Majówka nad Sanem 27.04.-12.05.2012 r.

Opisy i fotorelacje z pobytu w Bieszczadach

Majówka nad Sanem 27.04.-12.05.2012 r.

Postprzez Stały Bywalec » 17 maja 2012, o 13:10

O wędrówkach bieszczadzkich w upalnej pogodzie, zalotach Ojca Prowadzącego, „zakleszczonym” i pogryzionym Sabinku - czyli opis majówki nad Sanem 27.04.-12.05.2012 r.

Piątek, 27 kwietnia

Wyjeżdżam spod domu o godz. 7:15, przedtem zapakowawszy cały bagażnik a nawet tylne siedzenie samochodu - to drugie klatką z kotkiem Sabinkiem (lat 4, maść w 100% czarna błyszcząca, pochodzenie: Ustrzyki Grn., rasa: jakżeby nie, kot rasowy - skrzyżowanie rasy dachowej z piwniczną :lol: ). Miejsca w wozie zostało już tylko dla Ojca Prowadzącego i Jego klamotów.
Do Radomia dojeżdżam bez problemów, nie licząc głośnego kociego narzekania po drodze. Nie mogę go jednak wypuścić z klatki, gdyż zaraz zacząłby mi się pchać na kolana, wlazłby na podłogę pod nogi, co raczej nie ułatwiłoby kierowania pojazdem. Przy okazji odkrywam też, że nie można włączać autoalarmu ze zwierzakiem pozostawionym w samochodzie. Za Tarczynem zaparkowałem przy stacji benzynowej, aby się wzmocnić red bullem, zamknąłem samochód (pozostawiając trochę uchylone szyby) i ... zaraz do samochodu biegiem wróciłem. Kot tak się zaczął wiercić w klatce położonej na tylnym siedzeniu, że samochód aż zawył.

W Radomiu zajeżdżam pod blok, w którym mieszka Ojciec Prowadzący i telefonicznie anonsuję mu swoje przybycie. Jest już spakowany i zaraz wyjdzie - tak mi odpowiedział. Wychodzę z auta, rozprostowuję kości, wypijam drugiego red bulla, czekam, nie spieszy mi się. Kot też się uspokoił i przestał miauczeć.
Ale to oczekiwanie coś się przedłuża (do ok. pół godziny). Już mam dzwonić i poganiać, gdy widzę nadciągającego Rycha z walizką. Okazuje się, że On również w tym samym czasie czekał - w mieszkaniu. Na listonosza, który wreszcie przyniósł jego matce emeryturę czy też rentę. :lol:

Wyruszamy w kolejny etap podróży. Pozdrawiamy uśmiechem panienki w lasach iłżeckich :lol: . W ogóle jedzie się przyjemnie. Wielki ruch związany z wyjazdem na długi weekend jeszcze się nie zaczął, a gdy to nastąpi, my będziemy już za Rzeszowem. Cały czas jest słonecznie, a temperatura ok. 25 st. C.
Po drodze toczymy jałową dyskusję, gdzie kupić chleb - nie mamy go, a przed nami weekend. Rysiek upiera się, aby to uczynić najdalej w Ustrzykach Dln., gdyż później pieczywa może już nie być. Uspokajam Go, że to nie PRL i że chlebek spokojnie sobie zakupimy w Lutowiskach. Poza tym nie chce mi się jechać przez całe Ustrzyki, zaraz za stacją benzynową skręcam w prawo i jedziemy przez Równię. Jednak Ojciec Prowadzący pozostaje sceptyczny co do zaopatrzenia w chleb w Lutowiskach w piątek wieczorem. Wypracowujemy więc kompromis i zajeżdżam pod delikatesy w Czarnej. A tam wszelakiego spożywczego dobra, w tym różnego rodzaju pieczywa - skolko ugodno.

Wreszcie Sękowiec. Wnosimy rzeczy na górę, zaczynając oczywiście od klatki z Sabinkiem. Instaluję mu urządzenia „wejścia” i „wyjścia”, czyli ustawiam miseczki z jedzeniem i piciem (input) oraz kuwetę (output). Zajmujemy dwa z czterech pokoi na piętrze domu. Rozpakowujemy się. W trakcie rozpakowywania wypijamy po 2 piwa, a potem jeszcze (do skromnej kolacji) prawie pół litra, już nie piwa :lol: . Wręczam Ojcu Prowadzącemu zaległy prezent imieninowy - „Ryszarda” było już dawno, zapraszał mnie, ale nie miałem czasu Go odwiedzić w Radomiu. Rycho obiecuje, że imieniny urządzi - tu, w Sękowcu, gdy już się wszyscy zjadą. Wszyscy, to znaczy Adam, Piwonia, brzemienna Luzia (córka Adama) i Tomcio (zięć Adama) - ci przyjadą już jutro, oraz moja piękniejsza połowa, która ma tu przybyć dopiero 5 maja.

CDN
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 940
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Re: Majówka nad Sanem 27.04.-12.05.2012 r.

Postprzez Stały Bywalec » 19 maja 2012, o 17:15

I nastał wieczór, i nastał poranek - dzień drugi. Pierwsza Księga Mojżeszowa, 1, 8.

Sobota, 28 kwietnia

Na dziś zaplanowaliśmy bieszczadzki „rozruch”, tzn. chcemy zaliczyć sporą odległość, ale jeszcze nie w górskich warunkach. Ot, planujemy taki sobie dłuższy spacer. Ostatecznie wyszło nam tego dnia łącznie ok. 22 km i właśnie o to chodziło.

