Pamiętniki, wspomnienia

Recenzje, nowości, polecane tytuły

"Listy z więzienia Mieczysława Przystasza z lat 1945-1954"

Postprzez lucyna » 18 wrz 2010, o 10:31

Przede mną leży niepozorna książeczka będąca świadectwem swego czasu. "Listy z więzienia Mieczysława Prystasza z lat 1945-1954" zredagowane przez Andrzeja Romaniaka, a wydane przez Muzeum Historyczne w Sanoku w 2000 r. są specyficzną i trudną lekturą. Tak o tym pisze sanocki historyk we "Wprowadzeniu" : "Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że jest to materiał mało interesujący tym bardziej, że wszystkie listy przechodziły przez ścisłą więzienną cenzurę, lecz po dokładnym ich przeczytaniu wyłania nam się obraz życia w komunistycznych więzieniach tamtego okresu i wielki dramat ludzi w nich zamkniętych. Widzimy całą zbrodniczość systemu w którym człowiek traktowany był jak rzecz. Najlepszym przykładem jest autor listów, wielokrotnie przewożony z więzienia do więzienia bez jakiegokolwiek powodu i psychiczne tortury jego najbliższej rodziny, która nie widziała gdzie on się w danej chwili znajduje."
Moją uwagę zwróciło jeszcze jedno. Andrzej Romaniak jest spokrewniony z Mieczysławem Przystraszem, autor listów był kimś bardzo ważnym w jego życiu. Tę książeczkę odebrałam jako swoisty hołd złożony więzom krwi i przyjaźni. Jeszcze jedna sprawa zwróciła moją uwagę. Sądzę, że ona obrazuje koszmar tamtych lat. Mieczysław Przystasz nie był wrogiem systemu, żołnierzem wyklętym, lecz człowiekiem, który chciał znaleźć sobie miejsce w owym systemie. Miał w sumie przeciętne życie, takich ludzi jak on było setki tysięcy. Był zaangażowany w działalność konspiracyjną, brał udział w Powstaniu Warszawskim, ukrywał się po jego upadku, w marcu 1945 r. zgłosił się do Ministerstwa Administracji Publicznej. Został skierowany do Olsztyna, był tam kierownikiem Wydziału Społeczno-Politycznego Urzędu Pełnomocnika Rządu, założył spółdzielnie wydawniczą "zagon". Został zaaresztowany 17 października 1945 r., oskarżono go o działalność na szkodę polskich i radzieckich sił zbrojnych, skazano go na 10 lat więzienia. Mnie zaszokowała ta łatwość wpadnięcia w koszmar, zwyczajność jakże kontrastująca z koszmarem, codzienność.

Spis treści
Wprowadzenie
Wstęp
Listy Mieczysława Przystrasza

Tytuł: "Listy z więzienia Mieczysława Przystasza z lat 1945-1954"
Redakcja: Andrzej Romaniak
Wydanie: I
Stron: 79
ISBN: 83-913281-0-4
Wydawnictwo: Muzeum Historyczne w Sanoku
Sanok 2000


"Listy Mieczysława Przystasza str. 14
"List nr 1 z dnia 12.IV. 1947 r. ze szpitala więziennego w Warszawie napisany na wąskim skrawku papieru, atramentem i skierowany do siostry poprzez prokuratora Rejonowego Sądu Wojskowego w Warszawie. List został wysłany po wielu staraniach i prośbach siostry, był bowiem taki okres, że nie wiadomo było, czy Mieczysław żyje.

Kochana Siostrzyczko!

Paczki dwie od czasu rozprawy otrzymałem, w tym jedna świąteczna - serdecznie dziękuję, - w dalszym ciągu jestem chory, lekarze więzienni radzą mi, bym poddał się leczeniu klinicznemu z uwagi na zaatakowanie przewodu pokarmowego, również nerki potrzebują długotrwałego leczenia klinicznego, tak, że dziś prezentuję obraz mizerny, bo serce również grozi mi stale śmiercią. - Nie wiem naprawdę co za przyczyna, że jeszcze mnie trzymają z tym stanem chorobowym, przecież to jest straszna krzywda, wołająca do Nieba, i nie wiem, kiedy ta zabawa ze mną się skończy. Pamiętaj o Rodzicach, jeśli mnie nie starczy, bo ja w obecnym stanie zdrowia zawsze spodziewać się mogę katastrofy, jak też proszę Cię, byś w wypadku mojej śmierci zwróciła się do mych Przyjaciół z Powstania i pochowała mnie wśród kolegów uczestników walki na Starówce - tam było moje miejsce, a Bóg chciał inaczej, chciał bym przeszedł straszną jeszcze epopeję. trudno. - [...]*
Kończę - polecam Ci dalej, - pamiętaj o mnie jak o bracie, który Cię zawsze kocha i o Tobie zawsze myśli oraz o kochanych Rodzicach - brat i syn
Mietek
Mieczysław Przystasz
Wwa 12.IV.1947.

