogody, też wyruszyliśmy za nimi.
Miłe panie znów spotkaliśmy w Wołosatem, gdzie deszcz i ziąb. Młodzieży męskiej trochę tam było, ale niezmotoryzowanej i tłoczącej się pod daszkiem w oczekiwaniu na autobus. Tak więc dziewczyny zaszczyciły na swoimi promiennymi uśmiechami nr 1, a my zaprosiliśmy je do baru „Pod Tarnicą”. A potem, zgodnie z obietnicą podwieźliśmy do Ustrzyk Grn.
W ramach „rewanżu” panie obiecały ten dzień dzisiejszy opisać na forum. I słowa dotrzymały. Proszę kliknąć tu:
jade-w-bieszczady-t1405.html (post z 13 maja)

A potem już był tylko powrót do Sękowca, cały czas z włączonymi wycieraczkami i nadmuchem na przednią szybę. W domu z dumą zdaliśmy reszcie ekipy relację z naszych dzisiejszych dokonań turystycznych. Wypiliśmy też trochę wody ognistej, dziś także w celu profilaktyczno-zdrowotnym. Muszę bowiem dodać, że w mojej „nieprzemakalnej” kurtce (na załączonym zdjęciu) puściła impregnacja i przemokłem do suchej nitki, a także trochę przemarzłem. Od wczoraj bowiem temperatura spadła aż o kilkanaście st. C.

CDN
Załączniki
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 940
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Re: Majówka nad Sanem 27.04.-12.05.2012 r.

Postprzez Stały Bywalec » 22 cze 2012, o 17:03

Wtorek, 8 maja

Cały dzień pada albo popaduje. Chłodno, ale nie zimno.
O godz. 11-tej wyjeżdżamy z Ojcem Prowadzącym na zakupy do Ustrzyk Dolnych. Włóczymy się od parkingu „polskiego” do „ukraińskiego”, tam i z powrotem. Zaglądamy do „Halicza”, gdzie kupujemy artykuły spożywcze, ale nie monopolowe. Te ostatnie nabywamy od współgospodarzy Euro 2012.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się w Czarnej i obiadujemy w restauracji „Krzemień”. Obiad smaczny, obfity i niedrogi. Obsługa sympatyczna. Szkoda tylko, że tej knajpie zupełnie brakuje „górskiego klimatu”, tj. wystroju wnętrza odpowiedniego dla bieszczadzkiej lokalizacji. W środku lokalu czujesz się jak w Mławie, Skarżysku czy innym Skaryszewie.

Najedzeni wracamy do Sękowca. Trochę lektury - głównie tygodników „Wprost” i „Polityka”.
Wieczorem, już w całym gronie, wypijamy za poprawę jutrzejszej pogody.
I poskutkowało!!!

Środa, 9 maja

Dziś udajemy się wszyscy, oczywiście za wyjątkiem Brzuchatka, do Koliby na Przełęczy Przysłup Caryński.
„Wszyscy” nie oznacza jednak „razem”. Adaś z Piwonią i zięciem pojadą samochodem do Nasicznego, skąd piechotą powędrują do Koliby i z powrotem.
A my z Rychem pójdziemy tam z samego Sękowca. Na spotkanie z przyjaciółmi umawiamy się już w Kolibie.

Pogoda optymalna - na niebie tylko trochę niegroźnych chmurek, w cieniu kilkanaście st. C. Zasuwamy stokówką wiodącą od mostu na Sanie w Sękowcu aż do Nasicznego.
Z czasem ta droga jednak przestaje mi się podobać. Im bliżej Nasicznego, tym staje się coraz bardziej utwardzana. A cóż to znowu za inwestycja!!!???

Modernizacja istniejących dróg do Zatwarnicy czy Brzegów Górnych - to rozumiem.

Ale tu? Za dużo pieniędzy mamy, czy co? Podobną „modernizację” drogi stokowej zauważyłem na odcinku Sękowiec - Chmiel, pod Otrytem, o czym wspomniałem opisując dzień 6 maja.
Koniecznie Bubę trzeba by na tych „inwestorów” nasłać. Andrzeju627 - proszę, podpowiedz niniejszy post naszej szanownej proekologicznej Koleżance.
Cholera, idziemy już po jakimś żwirowym podkładzie pod przyszły asfalt (?), aż w stopy uwiera.

