Maksym

Opisy i fotorelacje z pobytu w Bieszczadach

Maksym

Postprzez Zygmunt Skibicki » 19 paź 2011, o 22:14

Kolejne z niedokończonego jeszcze tomiku...

Maksym
Kończył się wiosenny rajd bieszczadzki. Setnie połaziliśmy po wielkimi jeszcze połaciami śniegu pokrytych połoninach i bezlistnych, w tej postaci znacznie mniej ponurych lasach. Błota także co niemiara naprzenosiliśmy na butach i spodniach. Czekał nas ostatni już nocleg w Komańczy. Czy coś się poplątało organizatorom, czy też kilka grup rajdowych zlekceważyło harmonogram noclegowy, nie było nam dane zgłębić, ale w komańczańskim schronisku nie było już szans nawet na glebę. Na noclegi w stodołach było wyraźnie za zimno. Cóż zatem robić?
Klęliśmy na naszą zbyt pochopnie wyrażoną zgodę. Trochę nas podpuścili znajomi i zgodziliśmy się poprowadzić tę grupę rajdową. Wraz z Romanem noclegi dla dwudziestu osób, głównie dziewczyn musieliśmy znaleźć. Póki co zostawiliśmy nasz mocno górami sfatygowany „babiniec” w trzeszczącym w szwach schronisku i poszliśmy szukać.
Zamiast łazić o gęstniejącej szarówce od chałupy do chałupy, postanowiliśmy zajrzeć do jedynej miejscowej knajpy. Zziębnięci całodziennym szlajaniem się po paśmie Chryszczatej ochoczo weszliśmy do zadymionej gospody. Gwar tam był spory, ale przy barze nie było kolejki. Za ladą wolno snuła się tęgawa jejmość w podobnie jak ona od dawna nieświeżym fartuchu. Zamówiliśmy po kuflu i zaczęliśmy obserwować zadymioną salę. Do kogo by tu podejść?
Twarze wskazywały, że to byli głównie miejscowi. O to nam chodziło, ale chyba przyszliśmy za późno, by nawiązać jakąś rozmowę. Zbyt już byli podchmieleni. Zajęci rozmowami nie zwracali na nas uwagi. Gdybyśmy jednak próbowali zagadnąć, nasze wyblakłe nad książkami twarze mogły spowodować u nich agresję, a z pewnością nie wzbudziły by przychylności. Kwaśnawy zapach piwa i mokrej ściery od podłogi z wyraźnie dominującą nutą przepoconych kubraków miejscowego towarzystwa z wolna zaczął nas drażnić, ale przecież i my po kilku dniach pod plecakami nie pachnieliśmy fiołkami. W ilu takich miejscach obaj z przyjacielem ćwiczyliśmy już planowany scenariusz?
Wreszcie kompan wypatrzył w mrocznym kącie samotnie przy kuflu siedzącego faceta o twarzy wyraźnie myślami zmąconej. Trzeba przyznać, że Roman miał talent albo intuicję do takich kontaktów. Wskazał mi wybrany stolik i podeszliśmy.
-Dobry wieczór, czy można się przysiąść?
Obrzucił szybkim spojrzeniem nasze wyświechtane, ale ewidentnie turystyczne stroje. Bez słowa, ale z miną wyrażającą mniej więcej: „skoro nie ma innej możliwości…” poprawił się na krześle i tym gestem wyraził przyzwolenie. Chwilę siedzieliśmy bez słowa, aż nasz towarzysz pewnie zobligowany do czynienia honorów gospodarza zgasił w kwadratowym luksferze robiącym tu za popielniczkę papierosa, łyknął z kufla i zagadnął mało oryginalnie:
-Co sprowadza przy tak fatalnej pogodzie w nasze mało gościnne strony?
-Z rajdem przyszliśmy – wyciągnąłem do niego paczkę papierosów.
-Chce się wam? W taką pogodę? – poczęstował się i z kolei podał nam ogień.
Prawdę mówiąc, pogoda wcale nie była wyjątkowo zła jak na przełom kwietnia i maja, ale gdzie jej tam do letnich „lamp”?
-Nam może nie za bardzo, ale poprosili nas, byśmy poprowadzili grupę studentek z uniwerku, to i przyjechaliśmy - odparłem.
-My jesteśmy z politechniki – Roman dokończył moje zdanie jakby usprawiedliwiając kiepski pomysł humanistów jednocześnie z dumą informując, skąd nasze dziewczyny znalazły takich dwóch frajerów na taplanie się w koszmarnych bieszczadzkich błotach.
Facet pokiwał głową ze zrozumieniem, ale jednocześnie jakby z lekkim współczuciem. Roman nie owijał dalej już niczego w bawełnę i wypalił wprost.
-Noclegów szukamy. Prowadzimy dwadzieścia dziewczyn, a w schronisku nawet na podłodze nie ma już miejsca…