*
Część listu ujęta w nawias kwadratowy nie została przetoczona, by nie naruszać sfery prywatności osób, o których w nim była mowa.
[...]"
Avatar użytkownika
lucyna
Zbanowany
 
Posty: 2158
Dołączył(a): 1 lut 2010, o 10:04
Lokalizacja: Góry Sanocko-Turczańskie

"Czar wspomnień Opowiadania Woja"

Postprzez lucyna » 11 lis 2010, o 08:51

lucyna napisał(a):Przede mną II poprawione i poszerzone wydanie wspomnień Wojomira Wojciechowskiego "Czar Bieszczadów Opowiadania Woja". Pierwsze wydanie wzbudziło spore emocje, opinie o książce były skrajnie różne. Jedni byli zachwyceni opowieściami, inni zaś zwracali uwagę na niedoskonałości warsztatu literackiego Autora, zaś jeszcze inni twierdzili iż są one po prostu nudne. Pierwsze wydanie tylko przeglądałam, dość szybko zniknęło z półek w księgarniach więc nie jestem w stanie porównać go z drugim. Mogę co najwyżej wypowiedzieć się o szacie graficznej książki. To II jest o wiele atrakcyjniejsze, twarda oprawa, dobry papier, z przyjemnością bierze się ją do ręki.
Książkę mam od kilku godzin. Najpierw ją przeglądałam rozdział po rozdziale, teraz jestem w trakcie czytania pierwszych opowieści. Wstępne wrażenia - bardzo ale to bardzo pozytywne. Te wspomnienia są bardzo interesujące, książka powoli wciąga mnie.
Ciąg dalszy nastąpi, mam nadzieję, że uda mi się jeszcze dziś ją przeczytać.


Taki post umieściłam Tu w kilka godzin po przejrzeniu owej książki. Od tego czasu niewiele zmieniło się. Wspomnienia byłego dyr. Bieszczadzkiego Parku Narodowego przeczytałam dwukrotnie. Zrobiły na mnie bardzo duże wrażenie, dawno nie spotkałam się z tak wartościową książką. Polecam ją wszystkim miłośnikom Bieszczadów, osobom zainteresowanym naszą przyrodą, przewodnicy koniecznie powinni ją przeczytać. Dla naszej braci przewodnickiej to kawał lekcji historii. Powojenne losy regionu przedstawione są w sposób barwny. Woj Wojciechowski był wśród osób kształtujących nasze bieszczadzkie dzieje więc mamy możliwość poznać wiele niezwykle ciekawych szczegółów i szczególików, poznać klimat ówczesnych lat.
Kim jest Wojomir Woj Wojciechowski? Dla mnie Bieszczadnikiem, człowiekiem, który bardzo dobrze zapisał się w dziejach naszego regionu. Od 1958 r., kiedy tu przybył jako młody adept leśnictwa zajmował się gospodarką leśną, organizował od postaw pracę nadleśnictwa Lutowiska, aktywnie zajmował się także ochroną przyrody. Od 1991 r. do 2003 r. był dyrektorem Bieszczadzkiego Parku Narodowego, to w tym czasie nasz park wszedł " na europejskie salony", został uznany za jeden z najcenniejszych obszarów przyrodniczych w Europie. Był współtwórcą Międzynarodowego Rezerwatu Biosfery "Karpaty Wschodnie", to w czasie Jego dyrektorowania park wszedł w struktury PAN-parksu. To za Jego rządów powstała Zachowawcza Hodowla Konia Huculskiego, została częściowo zrenaturalizowana Dolina Górnego Sanu, powstał Ośrodek Informacyjno-Edukacyjny BdPN w Lutowiskach, a muzeum przyrodnicze w Ustrzykach dolnych zostało przekształcone w Ośrodek Naukowo-Dydaktyczny. Woj Wojciechowski to także kawał historii naszego bieszczadzkiego GOPR i PTTK w Ustrzykach Dol. Niestety, to także myśliwy, który polował m.in na wilki.
Jego wspomnienia to także ciekawe wykładziki o bieszczadzkiej przyrodzie. Jednym słowem to kawał dobrej książki po którą warto sięgnąć.

