Maki na rykowisku

Opisy i fotorelacje z pobytu w Bieszczadach

Maki na rykowisku

Postprzez Zygmunt Skibicki » 4 paź 2011, o 19:26

Maki na rykowisku

To był paskudny okres dopiero co budzącej się bieszczadzkiej wiosny. Już kolejny dzień od samego rana mżyło, ale co pewien czas opad przechodził w regularny deszcz. Nocleg w Cisnej był dobry i nie bardzo chciało się wychodzić. Trzeba było jednak dojść do Polańczyka, bo rajd ma swoje prawa. Na naszych kwaterach w Cisnej następną noc miała spędzić już zupełnie inna grupa.
Prowadziliśmy z Romanem grupę uniwersyteckich studentek. Stroje miały raczej miejsko spacerowe. Zwłaszcza buty nie nadawały się na tę porę roku i te szlaki. Już poprzednie dwa dni rajdu dały dziewczynom ostro w kość. W krótkiej naradzie postanowiliśmy zatem nie pchać się na grubo jeszcze zaśnieżony szlak i przewędrować drogą. Użyliśmy drobnego podstępu – przecież przy takim zachmurzeniu i tak nic nie będzie widać. Poskutkowało.
Brezentowe skafandry już dwa dni nasiąkały wodą i ledwo nieco podsychały na noclegach. Ledwo więc wyszliśmy na drogę, szybko osiągnęły swój „naturalny” stan. Wiatr miótł mżawką i deszczem co chwila z innej strony. Kaptury niewiele pomagały – siepało po oczach. Było wstrętnie.
Humory w miarę rozgrzane w ciepłym schronisku szybko stygły. Zanim za Dołżycą zeszliśmy z asfaltu na mocno kałużastą szutrówkę miny wskazywały na kiepskie raczej nastawienie do żartów. Po prostu leźliśmy, bo nie było innego wyjścia. Częste pytania – ile drogi jeszcze zostało do końca, nie budziły wątpliwości. Wszyscy mieli tego rajdu dość. Także my dwaj.
Najbardziej narzekały dziewczyny chodzące w dżinsowych spodniach. Gruba bawełna szybko nasiąkała wodą i w tym stanie absolutnie nie chroniła przed zimnem i wiatrem. W dodatku spodnie stawały się nieprzyjemnie sztywne, co nie poprawiało nastrojów.
Wolno, bo wolno, ale kilometr za kilometrem zbliżaliśmy się do upragnionego Polańczyka. Przyśpieszony gęstym zachmurzeniem wiosenny zmierzch zaczął już nas ogarniać, gdy wreszcie dotarliśmy na kwaterę. Nie była zbyt zachęcająca. Po prostu duża izba w prywatnym domu, a w niej kilka żelaznych łóżek. Na szczęście był tam piec i przezorna gospodyni napaliła w nim przed naszym przyjściem. Dla równowagi - łóżek było sześć, a nas trzynaścioro. Innych kwater w Polańczyku nie było...
Wszystko to jednak nie miało póki co znaczenia. Był dach nad głową, sucha izba z ciepłym piecem i pewność, że do rana nic na głowę nie będzie kapało. Skostniałymi palcami chciałem natychmiast rozpalić kuchenkę, by gotować wodę na rosołki „z papierka” – taki miałem pomysł na rozgrzanie „zgapiałego” towarzystwa. Żadna z dziewczyn nie zdjęła nawet przemoczonej kurtki. Siedziały na czym która tam przysiadła po wejściu do izby i dygotały z zimna – okna z wolna pokrywały się mglistym nalotem.
Rozpalanie benzynowej „handgranaty” szło mi kiepsko. Łamałem jedną zapałkę po drugiej. Smród benzyny roznosił się wokół, a ognia wciąż nie było. Wkurzałem się coraz bardziej. Spokojny jak zwykle Roman sięgnął głęboko do swego plecaka, wyciągnął niewielką butelkę spirytusu. Nalał odrobinę do zakrętki i podał mi. Przechyliłem i już po chwili palce zaczęły działać zupełnie sprawnie - kuchenka wystartowała.
Roman rozlewał swój „eliksir” do zakrętki, ale tylko nieliczne dziewczyny zdecydowały się na taka rozgrzewkę. Nie nalegał. Wiedział, że za kilka minut będą już gorące rosołki i to poprawi sprawę.
Jeden z pierwszych kubków podałem dziewczynie wyglądającej na najbardziej zdeprymowaną. Siedziała w kucki na swym plecaku, gdzie pewnie miała jakieś suche rzeczy i nie można jej było namówić na zdjęcie mokrych ciuchów – nawet całkiem przemoczonych rękawiczek. Czy podałem jej kubek zbyt „kanciastym” gestem? Czy winę ponosiły te mokre rękawiczki? A może jej skostniałe dłonie nie uchwyciły dobrze kubka...? Kiedy go puściłem, nie utrzymała go i gorący rosół wylał się wprost na jej kolana i uda...
-Zdejm te spodnie! – wrzasnąłem.
-Nie! – jej stanowczy protest wprowadził mnie w panikę. Co robić? Przecież poparzenia spowodują, że potrzebny będzie lekarz, pogotowie i szpital... Cholera, wstydu się jej zachciało! Zaczęła krzyczeć. Z bólu, czy z przerażenia...?
-Na śnieg! - sytuację opanował jak zwykle flegmatyczny Roman.