Nasz gospodarz popatrzył na nas teraz już z nieskrywanym zaciekawieniem. Nawet się uśmiechnął, ale pokręcił głową z niedowierzaniem. Przez chwilę nic nie mówił, a ja zacząłem podejrzewać, że trzeba szybko dopić piwo i szukać gdzie indziej. Wreszcie nasz rozmówca pochylił się nad stołem, zrobił lekko tajemniczą minę i spytał.
-A… - jeszcze ściszył głos gestem przynaglając, byśmy się do niego pochylili – potrafilibyście panowie przyszli inżynierowie poskładać taki wielki regał na całą ścianę? Kupiłem to dziś, rozłożyłem w domu i za cholerę nic mi nie pasuje… - w jego spojrzeniu była chyba jeszcze większa prośba o pomoc niż nasza nadzieja na suchą i w miarę ciepłą izbę do przenocowania.
-Czemu nie – zaszarżowałem, ale natychmiast opadły mnie wątpliwości – jeśli tylko są rysunki montażowe i nic nie zostało pogubione… - dodałem. Roman skinął głową, gdy facet spojrzał z kolei na niego.
-No, to macie nocleg! – błysk w jego oku nie pozwalał mieć jakichkolwiek wątpliwości. – Pani Zosiu! – odwrócił się do barmanki – Trzy duże poproszę!
- Maksymilian jestem... Maksym – podał nam rękę więc się także przedstawiliśmy
- Ja tu jestem stomatologiem w ośrodku zdrowia – teraz już nasz rozmówca mówił normalnym głosem – dostałem nowe mieszkanie i meble kupiłem…
-No dobra, ale te nasze dziewczyny… siedemnaście sztuk…? – wolałem się upewnić.
– Nie ma sprawy machnął ręką - Jest mieszkanie gościnne i tam się prześpią. Są tylko dwie wersalki, ale pokój jest duży, kuchnia, łazienka…
-A… cenowo…? – Roman wolał wszystko ustalić zawczasu.
Facet spojrzał na niego tak wiele mówiącym wzrokiem, że w trójkę wybuchliśmy śmiechem.
-Ok! – nie było sensu dalej pytać poznanego zubologa.
Dopiliśmy cienkawe piwo i wesoło gwarząc razem poszliśmy do schroniska po nasze dziewczyny. Niektóre z nich już się zdążyły gdzieś „poprzyklejać”, ale zachęcone szybko pozbierały się do wyjścia.
Ośrodek zdrowia, do którego dotarliśmy rzeczywiście pachniał nowością. Świeżutkie tynki miały nawet jakiś wyjątkowo nie szary kolor. W tym samym budynku było także mieszkanie naszego znajomego i to obiecane mieszkanie gościnne. Dziewczyny natychmiast zaczęły się zagospodarowywać, a przede wszystkim ustaliły kolejkę do łazienki. One także mocno odczuwały kilkudniowe, poważne zminimalizowanie zabiegów higienicznych. My w trójkę poszliśmy do mieszkania, w którym czekał nie złożony regał. Trochę się niepokoiłem, czy rzeczywiście damy sobie radę z kupę luźnych elementów, ale już na pierwszy rzut oka wszystko okazało się dla nas prościzną. Tego samego systemu i konstrukcji regał miałem w domu, a rysunki montażowe były technicznie przejrzyste, w dodatku kompletne.
Maksym próbował coś nam tłumaczyć, ale zdecydowanie lepiej wychodziło mu robienie kanapek i… otwieranie piw, których zresztą miał spory zapas. Każdy zatem zajął się swoją robotą, bo regał wcale nie był mały, a pora raczej późna. Nawet nie obejrzeliśmy innych pokoi tego niemałego jak na jedną osobę mieszkania.
Oczywiście gadaliśmy cały czas. Leciały jakieś stare kawały i różne ciekawe, a śmieszne historyjki. Regał rósł, a wraz z nim uznanie Maksyma dla dwójki niedopieczonych inżynierów, w dodatku chemików. Jedyną nasza obawą, którą się zresztą nie podzieliliśmy z gospodarzem były wątpliwości, czy aby na pewno wszystkie okucia są w komplecie. Były…
Skończyliśmy głęboką nocą i, gdy obudziliśmy przysypiającego już Maksyma, ten stanął oniemiały. Zanurkował w lodówce, wyciągnął dobrze schłodzoną półlitrówkę i ukręcił jej „łeb” bezceremonialnie wywalając zakrętkę do śmieci.
-Co by się nie… porozsychał!
-Jak tu przyjechaliśmy razem z kolegą internistą – zaczął opowiadać - to od razu całe wyposażone gabinety dostaliśmy i jedno małe mieszkanie do swojej dyspozycji, bo ośrodek jeszcze nie był cały wykończony. Tylko… nikt do nas nie przychodził. Na początku to było nawet fajne. Zero roboty, czasu od groma i jeszcze całkiem nieźle płacili. Dodatki wiejski dali…
