Ojca Prowadzącego i Stałego Bywalca misja na Ukrainie

Tematy nie pasujące do pozostałych działów oraz luźne pogaduchy o wszelkich sprawach, polityka, historia, obyczaje, kultura, rozrywka, rozmaitości

Ojca Prowadzącego i Stałego Bywalca misja na Ukrainie

Postprzez Stały Bywalec » 1 kwi 2014, o 04:54

Ojca Prowadzącego i Stałego Bywalca zbrojna misja na Ukrainie. Także ich wcześniejsze przypadki.

Właśnie otrzymaliśmy obaj z Ryśkiem (Ojcem Prowadzącym) karty powołania do Polskich Sił Zbrojnych na Wschodzie.
Cel: odbicie Krymu i Sewastopola z rąk Putina oraz zdławienie irredenty rosyjskiej na Ukrainie. A także - wytropienie i pojmanie Wiktora Janukowycza, poszukiwanego listem gończym przez legalne władze Ukrainy, oraz przekazanie go (za pokwitowaniem) w ręce dowództwa prawego sektora Kijowskiego Majdanu. Jedynie bowiem prawy sektor zawarł cywilnoprawną umowę o dzieło z tamtejszym mistrzem małodobrym.
Celem maksymalnym zaś będzie doprowadzenie do unii Polski i Ukrainy, co umożliwi zastosowanie tzw. szybkiej ścieżki legislacyjnej przystąpienia Ukrainy do NATO i Unii Europejskiej. I nie jest to żadna fantastyka - wystarczy, aby polski Sejm i ukraińska Wierchowna Rada ratyfikowały Unię Hadziacką - już gotowy dokument, wynegocjowany i podpisany dn. 16 września 1658 r. Wystarczy tylko do niego dodać dzisiejszą klauzulę aktualizującą.

Pomimo już nieco zaawansowanego wieku sięgnięto i po nas - z trzech powodów:
1) naszej doskonałej formy fizycznej, wyrażającej się możliwością kilkudziesięciokilometrowych marszów dziennie, tzn. więcej i szybciej niż w przypadku obecnych, nawet sporo młodszych poborowych,
2) znajomości Ukrainy - motywowanej tym, że Ukraina to tylko takie większe Bieszczady, które my przecież znamy bardzo dobrze,
3) doświadczenia militarnego na wschodzie, zdobytego jeszcze w czasach współdziałania z Armią Radziecką podczas jej interwencji w Afganistanie w latach 80-tych ub. wieku.

Dziś odlatujemy do Kijowa, a stamtąd ... Wybaczcie, ale dalsza marszruta to już ścisła tajemnica wojskowa.
Wyposażono nas w pełny żołnierski ekwipunek, w tym wygodne i funkcjonalne mundury, które jednak będziemy nosić bez oznakowania naszymi wysokimi stopniami - aby uniknąć uciążliwego odpowiadania na oddawane nam przez wszystkich (no, prawie wszystkich) honory wojskowe. No i aby nie stać się głównym celem dla ukrytych snajperów nieprzyjaciela.
Dano nam także po 3 opaski na rękaw munduru, z napisami „Prawy Sektor”, „Lewy Sektor” i „Centralny Sektor”, zakładane w zależności od tego, którą opcję Kijowskiego Majdanu będą w danej chwili reprezentować nasi ukraińscy towarzysze broni. Sposób rozróżniania sektorów Majdanu tłumaczy w specjalnej instrukcji mjr Radosław Majdan.
Oczywiście posiadamy dokumenty potwierdzające naszą rangę i umocowanie. Papiery te, w przypadku dostania się do niewoli, można przekształcić (po posypaniu specjalnym proszkiem) w legitymacje prasowe korespondentów wojennych, wystawione przez jeden z portali bieszczadzkich. Z przyczyn oczywistych nie mogę go teraz indywidualnie wskazać. Napomknę jedynie, iż pierwszym odbiorcą korespondencji wojennej będzie Piotr Sz.

A tak w ogóle, to proszę Was o dyskrecję, tj. abyście nikomu nic nie powiedzieli o tej najnowszej militarnej misji - Ojca Prowadzącego i mojej.
Nie czuję się upoważniony, aby się wypowiadać za Ojca Prowadzącego. Natomiast o sobie mogę śmiało stwierdzić, że jestem w szczytowej formie. No bo skoro jeszcze potrafię szczytować...
Rosji się nie boimy, zwłaszcza po opinii, jaką niedawno owemu państwu wystawił wiceprezydent USA. Rosja to przecież tylko duża stacja benzynowa, udająca państwo.
***

Domyślacie się już zapewne, że o powyższym powołaniu przesądziła nasza dawna znajomość soldateski radzieckiej - po upadku ZSRR płynnie i w większości przekształconej w rosyjską. Dla przybliżenia Wam tego muszę się jednak sporo cofnąć w czasie - aż do lat 80-tych ub. stulecia.