Najpierw „piwo z rana - jak śmietana, i dla chłopa, i dla pana”. Potem obfite pierwsze śniadanie na miejscu, a drugie, równie niedietetyczne (po 2 grube kanapki dla każdego) bierzemy ze sobą. Napełniamy także piersiówkę, i ... w drogę.
Przechodzimy obok baru, domku myśliwskiego i dalej idziemy stokówką prowadzącą pod Otrytem do górnego Chmiela. Po drodze zasiadamy na kłodach ściętych drzew (licznie tu przygotowanych do zwózki) i zajmujemy się zawartością wymienionej piersiówki. Początkowo mieliśmy wypić tylko „po jednym”, ale wyszło jak zawsze.
Z tego wszystkiego za wcześnie zeszliśmy z rzeczonej drogi stokowej i zamiast do Chmiela dotarliśmy do szosy dopiero doń prowadzącej. I tą że szosą drałowaliśmy jeszcze prawie pół godziny do wsi o kuszącej nazwie Chmiel, miejscowości podobno wyjątkowo nasłonecznionej w skali roku.

Zakupiwszy po 2 piwa zasiadamy pod wiatą przy sklepie, niemalże tak kultową, ale jednak trochę mniej, jak wiata sklepowa w Zatwarnicy. Pijemy piwo, pałaszujemy kanapki i powoli zaczynamy dyskurs z przedstawicielami miejscowej elity, również pod tą wiatą spożywającymi. Jednym z nich jest Winnetou, tzn. on przedstawił się jako Andrzej, ale ponieważ poinformował, iż jego matka to Indianka, więc my nazwaliśmy go Winnetou. Z pozostałej trójki zapamiętaliśmy tylko, ale za to b. dokładnie, przedstawicielkę miejscowej płci pięknej - panią Marcysię.

Od razu wyjaśniam, że to imię fikcyjne i w tej chwili (w trakcie pisania) przeze mnie zmyślone. Imię tak, ale osoba, o nie! Chmiel jest wprawdzie nieco mniejszy od Warszawy czy nawet od Lutowisk, ale Internet też tam mają. Po co ma kobieta mieć kłopoty? A jak nawet ktoś kiedyś zacznie domyślać się jej prawdziwego imienia i spyta mnie, czy Marcysia to ..., ... to ja mu oczywiście w żywe oczy zaprzeczę.
Bo ta Marcysia niewinna była. 1% winy biorę na siebie, ale 99% obciąża Ojca Prowadzącego.

Z dyskusji z miejscowymi tak jakoś wynikło, iż dowiedzieliśmy się, że Marcysia jest ciepłą wdówką. I tu mnie diabeł podkusił. Zacząłem - w końcu zgodnie z prawdą obiektywną - reklamować Rycha jako posażnego kawalera z odzysku i bez zobowiązań. A ten, zamiast mi przerwać i zmienić temat rozmowy, mizdrzył się i słodko modulował swój głos zwracając się wprost do Marcysi.
Głośno zachwalałem Ojca Prowadzącego mówiąc, że to chłop robotny i bez nałogów. Mówiłem, że gdyby w przyszłości zorganizował w Marcysinym gospodarstwie agroturystykę, to zdradziłbym Sękowiec i do nich (!) bym przyjeżdżał. Rysio wtedy rozpoczął wywody nt. gospodarki letniskowej, cen, standardów, itp., cały czas patrząc w oczy Marcysi.
W końcu się pożegnaliśmy, stawiając jeszcze na do widzenia wszystkim uczestnikom tej dyskusji po piwie. Rycho oczywiście zapowiedział, że następnego dnia będzie w Chmielu w kościele.
Uprzedzając wypadki powiem, iż nazajutrz Marcysia również zameldowała się wystrojona w kościele. Rysiek jednak czmychnął zaraz po nabożeństwie tłumacząc to „okazją” dojazdu samochodem do Sękowca. Marcysia nie dała za wygraną i parę dni później wpadła do baru w ośrodku wypoczynkowym wypytując o tego bałamuta. Nadaremnie.

Wracam do wydarzeń dnia opisywanego. W sklepie w Chmielu nabyliśmy całą nierozpieczętowaną zgrzewkę 12 puszek kasztelana niepasteryzowanego i zaczęliśmy rozglądać się za jakimś transportem do Sękowca. Ledwo zaczęliśmy, a już zatrzymała się przy nas piękna pani, właścicielka sklepu w Zatwarnicy, jadąca właśnie tam dopilnować swojego interesu. Nie zważając na nasz zakup nabyty u konkurencji w Chmielu, podrzuciła nas do Sękowca.

Odstawiliśmy ów piwny zapas i zasiedliśmy na chwilę w domu przy herbacie, wzmocnionej po góralsku pozostałością wczorajszej flaszki. Ojcu Prowadzącemu coś się pokićkało, gdyż o właśnie tę pozostałość później mnie wypytywał, że niby gdzie jest ta wódka, której pierwszego dnia nie dopiliśmy. Skrupulat taki. :evil:

A potem jeszcze kopnęliśmy się do Suchych Rzek i z powrotem. Nie chcieliśmy bowiem przeszkadzać czwórce naszych współmieszkańców w rozpakowaniu się i rozgoszczeniu. Byli w drodze do Sękowca, cały czas miałem z nimi łączność telefoniczną. Uznałem, że wystarczy, gdy wstępnie przywita ich mój kot.