Dobra, dość narzekania. Do Nasicznego już blisko, siadamy na przydrożnych ławeczkach, jest tu nawet stół. I mamy ładny widok z górskiego zakrętu. Wypijamy po ukraińskim piwie „Micne” (but. 1 l, alk. 7,8%) i ruszamy dalej. Już w Nasicznem pokazuję Ojcu Prowadzącemu chałupę Prezesa Związku Zbieraczy Kitu, czyli szanownego Mavo. Gospodarza nie ma. To i dobrze, bo jeszcze nie doszlibyśmy dziś do celu.
W centrum Nasicznego zauważamy na terenie jednej z posesji zaparkowaną terenówkę Adama, co potwierdza, że nasi przyjaciele też już wędrują.

Jak to ładnie zabrzmiało - „centrum” Nasicznego! Jakież tu znowu „centrum”? Wszak psy tu dupami szczekają a wrony zawracają. W dodatku jak pies stoi pyskiem przy wylocie na Brzegi Grn., to dupą szczeka już przy wyjeździe w stronę Dwernika. Wrony zawracają, ale muszą to czynić ostrożnie i pod ostrym kątem, bo inaczej zgubią z oczu ptasie lądowisko w Nasicznem.
Ale właśnie dlatego jest tutaj, w dzień majowy, przecudnie. Włosi powiadają: zobaczyć Neapol i umrzeć. Nieprawda. Ja stwierdzam: zobaczyć Nasiczne i żyć dalej.
I może dlatego, że jest tu tak uroczo, tną zbocze Dwernika Kamienia, ciągnąc tamtędy nową drogę z Zatwarnicy do Nasicznego. (?) Brrr!!!

Obok harcerzy wkraczamy na ścieżkę historyczno-przyrodniczą. Koło Przełęczy Nasiczniańskiej dochodzimy nią do starej drogi wiodącej via Caryńskie aż na Przysłup Caryński. Słychać tu wycie historii, ale w tej okolicy jesteśmy już kolejny raz, tak więc „odpuszczamy” sobie zwiedzanie terenu byłej wsi Caryńskie, a konkretnie miejsca gdzie stała cerkiew i znajdują się pozostałości cmentarza.
Delektujemy się za to cudnym, wiosenno-górskim widokiem tej okolicy.
Mimo że mamy już kilkanaście km w nogach, zaczyna nas, starych chłopów, rozpierać energia. Uśmiecham się do Rycha i proponuję aż do Koliby tempo marszowe. Koledze w to graj. Wydłużamy i przyspieszamy krok, zap...my chyba w tempie 6 km/godz. I tak prawie aż do samego schroniska, a konkretnie do drogowskazu z tabliczkami szlaków turystycznych.

I wtedy, tuż u celu, wychodzimy wprost na naszych przyjaciół, którzy akurat postanowili zakończyć swój pobyt w Kolibie. A raczej nie „w”, ale „przy”, i to niezbyt blisko schroniska. Wykonywane są tam bowiem akurat jakieś prace lakiernicze i śmierdzi chemią jak cholera.
Z Adasiem i Jego familią umawiamy się zatem w Nasicznem, w gospodarstwie gdzie zaparkowali.

Ostrzeżeni, lokujemy się na ławkach położonych daleko od budynku schroniska. Zaprzyjaźniamy się z miejscowym wilczurkiem, który od początku darzy nas (pewnie wszystkich turystów, nie tylko nas) sympatią. Wspólnie z nim spożywamy nasz „suchy prowiant”, ale piwa mu już skąpimy. Jakoś nam to wybacza. Tym się różni od mojego kota, który nawet gdy wznoszę toast kieliszkiem wódki, to zazdrośnie miauczy, aby i jemu nalać.
Siedzimy tu co najmniej pół godziny.
Postanawiamy wracać, bo jeszcze bez nas odjadą. A powrót piechotą „modernizowaną” stokówką nam się już nie uśmiecha.

Naszych przyjaciół wprawdzie nie zdołaliśmy na trasie dogonić, ale długo na nas w Nasicznem nie czekali. Prawie wcale - ledwie zdążyli kupić jaja. Jak oni, to i my też. Od miejscowej gospodyni nabywamy miejscowe jajka miejscowej kury, która je na miejscu zniosła wystrzegając się miejscowego lisa. Tu nie ma żadnego oszustwa, żadnego podkarmiania fermowych kur marchewką, aby żółtko wyglądało jak w jajku od kury zagrodowej.