Interwencja radziecka w Afganistanie, trwająca od 25 grudnia 1979 r. do 15 lutego 1989 r., spotkała się ze zdecydowanym sprzeciwem społeczności międzynarodowej, wyjąwszy oczywiście satelickie państwa tzw. demokracji ludowej, w tym także naszą rodzimą Polskę Ludową. Rząd PRL musiał formalnie popierać politykę, miłującego przecież pokój, Kraju Rad, ale praktycznie nie kwapił się do czynnego zaangażowania po stronie ZSRR.
Kiedy jednak Jurij Andropow wystosował pod adresem Wojciecha Jaruzelskiego formalne wezwanie o wysłanie do Afganistanu polskiego sojuszniczego kontyngentu zbrojnego, towarzysz Wojciech musiał odpowiedzieć pozytywnie. Motywując to jednakże polskimi trudnościami wewnętrznymi (stan wojenny, sankcje gospodarcze Zachodu, itp., itd.), kontyngent ów ograniczył do 2 (słownie: dwóch) specjalistów, wybranych losowo.
I tak padło, rzekomo drogą losową, na mnie i na Ojca Prowadzącego. Otrzymaliśmy specjalne delegacje służbowe i bilety kolejowe (kuszetki) do ZSRR. Ale tylko w jedną stronę, aby przypadkiem nie zachciało się nam przedwcześnie powrócić.

Towarzysze radzieccy byli tak zdumieni polską bezczelnością i (ich zdaniem) niewdzięcznością, że najchętniej utopiliby nas w łyżce wody. Z Kremla przyszedł jednak prikaz, aby robić dobrą minę do złej gry i nas, jakoś tam i gdzieś tam, zagospodarować. Do Afganistanu nas jednak, na razie, nie wysłano, obawiając się, że możemy prysnąć do Radka Sikorskiego, dowodzącego podówczas pułkiem afgańskich mudżahedinów po drugiej stronie frontu (bo tylko formalnie był tam angielskim korespondentem wojennym).
Ulokowano nas w bazie szkoleniowej specnazu w dzikim stepie, niedaleko granicy afgańskiej, nie poruczając początkowo absolutnie żadnych obowiązków. Wkrótce jednak skonstatowano, że przesiadując całymi dniami w kasynie wojskowym wchodzimy w stanowczo zbyt bliskie relacje z zatrudnionym tam żeńskim personelem (kucharki, kelnerki i bufetowe). Zaczęło się to już negatywnie odbijać na relacjach owego żeńskiego personelu z miejscową kadrą zawodową, ograniczaną z tego powodu do kontaktów wyłącznie z własnymi żonami. A możliwości zaspokajania popędu seksualnego oficerów bezżennych stały się wtedy na tym pustkowiu jeszcze bardziej ponure.
Aby więc temu wszystkiemu przeciwdziałać, odseparowano nas od miłych pań z zaplecza gastronomicznego - drastycznie zmniejszając czas wolny i przyznając zakresy czynności odpowiadające (zdaniem kierownictwa jednostki) kwalifikacjom Ryśka i moim.

Rycho (alias Ojciec Prowadzący) został - jako znany postrach radomskich łobuzów - instruktorem walki wręcz oraz sztuki... picia wódki. Tak, to nie pomyłka. Chodziło o to, aby z myślą o przyszłej ofensywie Armii Czerwonej na zachód Europy i okupacji państw zachodnioeuropejskich, nauczyć krasnoarmiejców kulturalnego picia alkoholu, tzn. nauczyć ich picia wódki kieliszkami, a oduczyć ordynarnego chlania spirytusu całymi szklankami.
I tu Rysiek napotkał na wielkie trudności dydaktyczne. Kursanci nijak nie mogli się pogodzić z (ich zdaniem) cedzeniem wódki z malutkich kieliszków a 50 ml. Wódka pita w ten sposób traciła smak i nie dawała takiego kopa, jak wlana do organizmu od razu pełną szklanką.
Ojciec Prowadzący był jednak cierpliwy. Zorganizował słuchaczom zajęcia praktyczne. Na jego polecenie bufetowa Katia stawiała przed każdym kursantem 4 pełne kieliszki po 50 ml, po czym Rycho dawał komendę: start. Zwycięzca otrzymywał 5-ty kieliszek, budząc olbrzymią zazdrość kolegów. Niby proste, a jednak...
Gdzieś tak po dwóch tygodniach owych zajęć praktycznych Rycho zorientował się, że zwycięzcą jest zawsze ten sam osobnik, sadowiący się w ciemnym kącie sali. A koledzy patrzą nań krzywo i jakby chcieli na niego donieść, ale z racji solidarności żołnierskiej tego jeszcze nie uczynili. Natomiast już go nie ostrzegli, gdy Rycho znienacka podszedł i podpatrzył jego sposób picia. Otóż ów sołdat specnazu ukrywał pod blatem blaszany kubek, do którego najpierw błyskawicznie przelewał (dwoma rękami) 4 kieliszki, a następnie cały kubek wychylał jednym duszkiem i darł się: Ja pierwyj! W tym czasie pozostali kursanci, przestrzegający reguły Ryśkowej „sztafety 4x50”, zazwyczaj byli dopiero na etapie sięgania po 4-ty kieliszek.
Rysiek się wściekł i wlepił oszustowi regulaminową karę całkowitego zakazu picia alkoholu przez okrągły tydzień. Ten wtedy wściekł się jeszcze bardziej i napisał na Rycha raport, że ów uczy obywateli radzieckich burżuazyjnego trybu życia, co - jak wiadomo - ma się nijak do twórczego wdrażania nauki marksizmu-leninizmu.
I tak Ojciec Prowadzący podpadł kierownictwu jednostki.