Wróciliśmy przed godz. 21-szą i serdecznie uściskaliśmy się z nowoprzybyłymi bieszczadnikami, ze szczególnym uwzględnieniem brzemiennej Luzi.

I nastał wieczór. Ale zanim nastał poranek - dzień trzeci, poszliśmy spać.

CDN
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 940
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Re: Majówka nad Sanem 27.04.-12.05.2012 r.

Postprzez Stały Bywalec » 23 maja 2012, o 14:18

Niedziela, 29 kwietnia

Doczekawszy się powrotu Ojca Prowadzącego z kościoła w Chmielu, wyruszamy na pierwszą prawdziwie bieszczadzką wyprawę, czyli na Dwernik Kamień. Idziemy w piątkę, tj. oprócz autora i Ojca Prowadzącego wędruje Adaś z Piwonią i zięciem. Brzuchatek pozostał na miejscu, siedzi na wygodnym leżaczku w cieniu i coś sobie poczytuje.

Wchodzimy tradycyjnie - od drogi stokowej wiodącej z Sękowca do Nasicznego, czyli że najpierw trzeba było leźć godzinę ową stokówką.
Dajemy ostro pod górę, Rycho wycina sobie „kijek trekkingowy”, ale (uprzedzając ew. słuszny zarzut ekologiczny) czyni to z gałęzi po niedawno ściętych tu drzewach. Nie pamiętam, ile czasu szliśmy, ale wyszło nam krócej niż podają na drogowskazie.

Na górze długo siedzimy, w przepięknej pogodzie i doskonałej widoczności obserwując połoniny. Usiłuję przez lornetkę sprawdzić, czy to aby nie Lucy wiedzie stonkę do Chatki Puchatka, ale to chyba ani Lucy, ani stonka turystyczna. Ta ostatnia nie ma bowiem w zwyczaju przechodzić całej Połoniny Wetlińskiej, raczej ogranicza się do wdrapania na szczyt z przełęczy, zrobienia fotek i dawaj nazad do czekającego na dole autokaru.
Leniwie dyskutujemy o tym i owym, głównie o pięknych widokach, ale także o zaciekłych walkach w tym właśnie miejscu podczas I wojny światowej.
Ojciec Prowadzący kręci się niespokojnie i pod pozorem siusiu sprawdza pod okolicznymi drzewami i krzakami, czy gdzieś nie wystaje flaszka ukryta tu przez Wojtka1121. Szuka jednak nadaremnie. Albo Wojtek ją dobrze schował, albo już ktoś był pierwszy.
Ale nie jest źle - w końcu coś tam ze sobą mamy, w sam raz tyle, aby zaczęło się nam tu jeszcze bardziej podobać. I naprawdę jest bardzo fajnie. Piskal zna to uczucie opanowujące człowieka na Dwerniku Kamieniu - kilka razy już tu razem przebywaliśmy, tak więc w razie czego może (na tamtym forum, bo tu się nie raczył zalogować) moje słowa poświadczyć.

Schodzimy ścieżką historyczno-przyrodniczą, ale nie tą wiodącą z samego szczytu, lecz tą drugą, na którą skręca się dużo niżej. Osobiście optowałem za tą pierwszą, ale Adaś i Piwonia uparli się, że to za daleko. Ustąpiłem.
Postój przy wodospadzie na Hylatym, a potem obiad w hotelu w Zatwarnicy (b. smaczny). A następnie jeszcze 2,5 km spacerku do Sękowca, z pełnymi brzuszkami, w piękne gorące bieszczadzkie popołudnie.

Poniedziałek, 30 kwietnia

Dziś wszyscy udajemy się do Ustrzyk Dolnych poczynić większe zakupy, w tym także od przedstawicieli współgospodarzy Euro 2012, tradycyjnie licznie tu obecnych na rynku. Jest nas za dużo na jeden samochód, z konieczności więc jedziemy dwoma.
My z Rychem wyruszamy pierwsi, po drodze zatrzymujemy się i oglądamy cerkiewki (obecnie kościoły) w Hoszowczyku i Równi. W Równi napotykamy podobnych do nas turystów i po raz kolejny przekonuję się, jak mała jest znajomość historii w narodzie. Pewna pani, zachwycając się cerkwią w Równi, wyraża zadowolenie, że nie została ona spalona podczas akcji „Wisła”. Wyjaśniam (specjalnie w sposób skrótowy), że „Wisła” nie mogła tego terenu objąć, gdyż nie należał on wówczas (w 1947 r.) do Polski. Pani i jej towarzysz patrzą na mnie zdziwieni i są chyba przekonani, że mi się coś pomieszało. Odsyłam ich do tablicy informacyjnej na kościele, czytają dokładnie, więc chyba ich w końcu oświeciło.

W Ustrzykach Dln. kupujemy co trzeba zarówno w „Haliczu”, jak i od wędrujących po rynku pań złotozębnych. Adasiowie, którzy przybyli tu po nas, także.
W drodze powrotnej zatrzymujemy się na obiad w Lutowiskach „U Biesa i Czada”. Taki sobie (ten obiad). Uzupełniamy go grillem w ogródku przed domem.