Samochodem powróciliśmy wszyscy do domu. Tam szlag mnie mało co nie trafił, gdy zobaczyłem mojego Sabinka, dziś znów świeżo pogryzionego przez Burego-Pręgowanego. :evil:
Koteczku, już niedługo wyjeżdżamy.
Mamy w planie jeszcze tylko jedną, jutrzejszą wycieczkę, za to taką dość ambitną.

DOKOŃCZENIE NASTĄPI
Załączniki
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 940
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Re: Majówka nad Sanem 27.04.-12.05.2012 r.

Postprzez otrok » 25 cze 2012, o 18:55

Stały Bywalec napisał(a):Już w Nasicznem pokazuję Ojcu Prowadzącemu chałupę Prezesa Związku Zbieraczy Kitu, czyli szanownego Mavo. Gospodarza nie ma. To i dobrze, bo jeszcze nie doszlibyśmy dziś do celu.

akurat przed chwilą przeglądałem zdjęcia z NIMB-u, i myślę, że rzeczywiście, moglibyście nie dojść..
otrok
Wyrypiarz bieszczadzki
 
Posty: 335
Dołączył(a): 17 lut 2011, o 09:17
Lokalizacja: Beskid Niski i po górze

Re: Majówka nad Sanem 27.04.-12.05.2012 r.

Postprzez Stały Bywalec » 27 cze 2012, o 05:35

Czwartek, 10 maja

Pogoda znów piękna. Słonecznie i upalnie. Upał już może nie taki, jak na przełomie kwietnia i maja, ale temperatura dochodzi chyba do 25 st. C w cieniu.
Analogicznie jak wczoraj, umawiamy się z naszymi przyjaciółmi w określonym miejscu na trasie. Im bowiem nasze długie dystanse zdecydowanie nie odpowiadają.

Spotkanie ma nastąpić w Chatce Puchatka na Połoninie Wetlińskiej. Adam and company podjadą do campingu BdPN „Górna Wetlinka”, skąd wejdą na połoninę szlakami czarnym i żółtym. A my oczywiście dotrzemy tam na piechotę z Sękowca.

Wyruszamy z Rychem wkrótce po śniadaniu, czeka nas dziś dość długa i trudna (w skali bieszczadzkiej) wyprawa, porównywalna chyba tylko z tamtą okrężną trasą na Tarnicę, Halicz i Przełęcz Bukowską.
W Zatwarnicy pod kultową wiatą wypijamy po strongu, czytając po raz kolejny wzruszający wiersz o „czerwieni jarzębin i o wietrze, co chmury pędzi”. Z niepokojem spostrzegamy, że drewnianą tabliczkę z tym wierszem podgryza ząb czasu. Warto by wiersz utrwalić na nowo, gdyż bez niego ta przysklepowa wiata przestanie być wiatą kultową.

W Suchych Rzekach kupujemy bilety wstępu do BdPN. Chwilę rozmawiamy z sympatycznym pracownikiem parku, który nawet proponuje nam poczęstunek herbatą. Odmawiamy tylko ze względu na ambitny harmonogram dzisiejszej wycieczki.
Przechodzimy obok niegdysiejszej „Ostoi”. Niedługo już tylko najstarsi bieszczadnicy będą pamiętać, że w tym miejscu przez długie lata istniało całoroczne schronisko harcerskie.
I już ostatnia polana - za nią zaczyna się podejście na połoninę.

Nawet się nie zasapaliśmy i dotarliśmy do nowej wiaty turystycznej. Tam postój, może nie tyle w celu odpoczynku, co opróżnienia piersiówki.
Potem chwila zadumy pod drzewem z przybitą tabliczką informującą o śmierci Karola Gruszczyka.
Wychodzimy z lasu. Po raz kolejny przekonujemy się nawzajem (zupełnie niepotrzebnie!), jak tu jest przepięknie.

Na Przełęczy Orłowicza udaje się nam skontaktować telefonicznie z Adamem. Określamy w przybliżeniu godzinę naszego spotkania w „Chatce Puchatka”. Oni już dojechali do „Górnej Wetlinki”, ale na szlak jeszcze nie wyruszyli.
Na przełęczy jest kilka osób, przychodzą tu z różnych stron, najczęściej z Wetliny. Gawędzimy z nimi, pomagamy w robieniu rodzinnych zdjęć.
Czas i nam w drogę. Czeka nas przejście całej Połoniny Wetlińskiej, przez Wierch Osadzki, zanim dotrzemy do umówionej „Chatki”.