„Na etacie” od wiosny do jesieni obleźliśmy całe Bieszczady i kawał Beskidu Niskiego. Zimę jakoś przesiedziałem, bo śniegu to tutaj jest ho, ho…! Internista załatwił sobie przeniesienie i całe mieszkanie miałem dla siebie. Ile jednak można tak wytrzymać? Napisałem wniosek i zeszłej wiosny przydzielili mi gazika z limitem paliwa nie do wyjeżdżenia. Zacząłem jeździć po wioskach i osadach leśnych szukając roboty, to znaczy… zaglądając ludziom w zęby. Z pracownikami leśnymi to jeszcze pół biedy, bo nadleśniczy zarządzali badania kontrolne i po krzyku, ale we wioskach to mnie czasem psem poszczuli…
-Zajeżdżam raz – kontynuował – na jedno podwórze, a z chałupy wyłazi chłop z widłami w ręce. Niedobrze – myślę i nie gasząc silnika i nie wysiadając mówię, że jestem lekarz od zębów. Facet podrapał się za czapką i prosi do środka – rzadkość! W izbie wskazuje mi kobietę, pewno żonę i czeka.
-Jak zobaczyłem jej zęby, tom się przeraził. Takiego szkorbutu to nawet na studiach na filmach nam nie pokazali. Wszystkie zęby się chwiały, a jeden został mi w szczypcach zanim go pociągnąłem…
-To jest poważna choroba – mówię do faceta, a ten tylko pokiwał głową, znów się za uchem podrapał i spytał.
-A da się coś z tym zrobić?
-Na pewno coś się da, ale w tym stadium to trzeba bardzo szybko leczyć.
-Potrafisz…? – spytał.
-Potrafię, ale ile zębów uratuję, tego nie wiem.
-Połowę…? – wyraźnie nie orientował się w tragicznym położeniu.
-Może, ale potrzeba lekarstw i codziennie będę musiał przyjeżdżać.
-Może być – zgodził się – Jak ją wyleczysz, to ja się odwdzięczę…
No i tak się zaczęła moja tutejsza „kariera” zawodowa. Prawie przez pół roku do nich jeździłem dzień w dzień. Czasem nawet w niedzielę, a jak były dwa dni świąt, to już w jedno obowiązkowo. Potem jeszcze on ją do ośrodka przywoził. Skończyło się na uratowaniu dwunastu zębów i oczywiście protezach.
Jak się rozniosło po okolicy, że lekarze tu są i potrafią leczyć, to się ruch zrobił w ośrodku taki, że przysłali dwóch dodatkowych internistów, okulistę i jeszcze jednego stomatologa. Teraz to ja tu jestem „kierownik”…
-No dobra, a mąż tej od szkorbutu…? Odwdzięczył się… jakoś? – zawsze mnie interesowały szczegóły.
-Nie pytaj! – nasz gospodarz wyraźnie nie chciał o tym gadać.
-Olał cię…? – drążyłem.
Maksym wychylił do dna swój kieliszek, wstał i gestem poprosił do drugiego, jeszcze większego pokoju. Na środku, pomiędzy wersalką a dwoma fotelami, tam gdzie w każdym współczesnym pokoju w „bloku” stoi ława, zobaczyliśmy najnormalniejszy w świecie… ciężki karabin maszynowy typu „Maxim”.
Kompletny!
Na kółkach!
Z osłoną!
Zero rdzy!
-Dwa dni temu mi to przywiózł – stał nad wątpliwej jakości „podarunkiem” i bezradnie machał opuszczonymi rękoma to wskazując żelastwo dłońmi, to je opuszczając. Cały czas kręcił głową jakby sam nie wierzył, co nam pokazuje.
Na broni to my się z Romanem nieco znaliśmy, bo Studium Wojskowe na Politechnice w każdy poniedziałek kolejnych semestrów skutecznie pomiatało nami od rana do późnego popołudnia. Jednym ruchem otwarłem zamek. Cholera! Wszystko było kompletne i działało. Nawet iglica!
-A… amunicja? – spytałem.
Maksym bez słowa uchylił skrzynię wersalki, w której tak po prostu w jakichś kartonach po lekarstwach leżało mnóstwo błyszczących nabojów i chyba dwie zwinięte, zapełnione nimi taśmy.
-I co z tym zrobisz?
-K..wa, nie wiem! Jak to zgłoszę, to przecież będę musiał powiedzieć, skąd to mam! Posadzą chłopa na kilka ładnych lat… Chyba gdzieś zakopię nocą…
Też nie wiedzieliśmy, co rozsądnego i bezpiecznego można z czymś takim zrobić? Poszliśmy spać, a rano nie było już czasu wracać do sprawy, bo na Maksyma czekała spora kolejka pacjentów, a my musieliśmy się szybko zbierać do pociągu. Dziewczynom oczywiście nic nie powiedzieliśmy.