I tu mnie spotkała pewna drobniutka nieprzyjemność. Miałem o tym w ogóle nie wspomnieć, ale cóż to byłby za dziennik bez pełnej, choćby i subiektywnej szczerości. Otóż gdy już nadziewałem sobie kawałek (może 10 - 15 dkg) kiełbasy na kijek, aby podejść z nią do ognia, jedna z osób towarzyszących dosłownie mi go wyrwała (zdejmując z kija) krzycząc, że to nie moja kiełbasa, bo moja jest tamta obok (a obie były chyba takie same, różniły się tylko tym, kto je kupił). Przemilczałem to, frustrację topiąc w wodzie ognistej, w czym wspierał mnie (a nawet wypierał) Ojciec Prowadzący - mający swoje własne „porachunki” z osobą co mnie tak spostponowała. :lol:

CDN
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 940
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Re: Majówka nad Sanem 27.04.-12.05.2012 r.

Postprzez lidkru » 29 maja 2012, o 08:11

gdzie cd? napięcie rośnie i tak nagle koniec? tydzień przerwy w pisaniu?!?! Tak się nie zostawia człeka na bieszczadzkim głodzie ;)
...Właśnie przed chwilą zbiegłam z zakładu
Dla niepoprawnych marzycieli...
Avatar użytkownika
lidkru
Zakapior bieszczadzki
 
Posty: 3187
Dołączył(a): 15 lut 2011, o 13:36
Lokalizacja: Kujawy

Re: Majówka nad Sanem 27.04.-12.05.2012 r.

Postprzez Stały Bywalec » 29 maja 2012, o 08:19

Wtorek, 1 maja

Dzisiejsza wycieczka zastąpi pochód pierwszomajowy, w którym niegdyś co rok uczestniczyłem - od lat późnolicealnych aż do 1989 r. Takie to były czasy i nic na to nie poradzę, że tego dnia zawsze nachodzą mnie wspomnienia lat słusznie i niesłusznie minionych (zależnie od rozpatrywanych aspektów życia). Generalnie - oczywiście słusznie, ale np. najmłodszych uczestników naszego forum pragnę poinformować, iż były kiedyś takie czasy, gdy po ulicach miast można było bezpiecznie samemu chodzić nawet nocą, gdy rolnicy nie mieli problemów ze zbyciem swoich zbiorów, i gdy niezapłacenie za wykonaną robotę (vide dzisiejsza budowa autostrad i dróg ekspresowych) było w ogóle nie do pomyślenia. W zasadzie wszystkie towary były w PRL deficytowe, ale jakość co poniektórych artykułów spożywczych była nieporównanie wyższa niż obecnie, np. zawartość mięsa w mięsie dochodziła do 100%, a „kartkowa” szynka wystana w kolejce lub kupiona spod lady tak się miała do dzisiejszej, możliwej do nabycia zawsze i wszędzie, jak obecna toyota do ówczesnego malucha.
:lol:
Trybuny honorowej władze gminy nigdzie nie zorganizowały, a więc ze złości zamiast do Lutowisk udamy się do Dydiowej. Tak się złożyło, że tylko Rysiek i ja znamy tę cudną nadsańską dolinę. Postanowiliśmy zatem, że i nasi przyjaciele muszą ją dziś ujrzeć - w scenerii pięknego, słonecznego i wręcz upalnego dnia majowego.

Wyruszamy odrębnie, umawiając się na parkingu w Mucznem. Jadę z Ojcem Prowadzącym i autostopowiczem zabranym w Chmielu - owym Winnetou, o którym już wspomniałem opisując minioną sobotę. Podwiozłem go, trochę nadrabiając drogi, aż do Wilczej Jamy w Smolniku - ale niech mu tam. Musiałby drałować jeszcze ze 2 km po obwodnicy, a ze swoją indiańską aparycją miałby kłopot ze złapaniem okazji.
Zaraz za Stuposianami zabieram kolejnych autostopowiczów - harcerzy ZHR w liczbie trzech, plus plecaki. Jakoś się mieszczą, trochę im niewygodnie, ale podróż krótka - wysadzam ich przy wypale, na skrzyżowaniu z drogą stokową, skąd wiedzie również ścieżka do Dydiowej. Bo owi harcmistrze też się w tym kierunku udają, będą tam przed nami. Nadmieniam też, że wymieniony wypał to ten sam, na którym Lucy swego czasu lubiła spożywać koniak.
:D
Dojeżdżamy do Mucznego, wkrótce dołącza do nas, samochodem Adama, reszta ekipy. Instalujemy Brzuchatka na terenie „Karpatii”, może tam posiedzieć na leżaku, poczytać, a i konsumpcję ma na wyciągnięcie ręki (restauracja i sklep są już otwarte).
Następnie ładujemy się w piątkę do mojego auta i powracamy na wspomniany kultowy wypał Lucyny. Wiedząc o pewnych „nieporozumieniach”, jakie miały tam miejsce w przeszłości pomiędzy wypalaczem węgla drzewnego, a turystami, którzy na terenie prywatnym chcieli zaparkować na krzywy ryj, jestem do rozmowy z tym pierwszym odpowiednio przygotowany.
Cóż z tego, skoro nie ma z kim gadać! Zaparkowałem na terenie wypału, przy budach, chodzę, wołam, pukam, nikawo niet. Napisałem więc kartkę, że mam dla szefa wypału dwa piwa i umieściłem ją za wycieraczką przedniej szyby samochodu. A potem w drogę, nie przeczuwając, jaki horror nas tu jeszcze dziś czeka. :lol:

Wędrujemy godzinę po bieszczadzkiej ścieżce, zawsze błotnistej lecz dziś prawie suchej.
Dochodzimy do chatki - Dydiówki, a tam ... tłok jak na połoninie. W tłumie spostrzegamy znajomych harcerzy. Idziemy jeszcze ze 200 m dalej i zalegamy pod drzewem, koniecznie w cieniu (upał jak na równiku). Napawając się otaczającym nas pięknem przyrody i nie tylko (jedna z opalających się turystek jest b. zgrabna), zjadamy i wypijamy co tam mamy ze sobą.
Odpocząwszy trochę udajemy się do domku myśliwskiego. Kiedyś jego istnienie było wielką tajemnicą, z której dziś czuję się jednak już zwolniony.
„Dydiowa. Nieistniejąca wieś nad górnym Sanem, na wschód od Stuposian. Po polskiej stronie, na malowniczych łąkach w wielkim łuku Sanu, stoi domek myśliwski (...)” - oto cytat z przewodnika „Bieszczady dla prawdziwego turysty”, strona 284, wydawnictwo Rewasz, Pruszków 2004.
Domek zamknięty na cztery spusty oraz okiennice, ale na werandzie znów spora grupka turystów, choć ci są starsi niż tamta młodzież okupująca Dydiówkę.
Schodzimy nad sam San, tutaj będący wąskim strumykiem, dającym się przejść tylko z podwiniętymi nogawkami. Ale tego nie ryzykujemy! :lol: Przecież ten strumyczek to w tym miejscu granica Unii Europejskiej!
Siedzimy na trawie i znów się zachwycamy, teraz to już naprawdę tylko pięknem okolicy.
:D
W drogę powrotną udajemy się inną trasą. Nie wracamy poprzednią ścieżką, lecz wędrujemy inną, prowadzącą od domku myśliwskiego do potoku Muczny, a następnie do drogi stokowej, którą dopiero dochodzi się do wypału.
Najpierw przepiękna łąka, w dole San. Później gęsty las, w którym więcej błota niż na tamtej trasie, ale też i dużo więcej tropów zwierząt, misia nie wyłączając. Śladów ludzkich stóp brak - inni musieli wędrować tam i z powrotem od szosy ze Stuposian do Mucznego. Proszę towarzystwo, aby głośno gadało. Po co znienacka mamy wyjść np. na miśkę z małymi?
Pod koniec leśnego odcinka niespodzianka - kładka nad potokiem Muczny. Ów „most” to przerzucona wysoko nad potokiem kłoda grubego drzewa, do której ktoś poprzybijał wymyślne poręcze, tak aby nie tylko cyrkowiec mógł tamtędy przejść suchą nogą. Faktycznie, przejść jest łatwo, nie można się tylko pchać jeden za drugim. Poręcze są bowiem przybite raczej tak na słowo honoru, bardziej służą do utrzymania równowagi niż do opierania na nich ciężaru ciała. Naporu rąk więcej niż jednej osoby któraś z przybitych poręczy mogłaby nie wytrzymać. A jest tam naprawdę dość wysoko i w razie upadku to nie kąpiel w potoku byłaby najgroźniejsza.
Udało się! Cała nasza piątka, z Piwonią na czele, przeszła bez szwanku.

Jeszcze ok. pół godziny marszu stokówką i zamykamy naszą pętlę, tj. dochodzimy do skrzyżowania ze ścieżką, którą kilka godzin wcześniej poszliśmy w stronę Dydiowej. Znów kilka chwil i już jesteśmy na wypale, gdzie zaparkowałem.

Zaczęło się. Zawsze kiedyś musi „się zacząć”. Do tej pory wszystko szło nam podejrzanie jak z płatka.
Idąc jeszcze szosą spostrzegam dżentelmena z wypału, poznaję go i pytam, czy przeczytał moją kartkę. Odpowiada twierdząco, ale minę ma coś zafrasowaną, a mówiąc prawdę - przerażoną. Czym lub kim? Okazuje się to niebawem.

Na terenie wypału zauważam jeszcze dwie osoby: kolegę wyżej wymienionego pracownika (również wypalacza) oraz szalejącą niewiastę. Ten drugi wypalacz węgla drzewnego jest w stanie tak wskazującym, że chwilami opada na cztery kończyny. :lol: To dziwne, bo ów pierwszy, starszy, jego szef, wygląda (przynajmniej z daleka) na raczej trzeźwego.
A kobieta nie ustaje w krytyce ich obydwu. I to w krytyce nie tylko werbalnej, gdyż wymachuje kijem! :evil: :evil: :evil:
I gdy ta „Pani Twardowska” zorientowała się, że chcę dotrzymać danego słowa i dać jej chłopcom obiecane dwa piwa, wpadła w furię. Wykrzyczała mi, że jest właścicielką przedsiębiorstwa wypałowego, że to jej robotnicy, którzy muszą pracować a nie pić alkohol, i najlepiej dla mnie, żebym się stąd zaraz zabierał ze swoim samochodem. Oraz z piwami, których ona stanowczo mi zabrania dawać jej pracownikom. Teraz i w przyszłości! :!:
Cóż było robić, wskoczyłem do samochodu, odjechałem kawałek i dopiero wtedy zabrałem pozostałą czwórkę. Wszyscy oni bowiem tak się wystraszyli owej groźnej damy, że w ogóle nie weszli na teren wypału i uciekli kilkadziesiąt metrów szosą w stronę Mucznego. :lol:

Mam teraz dylemat - pozostałem z zaciągniętym zobowiązaniem. Ci koledzy z naszego (i tamtego) forum, którzy mnie znają, wiedzą, że tego bardzo nie lubię. Obiecuję więc publicznie, że słowa dotrzymam i piwny dług ureguluję.
W tym miejscu zwracam się do Wojtka1121, który dużo częściej niż ja bywa w Bieszczadach, aby - przejeżdżając szosą ze Stuposian do Mucznego - zatrzymał się na chwilę przy rzeczonym wypale. Wojtku, upewniwszy się, czy tej krwiożerczej kapitalistki tam nie ma, wręcz (znanemu z widzenia również Tobie) pracownikowi wypału dwie puszki piwa w moim imieniu. I koniecznie powiedz, że to od Stałego Bywalca, który parkował u niego dnia 1 maja białą toyotą. Powinien pamiętać.
A my natychmiast rozliczymy się w Warszawie lub w Puszczy Kampinoskiej.


I to był koniec przygód w dniu dzisiejszym. Jeszcze tylko obiad (smaczny) w hotelu w Mucznem. Poszliśmy tam w czwórkę, Tomek bowiem dołączył do żony zasiedziałej już od paru godzin w Karpatii.
A potem do samochodów i do domu, gdzie wreszcie mogłem się napić czegoś konkretnego.

Zacząłem ten dzisiejszy post pierwszomajowo - politycznie i takoż go skończę. Nawet w tej zapadłej głuszy bieszczadzkiej przekonaliśmy się, jak obecnie traktowani są robotnicy świątecznego dnia 1 Maja. Kijem i do roboty - bez prawa do przyjęcia poczęstunku piwem!!! :lol:

CDN
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 940
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Re: Majówka nad Sanem 27.04.-12.05.2012 r.

Postprzez Stały Bywalec » 2 cze 2012, o 17:14

Środa, 2 maja

Okazuje się, że nasze towarzystwo jest zmęczone. Chyba wczorajszym piciem, bo nie sądzę, aby wycieczka z wypału do Dydiowej i z powrotem, tak ich wyczerpała. Pisząc „nasze” mam na myśli siebie i Ojca Prowadzącego, bo my od rana aż rwiemy się do dłuższej wyprawy. Wczorajszą potraktowaliśmy prawie jak odpoczynek, cóż to jest bowiem tylko ok. 10 km dla takich chartów jak my. :D

Idziemy zatem dziś na Otryt do Chaty Socjologa. Z Sękowca włazimy łagodnymi stokówkami na grzbiet Otrytu, dochodzimy do niebieskiego szlaku i już jesteśmy w prawdziwej puszczy. Wcześniej umówiliśmy się, że przy wejściu na szlak może nie tyle odpoczniemy, co zaklinujemy po „wczorajszym”, ale cóż - tamtejszą ławeczkę przy wejściu na szlak szlag trafił. Albo to chuligani, albo może ząb czasu.
Wchodzimy zatem trochę wyżej, spostrzegamy zwalone drzewo i wykorzystujemy je w celu krótkiego odpoczynku a zarazem spożycia po 100g soplicy orzecha laskowego. Mniam. :lol:
Mijają nas młodzi turyści z młodym wilczkiem, tzn. kuzynem (mieszańcem) owczarka alzackiego.

Po jakichś 20 minutach ruszamy dalej, z czasem zauważamy wilczka, a on się do nas przyłącza. Przyspieszamy kroku, aby oddać psa tamtym ludziom - może się zgubił, a oni go szukają. Wkrótce już ich doganiamy. Okazuje się jednak, że wilczek tak samo przyłączył się do nich jak do nas, tyle że wcześniej. To wcale nie ich pies.
Psiak jest dobrze utrzymany, ma pasek - obrożę na szyi, na bezpańskiego nie wygląda. Dzwonię z komórki do Barbary i pytam, czy może ktoś w ostatnich dniach nie postradał takiego psa w Sękowcu i teraz za nim płacze. W odpowiedzi otrzymuję wykaz psów porzuconych przez właścicieli, którzy postanowili przy okazji wypoczynku w Bieszczadach wziąć rozwód ze swymi czworonożnymi przyjaciółmi. Błąka się toto potem wokół ośrodka wypoczynkowego w Sękowcu, zagląda przyjezdnym ludziom w oczy, chudnie i marnieje, aż w końcu wilki je zjadają. :evil:
Na razie „nasz” wilczurek ma się jednak dobrze, pilnuje się nas, a nawet gdy się od ścieżki na jakiś czas oddali, to potem zawsze nas dogania i przyjaźnie merda ogonem.

Po ok. 2 godzinach marszu niebieskim szlakiem dochodzimy wreszcie do Chaty Socjologa, gdzie ruch jak na budowie. Siadamy pod wiatą, pijemy piwo i z niesmakiem obserwujemy, jak wilczek, absolutnie niezestresowany nowym otoczeniem, usiłuje zgwałcić pieska (tak: pieska a nie suczkę :lol: ) turystów odpoczywających obok. Tracimy całą naszą dotychczasową sympatię do niego. On chyba do nas też, gdyż po dojściu do Chaty Socjologa odkleił się od nas i w ogóle przestał się nami interesować.