Chwyciliśmy dziewczynę pod pachy i za nogi. Tuż za drzwiami wejściowymi leżała śnieżna breja, na której posadziliśmy ją i okładaliśmy uda zebranym dłońmi śniegiem. Uspokoiła się, więc przenieśliśmy ja z powrotem do izby. Tam zajęły się nią koleżanki. Poza sporymi zaczerwienieniami wszystko było w porządku... podobno, bo oczywiście na obejrzenie oparzeń nie pozwoliły nam.
Kiedy już było po wszystkim dowiedzieliśmy się, że kilka miesięcy wcześniej miała zupełnie podobny wypadek na jakiejś prywatce. Ściągnięto wtedy z niej dżinsy wraz ze spora ilością skóry. Skończyło się kilkutygodniowym pobytem w szpitalu i ledwo uniknęła poważnych problemów na studiach – na pierwszym roku urlopów dziekańskich nie dawano...
Nastrój się jakoś poprawiał. Ciepłe posiłki rozgrzewały, a i „eliksir” Romana choć w minimalnych ilościach przez niego dawkowany, robił swoje. Dziewczyny zaczęły się nawet dopominać „dolewki”...
Nasza poparzona po jakimś czasie także dołączyła do wesołych pogaduszek. Coś tam poopowiadaliśmy sobie, pośpiewaliśmy nieco. Obydwaj z Romanem nie za bardzo nadawaliśmy się do popisów wokalnych. Za to dziewczyny, choć całkowite nowicjuszki na turystycznych szlakach, śpiewały mnóstwo piosenek właśnie rajdowych. Skąd je znały...?
Z wolna zaczęliśmy myśleć o noclegu. W żaden rozsądny sposób nie dało się rozlokować nas w tak małej ilości łóżek. Na szczęście udało się ustawić wszystkie łóżka ciasno, jedno przy drugim wzdłuż jednej ściany – pokot, to był jakiś pomysł.
Kiedy już łóżka zostały ustawione przyszła kolej na wybranie sobie miejsc. Nijak nie można było zadowolić wszystkich – ciągle któraś była niezadowolona. Nam dwóm to akurat było wszystko jedno, gdzie się położymy. Chciało się spać i... nic więcej. Stanęło na losowaniu.
Wylosowałem miejsce przy ścianie i szybko zbierałem się do noclegu. Dziewczyna, która miała spać tuż obok, zaczęła robić jakieś uwagi...
-Wiesz, co? – zaproponowałem siląc się na jakiś żart – załatwimy to po staropolsku. Położę między nami mój nóż...
Wyciągnąłem z pochwy spory bagnet i ułożyłem go na kocu, na którym mieliśmy spać. Szybko położyłem się i już po chwili spałem. Mało mnie obchodziło, że obciążone sprężyny łóżka i tak spowodują moje zsunięcie się z krawędzi.
Ranek musiał być pogodny, bo gdy otworzyłem oczy w izbie było bardzo jasno. Okna jednak nie widziałem. Byłem dopchnięty brzuchem i twarzą do ściany, na której wisiała perkalowa makatka, a na niej uśmiechały się do mnie kiepsko wyhaftowane maki. „Maki na rykowisku” – pomyślałem i natychmiast ogarnął mnie strach. Przecież dziewczyna, która tak mocno dopchnęła mnie do ściany musiała leżeć na gołym ostrzu bagnetu. Wiedziałem, że był wyostrzony. Sam go przecież ostrzyłem. Chyba jeszcze się nie pokaleczyła, bo pewnie narobiłaby wrzasku...
Znieruchomiałem, ale dłuższe takie leżenie nie wchodziło w rachubę. Potrzeba fizjologiczna dopominała się o natychmiastowe wyjście na zewnątrz. Przemyślałem każdy potrzebny do wyjścia ruch. Żeby tylko nie spowodować poruszenia się śpiącej obok dziewczyny. Wykonałem jakąś skomplikowaną sekwencję ruchów i pozycji – wszystko z twarzą ślizgającą się po śmiesznej makatce. W końcu udało mi się unieść i przeleźć przez poręcz żelaznego łóżka. Dziewczyna spała nadal i nawet się nie poruszyła. Na podłodze tuż przy oparciu łóżka leżał mój bagnet. Chyba jednak zmarnowałem tę noc...
Wróciłem ze słońcem zalanego podwórza i już nie kładłem się. Moja sąsiadka z noclegu wypełniła sobą i tę wąską przestrzeń, którą zwolniłem. Usiadłem przy stole i w wyświechtanym, nasiąkniętym wilgocią kajecie zapisałem ołówkiem szkic tego opowiadania.
Polańczyk, maj 1973
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Powrót do Relacje z Waszych pobytów i wypraw

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zarejestrowanych użytkowników i 1 gość


Loading

O F I C J A L N E    F O R U M    D Y S K U S Y J N E    S E R W I S Ó W:
               

Forum bieszczadzkieforum.pl używa plików typu cookies do poprawnego działania strony, w celach statystycznych, reklamowych, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz by umożliwić logowanie zarejestrowanym użytkownikom. Korzystanie z forum bieszczadzkieforum.pl, bez zmian ustawień w używanej przez Państwa przeglądarce internetowej oznacza zgodę na wykorzystywanie technologii cookies i zapisywanie ich w pamięci Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.