Równolegle w tym czasie, szkoląc tych samych kursantów, ja podpadłem również.
Ale po kolei.
Z uwagi na uniwersyteckie wykształcenie poruczono mi wpajanie bojcom specnazu zasad znajomości savoir vivre, niezbędnych im, gdy już będą wdrażać komunizm w pokonanej zachodniej Europie.
Z racji ich młodego wieku i naturalnego zainteresowania płcią piękną, wykłady skoncentrowałem na zachowaniu się wobec kobiet - kładąc nacisk na uprzejmość i galanterię wobec dam, naówczas obce radzieckiemu mężczyźnie.
Tłumaczyłem im, że kobietę należy na powitanie i pożegnanie koniecznie pocałować w rękę. Budziło to zdziwienie, ale raczej lekkie, tylko ze wzruszeniem ramion. Czemu nie, można gdzie indziej, to można i w rękę.
Jeden z sołdatów zadał mi jednak pytanie, najwidoczniej wszystkich nurtujące, czy po owym pocałowaniu w rękę angielskiej, niemieckiej lub francuskiej żenszcziny, będzie ją można zaraz potem zgwałcić. Po dłuższym namyśle odpowiedziałem twierdząco, ale tylko w odniesieniu do Niemki i Angielki. Wyjaśniłem radzieckiemu żołnierzowi, że Francuzki nie zdąży zgwałcić, gdyż zanim się do tego zabierze, to już ona zgwałci jego. Taką odpowiedzią uzyskałem wielki aplauz i uznanie kursantów, ale tylko do czasu.
Kolejny żołnierz, gdy omawialiśmy skutki nadchodzącego zwycięstwa nad imperializmem, rozmarzył się i głośno zapowiadał, jak to on sobie użyje na Placu Pigalle w Paryżu. Przywołałem go do porządku, gasząc jego zapał stwierdzeniem, że z licznych paryskich burdeli i kabaretów pozostaną zachowane, po naszym zwycięstwie, tylko niektóre - dla sowieckiej generalicji. Pozostałe zaś zostaną zamienione w bary mleczne, w których on będzie mógł spożyć bezmięsny i bezalkoholowy posiłek, wprzódy swoje odstawszy w długiej kolejce, a i to pod warunkiem, że nie zabraknie.
Któryś z kursantów napisał wówczas na mnie raport, że oddziaływuję na żołnierzy demobilizująco, gdyż gaszę ich entuzjazm rewolucyjny oraz zohydzam owoce przyszłego zwycięstwa komunizmu. I że w ogóle jestem typową polską rzodkiewką - tylko z wierzchu czerwony, a w środku biały.

I tak staliśmy się obaj z Ryśkiem mocno podpadnięci w dowództwie. W skrytości ducha żałowano, że nie ma już towarzysza Jeżowa - on by dopiero sobie z nami odpowiednio pohulał. Tak czy inaczej, postanowiono się nas pozbyć i w tym celu wystosowano stosowne pismo do wierchuszki w Moskwie. Tam oczywiście szybko uznano argumentację podwładnych i poproszono Warszawę, aby wreszcie nas odwołała. Obiecano nawet wystawienie nam, na uroczyste pożegnanie, laurkowej opinii, bylebyśmy już sobie pojechali.
Odpowiedź gen. Wojciecha Jaruzelskiego była zdumiewająco szczera: nie po to się nas specjalnie z Polski pozbył, abyśmy teraz przedwcześnie powrócili do kraju. A tak w ogóle, to dlaczego my jeszcze nie walczymy z mudżahedinami (talibami), tylko się dekujemy w jakiejś bazie szkoleniowej specnazu? Wysłano nas, abyśmy nieśli chwałę oręża polskiego, a więc nie wolno nam powrócić, dopóki tej historycznej misji nie wypełnimy. A jeśli nawet polegniemy, to pal sześć, trudno. Spoczniemy z honorami na Wojskowych Powązkach, a na mogiłach zostanie zapisane, że padliśmy w boju wypełniając internacjonalistyczny, proletariacki obowiązek.

Po takim piśmie z Warszawy, w Moskwie zgrzytnięto zębami i wydano rozkaz: na front ich - do Afganistanu! Najpierw niech sobie te dwa Polaczki wybiorą rodzaj broni, po czym krótko ich przeszkolić. I koniecznie na front!
W wojsku, jak wiadomo, rozkaz to rzecz święta. Z rozkazem się nie dyskutuje. Rozkaz się wykonuje. Tym bardziej, że był na piśmie. Wydany przez samego marszałka Sowieckiego Sojuza.