Turystów raczej dziś mało na połoninie, ale z jedną liczną „zorganizowaną grupą” się wymijamy.
Pogoda ładna, widoki ...
Chyba nikomu nie muszę tłumaczyć, że tu jest pięknie.
Łączność komórkowa z Adamem się urwała, w końcu nie wiemy, czy oni, czy my, pierwsi będziemy w schronisku.
Okazuje się, że pierwszy jest Tomek, Adasiowy zięć. Przybył jakieś 10 minut przed nami. Teść i jego pani jeszcze sapią gdzieś w drodze pod górę.
W końcu i oni się wdrapują, jesteśmy zatem wszyscy w komplecie.

Przebywamy tu ponad pół godziny - jemy, pijemy, fotografujemy. Może byśmy tu jeszcze trochę dłużej posiedzieli, ale obecna wypoczynkowo-senna atmosfera tego miejsca ma wkrótce zaniknąć. Z dołu wspina się bowiem do Chatki liczna wycieczka z Krakowa. Będzie tu więc gwar i harmider, chcemy tego uniknąć. A zatem daję sygnał do odwrotu.

Schodząc żółtym szlakiem pozdrawiamy się nawzajem z młodzieżą studencką z Krakowa, wśród której wyławiamy wzrokiem co zgrabniejsze i ładniejsze studentki. :oops: Piwonia taktownie nie zauważa tego naszego męskiego zainteresowania.
Po wejściu na czarny szlak robi się już pusto i dziko. Pojawiają się piękne krajobrazy, wcześniej niewidoczne. Polecam ów odcinek podejścia na Połoninę Wetlińską.

Na campingu „Górna Wetlinka” raczymy się jeszcze piwem - poza Tomkiem, który podejmuje się roli kierowcy.
W końcu żegnamy się z sympatyczną panią prowadzącą tenże camping i odjeżdżamy.

Dobrze, że w tej chwili zerknąłem do notatek w kalendarzu, bo bym nie zapamiętał.
Po powrocie do domu podjąłem się jeszcze roli kucharza. Do dużego gara wlałem flaki, zupę grochową, wkroiłem sporo kiełbasy, dolałem szklankę przegotowanej wody, na chybił trafił przyprawiłem jakimiś ziołami i - cały czas stojąc i mieszając - wszystko to zagotowałem. I wyszła mi naprawdę pyszna zupa „myśliwska”, która popita odpowiednim trunkiem (i w odpowiedniej ilości) nikomu nie zaszkodziła.

I to już właściwie KONIEC tej mojej wiosennej bieszczadzkiej epopei.

Następnego dnia, tj. w piątek 11 maja, przeszliśmy się już tylko do hotelu w Zatwarnicy (na obiad) i z powrotem - w obie strony to dokładnie 5,1 km. Przy okazji kupiłem 2 litrowe słoiki miodu, z których pierwszy akurat wczoraj już mi się w domu skończył.

A w sobotę 12 maja udało się nam szczęśliwie powrócić do Warszawy - to znaczy mnie i kotu, gdyż Ojca Prowadzącego wysadziłem po drodze w Radomiu.
Adasiowie także szczęśliwie powrócili całą piątką - tj. licząc razem z poczętym ale jeszcze nienarodzonym nowym bieszczadnikiem. Wg wiedzy medycznej wiadomo już, że to „on” a nie „ona”, a świat ma ujrzeć w połowie lipca.
Może kiedyś, kiedyś, kiedyś przeczyta niniejszą relację - z pobytu, w którym też przecież, jak najbardziej, osobiście uczestniczył. :lol:

Dziękuję Państwu za uwagę i cierpliwość.
Gdyby były jakieś uwagi, pytania, to proszę się nie krępować.

:D
Załączniki
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 940
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Poprzednia strona

Powrót do Relacje z Waszych pobytów i wypraw

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zarejestrowanych użytkowników i 0 gości


Loading

O F I C J A L N E    F O R U M    D Y S K U S Y J N E    S E R W I S Ó W:
               

Forum bieszczadzkieforum.pl używa plików typu cookies do poprawnego działania strony, w celach statystycznych, reklamowych, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz by umożliwić logowanie zarejestrowanym użytkownikom. Korzystanie z forum bieszczadzkieforum.pl, bez zmian ustawień w używanej przez Państwa przeglądarce internetowej oznacza zgodę na wykorzystywanie technologii cookies i zapisywanie ich w pamięci Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.