Schodzimy ścieżką historyczno-przyrodniczą do Chmiela. Najpierw malownicze łąki, potem leśny wąwóz. Pogoda cały czas piękna. Gdy już jesteśmy w Chmielu, Ojciec Prowadzący rozgląda się wokół, czy gdzieś nie ujrzy Marcysi. Nie ma jej jednak, także pod sklepową wiatą jej nie spotykamy.

Mamy w planie obiad w hotelu w Zatwarnicy, stąd tam ponad 6 km. Nie chce nam się szosą wędrować, po sobotniej podwózce wierzymy, że to dla nas szczęśliwe miejsce. I rzeczywiście, dobra passa trwa :D , wkrótce zatrzymuje się przy nas samochód z warszawską rejestracją, którym podróżuje para sympatycznych ludzi, jak się okazuje, mieszkających w ośrodku w Sękowcu. Za kilka dni dowiem się też, że pani jest lektorką języka angielskiego i uczy moją córkę. Small the world! :!:

Wysiadamy przy moście na Sanie i drałujemy aż na kraniec Zatwarnicy na ten obiad. Warto było, bo niedrogi i smaczny. Potem również piechotą wracamy.
Dalej w kalendarzu nie mam nic odnotowanego, więc zapewne nic godnego uwagi tego dnia już się nie wydarzyło.

I nastał wieczór. Ale zanim nastał poranek - dzień siódmy, poszliśmy spać.

CDN
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 940
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Re: Majówka nad Sanem 27.04.-12.05.2012 r.

Postprzez Stały Bywalec » 4 cze 2012, o 08:05

Czwartek, 3 maja

Dziś planujemy przejść się naszą stałą, ulubioną trasą. Będzie to piękna wycieczka, pozwalająca rozkoszować się całą gamą bieszczadzkich krajobrazów: dziką puszczą, brzegiem Sanu, łąką - połoniną i wreszcie śladami przeszłości. Nie bez znaczenia jest też, że można tę trasę zrobić nie ruszając samochodu, po prostu wejść na nią wprost z miejsca zakwaterowania. Oczywiście pod warunkiem, że mieszka się w Sękowcu, no, ew. w Zatwarnicy (co zresztą pod względem formalnym na jedno wychodzi, gdyż jakiś czas temu, ok. 2000 r., Sękowiec utracił niepodległość i został administracyjne przyłączony do Zatwarnicy). W dodatku jest to okolica w zasadzie bezludna, leżąca z dala od obwodnicy i najczęściej uczęszczanych szlaków. Wysypana także proszkiem DDT, przez co omija ją szerokim łukiem stonka (turystyczna). :lol:

Nadal utrzymuje się piękna pogoda. Wyruszamy we dwóch, tj. idę tylko z Ojcem Prowadzącym. Pozostali najpierw zgłosili swój akces, ale po kartograficznym przeanalizowaniu odległości stwierdzili, że ich interesuje krótszy odcinek i że wyjdą nieco później, a wszyscy spotkamy się na obiedzie w hotelu w Zatwarnicy. Dobrze.

Przechodzimy przez most na Sanie, skręcamy w prawo do osady Sękowiec i znów odbijamy w prawo, w kierunku leśnej ścieżki wiodącej nad samym Sanem. Ścieżka ta z czasem z leśnej przemienia się w puszczańską - coraz więcej na niej tropów zwierząt i coraz mniej śladów człowieka. Doszedłszy do potoku Hulski robimy krótki odpoczynek. Siadamy na dużym zwalonym drzewie i mamy dwie przyjemności naraz. Napawamy wzrok naprawdę dzikim otoczeniem tej leśnej głuszy i opróżniamy zawartość piersiówki. :D

Dalej towarzyszącą w dole rzeką już nie jest San, lecz potok Hulski. Wędrujemy wzdłuż niego aż do kolczastego zasieku oznaczającego początek terenu prywatnego - gospodarstwa Piotra, jednego z dwóch mieszkańców wsi (byłej wsi) Hulskie.
Przeprawiamy się więc na drugą stronę rzeki. Rycho daje sobie radę bez zdejmowania butów, ma je takie militarne, wojskowo-policyjne, z wszytym językiem i dobrze zaimpregnowane. Ja w swoich lżejszych, bardziej turystycznych, nie ryzykuję i je ściągam. Woda zimna, ale przyjemna, na pozostałości byłych odparzeń stóp w sam raz. :)
Po drugiej stronie potoku idziemy początkowo jeszcze chaszczami, jakąś wąziutką, często zanikającą ścieżką, bardziej chyba zwierzęcą niż ludzką. Wyprowadza nas ona wkrótce na otwartą przestrzeń pomiędzy Rylim a Hulskiem. Po lewej stronie zabudowania Piotra, po prawej trochę drzew owocowych, świadczących, iż do 1947 r. to miejsce zupełnie inaczej wyglądało. A my pośrodku, zachwyceni okolicą. Już nie po raz pierwszy zresztą - vide 1 zdanie niniejszego postu. :D

Odbijamy w górę - „w prawo skos”, kierując się na oko do miejsca, gdzie powinno być - na zboczu Rylego - zejście na ścieżkę w stronę ruin cerkwi w Krywem. Walimy na przełaj ryzykując, że nam nagle z jakiegoś zagłębienia terenu wyjdzie misio i łapą pogrozi. Baczymy też pod nogi, uważając na żmije, których w tym roku faktycznie jakby przybyło. Nie ma za to całej masy pająków oblepiających człowieka, gdy się tędy idzie we wrześniu.
Wreszcie docieramy do drogi, którą do Krywego jeżdżą medycy z Lublina oraz Tosia i jej goście. Absolutnie nie namawiam jednak nikogo, aby tamtędy pojechał zwykłym samochodem osobowym, nawet mającym wyższe zawieszenie.
Trafiliśmy idealnie - wyszliśmy wprost na mały turystyczny drogowskaz kierujący do ruin cerkwi.