Trzeba przyznać, że i my z Rychem też byliśmy wkurzeni. Zdążyliśmy polubić naszą instruktorską robotę na zapleczu teatru wojny, a tu teraz mamy pchać się pod kule i noże talibów? Brrr.
Chcąc odwlec datę wysłania na front i mając możliwość wyboru rodzaju broni, postanowiliśmy wybrać taką formację, w której szkolenie trwa najdłużej. Mając nadzieję, że wcześniej się skończy wojna. I obaj zgodnie wybraliśmy: lotnictwo myśliwskie. I stanowczo upieraliśmy się przy tym wyborze, nieustannie powołując się na treść rozkazu marszałka.
Jak już napisałem, rozkaz to w wojsku rzecz święta. Oddelegowano nas zatem na lotnisko polowe MiG-ów. Tam zdumiony komandir przydzielił nam najstarszego i najbardziej zdezelowanego MiG-a, ponaddźwiękowego (to ważny szczegół, proszę zapamiętać), w wersji dwuosobowej, uzbrojonego w dwa działka. Ja zostałem pilotem i zarazem pierwszym strzelcem, a Ojciec Prowadzący - nawigatorem i drugim strzelcem pokładowym. Ale nasze nadzieje na długie szkolenie spełzły na niczym. W rozkazie marszałka było przecież napisane: przeszkolić krótko.

Zatem czteroletni program lotniczej szkoły oficerskiej przerobiliśmy w dwa tygodnie. I otrzymaliśmy zadanie: nasz pierwszy (i jak się okazało, zarazem ostatni) lot bojowy. Zanim go jednak opiszę, kilka słów o pozostałym, trzecim członku naszej załogi.
W ZSRR emitowano wówczas bardzo popularny polski serial telewizyjny pt. „Czetyre tankistow i sobaka”. W zasadzie leciał na okrągło w programach ogólnozwiązkowych i republikańskich - nie było tygodnia, żeby w telewizji nie można było obejrzeć jakiegoś jego odcinka. Powołując się zatem na polską, żołnierską miłość do zwierząt, przygarnąłem bezpańskiego czarnego kota, któremu nie przeszkadzała ciasnota wnętrza samolotu. W czasie przeciążenia też dawał sobie radę, wczepiając się pazurami w obudowę działka pokładowego. I w ogóle bardzo się przydał, wytępił bowiem wszystkie myszy i szczury, jakie się zagnieździły w tym rdzewiejącym na poboczu lotniska naszym MiG-u. Towarzysze radzieccy kiwali z politowaniem głowami, ale nie odebrali nam zwierzaka, którego w myślach już spisali (razem z nami) na straty.

Pogoda piękna, jakoś udało mi się wystartować. O lądowaniu staram się jeszcze nie myśleć, aby się nie denerwować. Lecimy nisko. Uważam, żeby się nie rozpieprzyć o afgańskie górskie szczyty. Nagle Rycho drze się: Jest! Tam! Konwój nieprzyjacielski. Sznur ciężarówek sunących wąską, górską drogą. I wali do nich z szybkostrzelnego działka aż do wyczerpania amunicji.
Mnie też gwałtownie wzrasta poziom adrenaliny. Wpadam w euforię. Najpierw podrywam samolot do góry, aby uniknąć zderzenia z najbliższym szczytem, ale zaraz potem ostro pikuję w dół, aby ze swojego działka dopełnić dzieła zniszczenia.
Fatalny pech oraz brak przeszkolenia!
Nie wziąłem pod uwagę ponaddźwiękowej (dwukrotnie) prędkości samolotu, większej od prędkości pocisków wystrzelonych wcześniej przez Ojca Prowadzącego. Tor MiG-a, lecącego teraz w dół, przeciął się z torem tamtych pocisków z działka - akurat w momencie, gdy samolot i jedna z wcześniej wystrzelonych serii się spotkały. I kilka naszych pocisków właśnie teraz nas dogoniło! Klasyczne „samozestrzelenie” - termin znany jedynie w wojskowym lotnictwie ponaddźwiękowym. Pewna analogia do gola samobójczego wbitego przez bramkarza.

Drę się: Dostaliśmy! Palimy się! Skaczemy!
Rysiek już się katapultował, spostrzegam też, że otworzył się jego spadochron. Z przerażeniem zauważam, że mój został poszarpany odłamkami. Chwytam zatem tylko kota, przyciskam go do piersi i jakoś udaje mi się opuścić płonący samolot.
Nie jest bardzo wysoko, raptem około 6 tys. metrów. Czyli odległość do ziemi mniej więcej taka, jak z Sękowca do Dwernika.
Cała nadzieja w kocie. Kot, jak wiadomo, zawsze bezpiecznie spada na cztery łapy. Poza tym ma bardzo elastyczny kręgosłup i miękkie futro. Przyjmuję więc odpowiednią pozycję tułowia - idealnie równoległą do kociego grzbietu.
Udało się! Grzmotnęliśmy tuż nad ziemią w czaszę Ryśkowego spadochronu, co dodatkowo zamortyzowało upadek. Kot dał gdzieś drapaka. Rysiek zaczął się wyplątywać ze spadochronu. Ja straciłem przytomność.