Komańcza, maj 1972.
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Maksym

Postprzez lidkru » 20 paź 2011, o 09:27

no nie, dla mnie bomba :lol:
ups :D
...Właśnie przed chwilą zbiegłam z zakładu
Dla niepoprawnych marzycieli...
Avatar użytkownika
lidkru
Zakapior bieszczadzki
 
Posty: 3161
Dołączył(a): 15 lut 2011, o 13:36
Lokalizacja: Kujawy

Re: Maksym

Postprzez Zygmunt Skibicki » 20 paź 2011, o 10:51

I do dziś nie mam pojęcia, jaka wtedy zrobiona fotka była by ciekawsza: maxima, czy naszych trzech rozdziawionych gęb?
Oczywiście żadnych fotek nie było.
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23


Powrót do Relacje z Waszych pobytów i wypraw

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zarejestrowanych użytkowników i 0 gości


Loading

O F I C J A L N E    F O R U M    D Y S K U S Y J N E    S E R W I S Ó W:
               

Forum bieszczadzkieforum.pl używa plików typu cookies do poprawnego działania strony, w celach statystycznych, reklamowych, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz by umożliwić logowanie zarejestrowanym użytkownikom. Korzystanie z forum bieszczadzkieforum.pl, bez zmian ustawień w używanej przez Państwa przeglądarce internetowej oznacza zgodę na wykorzystywanie technologii cookies i zapisywanie ich w pamięci Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.