Ścieżką turystyczną schodzimy w dół, cały czas chłonąc piękno krajobrazu w słonecznej pogodzie. Ukształtowanie terenu powoduje dziwne zjawisko - im bliżej końca ścieżki, tym bardziej cerkiew znika z pola widzenia, wreszcie zupełnie chowa się za ostatnim wzniesieniem, aby nagle ujawnić się turyście będącemu wtedy już prawie przy niej.
Obecnie pozostały tu tylko ruiny, ale jest to miejsce poświęcone niegdyś jako kościół greckokatolicki, a i zapewne jeszcze wcześniej stała tu cerkiew prawosławna (wieś lokowano w pierwszej połowie XVI w.). Parę miesięcy temu Tosia wzięła tu, w ruinach, ślub kościelny ze swoim dotąd tylko cywilnym mężem.
Zdominowani przez historię tego miejsca oraz oszołomieni pięknem okolicy popijamy w samotności i w milczeniu piwo. Pojawiają się na krótko turyści (młode małżeństwo z małym dzieckiem w nosidełku), ale szybko odchodzą przestraszeni granatowym kolorem chmur w oddali.

W końcu i my zdecydujemy się wyruszyć, zwłaszcza że bardzo daleko, na ciemnym tle nieba pokazują się co pewien czas zygzaki błyskawic. Ale to musi być jeszcze bardzo daleko, widoczne na razie tylko z góry, gdyż grzmotów nie słychać.
Do drogi na Rylim powracamy tą samą ścieżką, następnie skręcamy w prawo i dochodzimy do drogi stokowej. A nią już wędrujemy sobie spokojnie aż do Zatwarnicy, po drodze tylko korzystając ze znanych (zapewne nie tylko mi) trzech skrótów pozwalających ominąć meandry stokówki, wijącej się tu jak olbrzymia żmija.

W restauracji hotelowej spotykamy się z resztą naszego towarzystwa, które (naturalnie oprócz Brzuchatka) powędrowało rano naszym tropem, ale Ryli i Krywe już sobie darowali.
Potem oni do samochodu i do domu, a my z Ojcem Prowadzącym na piechotę, aby lepiej strawić smaczny obiadek. Burza przeszła bokiem.
W domu zaś czekała nas bardzo dokładna degustacja wina, jakie zafundował wszystkim Adam. Przeciągnęło się to do późnych godzin nocnych. :D
Kot gdzieś sobie polazł i wrócił o godz. 2:30 w nocy.

CDN
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 940
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Re: Majówka nad Sanem 27.04.-12.05.2012 r.

Postprzez otrok » 5 cze 2012, o 16:52

miałem ochotę Was odwiedzić i w zasadzie byłem blisko, nawet Wam machałem początkiem weekendu z drugiej strony granicy ;)
w ten weekend też będę machał licznym turystom po polskiej stronie..
pozdrowienia, szczególnie dla OP :)
otrok
Wyrypiarz bieszczadzki
 
Posty: 335
Dołączył(a): 17 lut 2011, o 09:17
Lokalizacja: Beskid Niski i po górze

Re: Majówka nad Sanem 27.04.-12.05.2012 r.

Postprzez Stały Bywalec » 11 cze 2012, o 17:21

A teraz nastąpi ... przerwa na reklamę.

Ja reklamuję dżins wietnamski kupiony na bazarze przy Halach Banacha na Ochocie, a Ojciec Prowadzący reklamuje dewocjonalia.
Załączniki
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 940
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Re: Majówka nad Sanem 27.04.-12.05.2012 r.

Postprzez Stały Bywalec » 12 cze 2012, o 04:59

Dwa zdjęcia - te z 1 maja - wymagają uzupełniającego komentarza.

Pierwsze z nich Ojciec Prowadzący zrobił w Dydiowej: przedstawia ono kapliczkę już po ukraińskiej stronie.

Na drugim zaś mamy "most" na potoku Muczny. Kilka zdań o jego lokalizacji i konstrukcji napisałem w relacji z dn. 1 maja. Osobą widoczną na tym zdjęciu jest Adam, który przechodził ostatni (reszta ekipy, w tym fotograf Ojciec Prowadzący, była już po drugiej strony rzeczki).
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 940
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Następna strona

Powrót do Relacje z Waszych pobytów i wypraw

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zarejestrowanych użytkowników i 0 gości


Loading

O F I C J A L N E    F O R U M    D Y S K U S Y J N E    S E R W I S Ó W:
               

Forum bieszczadzkieforum.pl używa plików typu cookies do poprawnego działania strony, w celach statystycznych, reklamowych, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz by umożliwić logowanie zarejestrowanym użytkownikom. Korzystanie z forum bieszczadzkieforum.pl, bez zmian ustawień w używanej przez Państwa przeglądarce internetowej oznacza zgodę na wykorzystywanie technologii cookies i zapisywanie ich w pamięci Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.