Gdy się ocknąłem, stwierdziłem, że po pierwsze - chyba jestem zdrów i cały, a po drugie - siedzę skuty w jakimś pomieszczeniu, pod lufami strażników. Rycho obok mnie, także w kajdankach, a przed nami duży prostokątny stół, za którym siedzi dwóch smutnych panów i jedna, również niewesoła pani; wszyscy w radzieckich mundurach. Pani ma wyraźnie indiańskie rysy twarzy - później dowiedziałem się, że to wnuczka peruwiańskiego działacza Kominternu, rozstrzelanego na rozkaz Stalina w 1937 r. Coś gadają, bardzo wolno to do mnie dociera, ciągle jeszcze wydobywam się z szoku pourazowego.
Oprzytomnieć całkowicie zdążyłem dopiero w momencie wydawania wyroku przez ów sąd polowy. Za nieuzasadnioną utratę samolotu i kota - kara śmierci przez rozstrzelanie. Wykonanie wyroku - nazajutrz rano, gdy tylko uda się sformować pluton egzekucyjny spośród żołnierzy dziś jeszcze będących gdzieś w akcji.

Nie będę opisywał pamiętnych kilkunastu godzin, jakie upłynęły od wydania wyroku do postawienia nas przed plutonem egzekucyjnym. Horror i tyle.
Stoimy przed plutonem egzekucyjnym i nie wyrażamy zgody na założenie nam opasek na oczy. Odmawiamy też przyjęcia ostatniego papierosa, gdyż my przecież niepalący.
I już-już bojcy z kałachami formują szereg naprzeciwko nas, gdy nagle nad placem apelowym zawisa śmigłowiec, z którego na migi ktoś pokazuje dowódcy plutonu, że ma natychmiast wstrzymać egzekucję.

Helikopter wylądował. Wyskoczył z niego dziarski pułkownik GRU, kazał nas uwolnić, oddać broń osobistą, a na moje dodatkowe życzenie - także odnaleźć i nakarmić naszego kota. Następnie demonstracyjnie podarł wyrok sądu polowego, po czym zwołał zebranie dowództwa bazy, nakazując nadać mu bardzo uroczysty charakter.
Okazało się, że Rycha i mnie awansowano aż o trzy stopnie, a także nadano nam tytuły Bohatera Związku Radzieckiego oraz odznaczono orderami Czerwonej Gwiazdy.
Nasz samolot bowiem, zanim ostatecznie spadł na ziemię, przeleciał jeszcze kilkanaście kilometrów, cały czas płonąc. A potem łupnął w wielkie zamaskowane afgańskie centrum sztabowo-logistyczne i ukryte tam magazyny amunicji, co spowodowało olbrzymią eksplozję i w ogóle niewyobrażalne straty przeciwnika, ludzkie oraz materialne. Podobno odwaliliśmy robotę za co najmniej 10 dywizji wojsk lądowych.
Zginął tam też wtedy na miejscu brat bliźniak Osamy bin Ladena - tak, tak, dokładnie tego samego, który kilkanaście lat później, siedząc w jaskiniach Tora-Bora wcisnął na swoim laptopie klawisz enter i wyp...ł World Trade Center. A ów brat bliźniak był dużo zdolniejszy i bardziej energiczny od Osamy. Aż strach pomyśleć, jaki przebieg miałyby wydarzenia z 11 września 2001 r., gdyby to wtedy on przygotował atak na Amerykę!

A po oficjalnej uroczystości - jakże nas fetowano!!! Każdy oficer, dziennikarz czy aparatczyk chciał się z nami koniecznie napić i zrobić pamiątkowe zdjęcie. Musieliśmy więc z konieczności zastosować pewną hierarchię - brataliśmy się tylko z ludźmi od stopnia podpułkownika i członka komitetu partii wzwyż. Ten stopień wybraliśmy nieprzypadkowo - akurat Władimir Putin natenczas był podpułkownikiem i nie chcieliśmy go urazić.
Powstał również problem ze znalezieniem naszego kota, który - jak już napisałem - zaraz po upadku na ziemię gdzieś sobie szurnął. I nie można go było odnaleźć. Komandir bazy nakazał więc, tak na wszelki wypadek, szczególnie zadbać o wszystkie czarne koty przebywające na terenie i w okolicach jednostki wojskowej.

Dostąpiliśmy również, a jakże, zaszczytu przyjęcia nas przez samego Michaiła Gorbaczowa, już wtedy rządzącego ZSRR. Natomiast gen. Wojciech Jaruzelski - poinformowany o naszym bohaterskim czynie - początkowo udawał, że w ogóle nie wie, o kogo chodzi. W końcu polecił nam nadal przebywać w Związku Radzieckim, raz na miesiąc meldując się w polskiej ambasadzie. A na mój osobisty raport odpowiedział odmownie, nakazując pozostanie w ZSRR i hodowlę czarnych kotów.
Dopiero premier Mieczysław Rakowski nas stamtąd wyciągnął, dając zadanie przygotowania i organizacji pierwszych, półdemokratycznych wyborów do Sejmu i Senatu (jeszcze) PRL.
***

A to bynajmniej nie koniec tamtej epopei.
W 1990 r., przyglądając się telewizyjnym wystąpieniom kandydatów na Prezydenta RP, ze zdziwieniem i przerażeniem rozpoznałem w Stanisławie Tymińskim owego pułkownika GRU, którego interwencja parę lat wcześniej zapobiegła naszej egzekucji. A w jego „peruwiańskiej żonie” i niedoszłej polskiej pierwszej damie - babę z radzieckiego sądu polowego, który nas skazał na karę śmierci.
Natychmiast więc powiadomiłem stosowne władze, które już wtedy bez wahania zastosowały wobec Stana Tymińskiego najbardziej skuteczny oręż w demokracji, jakim jest czarny PR (pi ar). Utorowało to, jak wiadomo, Lechowi Wałęsie drogę do prezydentury. Nawet mi nie podziękował. Ani On, ani w Jego imieniu minister Mieczysław Wachowski. Mietek żłopał tylko wtedy prawie codziennie piwo z Ojcem Prowadzącym i Piskalem.
***

A teraz, jak podałem na samym wstępie, w krytycznej chwili dziejów - znów sięgnięto po nas. Uczyniono to na prośbę wywiadu ukraińskiego, który nie byłby wywiadem, gdyby nie poznał i przeanalizował naszych dokonań, powyżej tu opisanych. A także tych nieopisanych - ani tu, ani gdzie indziej (bo akta spalono).

Aha, byłbym zapomniał. Na Ukrainę zabieramy ze sobą Lucy i Sonkę. Opiekę duszpasterską zapewni Pastor, który początkowo do wyjazdu bynajmniej się nie kwapił, ale gdy dowiedział się, że jedzie z nami Lucy, to natychmiast też zgłosił swój akces. O Bernadecie nic nie wspominał, więc Jej nie zapisałem.
Nie zapisałem też Piskala, jako że to człek niewdzięczny. Nie pamięta o moich imieninach - nawet okolicznościowego sms-a mi z tej okazji ani w bieżącym, ani w ubiegłym roku nie przysłał. Pomimo że ja o Jego imieninach nie zapominałem i nie ograniczałem się tylko do składania życzeń.
Za to jedzie z nami czarny bieszczadzki kot Sabinek, born 2008 in Ustrzyki Górne.
:lol: ;) :P
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 940
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Re: Ojca Prowadzącego i Stałego Bywalca misja na Ukrainie

Postprzez ramzes » 1 kwi 2014, o 11:15

gratuluję polotu i "lekkiego pióra"... :lol:
ramzes
Wyrypiarz bieszczadzki
 
Posty: 248
Dołączył(a): 16 maja 2012, o 21:57

Re: Ojca Prowadzącego i Stałego Bywalca misja na Ukrainie

Postprzez złotka » 1 kwi 2014, o 15:59

Gratulacje. Zasługuje na kandydaturę do nagrody S. Kisielewskiego.
złotka
Stonka bieszczadzka
 
Posty: 2
Dołączył(a): 7 mar 2010, o 12:01

Re: Ojca Prowadzącego i Stałego Bywalca misja na Ukrainie

Postprzez lidkru » 2 kwi 2014, o 07:33

serial telewizyjny pt. „Czetyre tankistow i sobaka”. W zasadzie leciał na okrągło w programach ogólnozwiązkowych i republikańskich - nie było tygodnia, żeby w telewizji nie można było obejrzeć jakiegoś jego odcinka.

to jak i u nas :mrgreen:
zastanawia sie człek, czy godnym jest teraz cokolwiek napisać :roll:
...Właśnie przed chwilą zbiegłam z zakładu
Dla niepoprawnych marzycieli...
Avatar użytkownika
lidkru
Zakapior bieszczadzki
 
Posty: 3187
Dołączył(a): 15 lut 2011, o 13:36
Lokalizacja: Kujawy

Re: Ojca Prowadzącego i Stałego Bywalca misja na Ukrainie

Postprzez Stały Bywalec » 3 kwi 2014, o 04:45

Mam nadzieję, że wszyscy Szanowni Czytelnicy, którzy mój przedwczorajszy tekst, datowany 1 kwietnia 2014 r., przeczytali (przeczytają), natychmiast domyślili się (domyślą się), iż stanowi on żart primaaprilisowy, a więc prawdy w nim jest tylko tyle, co kot napłakał - czyli troszeczkę, ale nie więcej niż 1,11%.
Gdyby jednak ktoś się nie zorientował i uwierzył, albo co gorsza - poczuł się urażony, to Go (Ją) teraz najmocniej przepraszam, składając jednocześnie wyrazy szczerego politowania.
:lol:
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 940
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Re: Ojca Prowadzącego i Stałego Bywalca misja na Ukrainie

Postprzez Przelotowy » 3 kwi 2014, o 20:33

Ogólnie dałem się nabrać ale nie na tytuł serialu, który brzmi " Tri Polaka, odin Gruzin i sobaka".
Przelotowy
Niedzielny turysta bieszczadzki
 
Posty: 102
Dołączył(a): 6 lis 2012, o 22:20

Re: Ojca Prowadzącego i Stałego Bywalca misja na Ukrainie

Postprzez Stały Bywalec » 1 kwi 2015, o 06:21

Mam do Was pretensję - chodzi o Waszą niedyskrecję. We wstępie do tego tematu prosiłem, abyście nikomu nic nie mówili o planowanym (wówczas, dokładnie rok temu) wyjeździe służbowym Ojca Prowadzącego i moim na Ukrainę. Niestety, ktoś nie wytrzymał, kłapnął ozorem, może nawet niekoniecznie w złej wierze, i o całej naszej akcji dowiedział się rosyjski kontrwywiad. A tam, jak wiadomo, amatorzy nie pracują.

I niewiele brakowało, by udaremniono nasze plany. Mając jednak odpowiednie informacje o zamiarach przeciwnika (już teraz nie napiszę, jak je uzyskaliśmy! :lol: ), uznaliśmy z Rychem, że najciemniej będzie pod latarnią i przez granicę samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej z Rosją udaliśmy się do Moskwy. FSB i GRU cały czas deptało nam po piętach, ale my jednak byliśmy zawsze o jeden krok do przodu.

Ojciec Prowadzący, który był oficerem (nomen omen) prowadzącym Borysa Giermancowa, zdążył jeszcze odebrać ważny meldunek od swojego agenta, zanim tamtego zastrzelono pod murami Kremla. Uzyskana informacja okazała się tak ważna, że natychmiast, korzystając ze starego kanału przerzutowego Abwehry, uciekliśmy do Warszawy - prawie jak Almanzor, który „widząc swe roty zbite w upornej obronie, przerżnął się między szable i groty, uciekł i zmylił pogonie”. Ciekaw jestem, ile osób z tego i pomarańczowego forum odgadło autora ww. cytatu.

Ale do rzeczy. Albo i „od rzeczy”. Wszystko zależy od konwencji przyjętej przez czytającego. :lol:

Przejęty przez nas meldunek zawierał strategiczną dla naszej Ojczyzny informację. Otóż prezydent Putin, w retorsji za moją i Ojca Prowadzącego działalność na Ukrainie, postanowił potężnie namieszać na polskiej scenie politycznej. Wywiad rosyjski uaktywnił ulokowaną u nas agentkę naprawdę pierwszej klasy, przy której legendarna Mata Hari to tylko mała myszka Miki. Piękna towarzyszka kpt. dr Magdalena Korniszon otrzymała zadanie przejęcia władzy w Polsce.
Jak widać, najlepszy wywiad na świecie (oczywiście zaraz po naszym, polskim :lol: ) działa nie tylko skutecznie, ale również z sarmacką fantazją. Dużo polskiej krwi szlacheckiej odpłynęło w głąb Rosji w XIX w. po nieudanych powstaniach; potomkowie się już całkowicie zruszczyli, zachowując jednakże w genach cechy charakteru walecznych przodków. :!:
Natychmiast napisałem raport, aby piękną agentkę zaaresztować. Niestety, przełożeni odmówili - motywując to niedoskonałością polskiego systemu penitencjarnego. Osadzonej w areszcie przysługiwałaby co najmniej jedna ciepła kąpiel w tygodniu. Jej chłopcem kąpielowym zapewne byłby funkcjonariusz więziennictwa (potocznie: klawisz), który mógłby się okazać nieodporny na wdzięki kobiece. Precedens taki właśnie zaistniał w przypadku innej osadzonej, notabene imienniczki kpt. dr Magdaleny Korniszon. Chodzi o panią Magdę P., tę od afery Amber Gold, która wg ostatnich informacji medialnych zaszła w ciążę z oficerem Służby Więziennej.
A zatem odpowiedni pan minister rozpatrzył mój raport odmownie, a na ustną interwencję zareagował retorycznym pytaniem, czy chcę, aby Polska płaciła Rosji alimenty. :lol:

Jako drugi sposób zneutralizowania pięknej wywiadowczyni wybrano wariant „a la Agent Tomek”, tj. uwiedzenia jej przez podstawionego naszego oficera. Natychmiast zgłosiłem się do tej akcji, ale przełożeni słusznie uznali, że przy mojej romantycznej kochliwości to jeszcze ona zwerbowałaby mnie, a nie ja ją. Ostatecznie wybór padł więc na Ojca Prowadzącego, który właśnie parę dni temu odniósł wielki sukces, wykonał zadanie służbowe i awansował. Tak bowiem oczarował swoją męskością panią Annę Miejską, również rwącą się do władzy w Polsce, że ta aż zaniedbała zebranie odpowiedniej liczby potrzebnych podpisów.

Jak to się wszystko skończy, na razie nie wiem. Ale obiecuję, że dokładnie za rok o tym napiszę. Jeśli oczywiście nie padnę wcześniej w boju na tajnym froncie.
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 940
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45

Re: Ojca Prowadzącego i Stałego Bywalca misja na Ukrainie

Postprzez lidkru » 1 kwi 2015, o 06:37

ciii.... KW Wam tego nie daruje :mrgreen:
...Właśnie przed chwilą zbiegłam z zakładu
Dla niepoprawnych marzycieli...
Avatar użytkownika
lidkru
Zakapior bieszczadzki
 
Posty: 3187
Dołączył(a): 15 lut 2011, o 13:36
Lokalizacja: Kujawy

Re: Ojca Prowadzącego i Stałego Bywalca misja na Ukrainie

Postprzez Stały Bywalec » 2 kwi 2015, o 06:11

Wyjaśnienie

Zgodnie z tradycją uprzejmie wyjaśniam, iż mój wczorajszy wpis (post) w tym wątku tematycznym miał charakter wyłącznie primaaprilisowy, a jego treść w najmniejszej mierze nie odpowiadała rzeczywistości (no, może poza wzmianką o mojej romantycznej kochliwości, czy równie romantycznych perypetiach pani od Amber Gold :lol: ).
Tyle było w nim prawdy, co w (również wczorajszych, primaaprilisowych) informacjach w Telewizyjnym Kurierze Mazowieckim, że w Przasnyszu powstanie największe w Europie środkowej lotnisko, czy w Telewizyjnym Kurierze Warszawskim, że kierowcy i motorniczy komunikacji miejskiej otrzymują obowiązek liczenia pasażerów, w związku z czym ci mogą wsiadać tylko przednimi drzwiami, a za wejście tylnymi będą karani mandatem od 100 do 200 zł. :lol:

Tak więc wszystkie osoby wymienione z nazwiska w moim wczorajszym wpisie na tym forum są fikcyjne i w ogóle był to wpis bez żadnego tzw. klucza. Osoby wskazane z nazwiska nie występowały i nie występują w życiu publicznym, oraz nie ma żadnego podobieństwa pomiędzy ich nazwiskami a nazwiskami osób czynnych w polityce. O podobieństwie nazwisk decyduje bowiem podobieństwo ich brzmienia (np. Wilk - Wilkowski, Kowal - Kowalski), a nie przypadkowe odrzeczownikowe (np. Rusek - Moskal) czy odprzymiotnikowe (np. Warszawski - Mazowiecki) znaczenie i pochodzenie.
Także sformułowania: „przejęcie władzy w Polsce” i „rwanie się do władzy w Polsce”, użyte w moim wczorajszym wpisie, mają wyłącznie ogólny, ironiczny charakter i absolutnie nie należy ich odnosić do konkretnej, aktualnie trwającej wyborczej kampanii prezydenckiej.

Gdyby ktoś, pomimo powyższego wyjaśnienia, miał jeszcze jakieś wątpliwości, to odsyłam Go (Ją) do lektury całego tego wątku tematycznego, tj. głównie do mojego ubiegłorocznego wpisu - również primaaprilisowego. Przekona się On (Ona), iż baron Muenhausen - w porównaniu ze mną - to raczej nie grzeszył polotem i fantazją, ale za to był bardziej prawdomówny ode mnie. :lol:

Niniejsze wyjaśnienie kieruję do wszystkich osób, które przeczytały bądź dopiero przeczytają mój wczorajszy, tegoroczny wpis primaaprilisowy - zarówno do tych, co uczynili (uczynią) to prywatnie, jak i tych robiących to z obowiązku służbowego :oops: .

Amen. :lol:
Jaka jest najpiękniejsza górska miejscowość w Polsce?
Podpowiedź: 4 sylaby, w tym pierwsza: "Za".
Jeśli jednak myślisz o Zakopanem, to jesteś w błędzie.
Prawidłowa odpowiedź brzmi: Zatwarnica.

Pozdrawiam
Stały Bywalec
Stały Bywalec
Prezydent na uchodźstwie
 
Posty: 940
Dołączył(a): 30 sty 2010, o 13:45


Powrót do Offtop

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zarejestrowanych użytkowników i 0 gości


Loading

O F I C J A L N E    F O R U M    D Y S K U S Y J N E    S E R W I S Ó W:
               

Forum bieszczadzkieforum.pl używa plików typu cookies do poprawnego działania strony, w celach statystycznych, reklamowych, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz by umożliwić logowanie zarejestrowanym użytkownikom. Korzystanie z forum bieszczadzkieforum.pl, bez zmian ustawień w używanej przez Państwa przeglądarce internetowej oznacza zgodę na wykorzystywanie technologii cookies i zapisywanie ich w pamięci Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

cron