Wspomnienia zostały wydane przez rzeszowskie wydawnictwo Carpathię.
Moim zdaniem warto sięgać po ich książki, także te wydawane w ramach projektów. Wydawnictwo prowadzone przez Krzysztofa Staszewskiego jest związane z Pro Carpathią. Mam zaszczyt brać udział w prowadzonych przez nich szkoleniach. Jest dobrym zwyczajem Szefa wydawnictwa obdarowywać nas przewodników ciekawymi publikacjami. Dzięki temu mamy ułatwiony dostęp do wiedzy. Także tą drogą chciałabym podziękować za podarunki i za szkolenia.
Dodatkowym walorem "Czarów Bieszczadów Opowiadań Woja" są archiwalne zdjęcia.

Tytuł: "Czar wspomnień Opowiadania Woja"
Autor: Wojomir Wojciechowski
Wydanie II poprawione, poszerzone
Stron: 268
ISBN: 978-83-62076-04-8
Wydawnictwo: Carpathia
Rzeszów 2010
http://www.carpathia.net.pl
http://www.procarpathia.pl

Spis treści
Od autora słów kilka
Rzecz nie o Bieszczadach
A jednak Bieszczady
Osadnicy
Zwierzyna, koliby i ludzie
Zima
Opowiadania traperskie
Konie i ludzie
Zalew i żagle
Wielkie budowy
Atrakcje filmowe
Sprawy społeczne i trochę polityki
Leśnicy i turyści
Nowe w Wysokich Bieszczadach
Finał
Avatar użytkownika
lucyna
Zbanowany
 
Posty: 2158
Dołączył(a): 1 lut 2010, o 10:04
Lokalizacja: Góry Sanocko-Turczańskie

"Czar Bieszczadów Opowiadania Woja"

Postprzez lucyna » 12 lis 2010, o 14:03

"Czar Bieszczadów Opowiadania Woja" rozdział "Wielkie budowy" str. 181-182

"[...] Następne zmiany nastąpiły dopiero w latach 90. Nadleśnictwo w Lutowiskach przekazało niektóre tereny łącznie z np. Brzegami Górnymi i Małą Rawką do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Jaki był stosunek pułkownika do terenów chronionych i do innych celów gospodarki oprócz łowieckiej, którą on zarządzał, opowiadał pierwszy dyrektor Bieszczadzkiego parku Narodowego Zbigniew Tym. Został zaproszony na rozmowę do pułkownika i bardzo grzecznie został przyjęty, a cele jasno sprecyzowane.
- My, właściwie, nie mamy nic przeciw sobie! Ja będę zarządzał, proszę pana, fauną, a pan niech sobie rządzi florą - powiedział pułkownik. Czyli, ze do łowiectwa wtrącać się nie można było.
W tym czasie jeździliśmy do Przemyśla i po drodze widzieliśmy budowane długie ogrodzenia i płoty. Ogrodzono łowisko arłamowskie od reszty łowiska, które należało do mojego Koła Łowieckiego "Ryś", które tam gospodarzyło. Płoty były dębowe z siatka i z przegonami dla zwierzyny leśnej. Zwierzęta z zewnątrz mogły wejść do środka, natomiast nie mogły wyjść na zewnątrz. Od Trzciańca zaczynało się wielkie królestwo arłamowskie, o którym tylko legendy do nas dochodziły.
Zaczęto również przebudowywać Wołosate. Nasze tereny w Bieszczadach nie były nigdy grodzone i w zasadzie linia graniczna była dowolna. Zwierzyna zimą przemieszczała się zwykle z wysoko położonych lasów i połonin w dolinę Górnego Sanu. To chyba bardzo bolało pułkownika. Kilkakrotnie, jeżdżąc służbowo samochodem po Otrycie, spotkałem go, jak z dużą ciekawością oglądał ten Otryt. Na pewno to był łakomy kąsek, którego jednak nie zdążył już połknąć. Obawialiśmy się, ze sieć dróg na Otrycie, która w tym czasie już powstała i była dalej rozbudowywana, oraz znaczne zasoby łowiska obok były łakomym kąskiem dla firmy, którą dowodził pułkownik.
Otryt jest szczególnym miejscem dla zwierzyny, zwłaszcza dla jeleni, które tutaj miały swoją ostoję. Zwłaszcza w okresie zimowym następowały tutaj koncentracja zwierzyny. Wtedy doskonale można było oglądać chmary jeleni, które liczyły od 100 do 300 sztuk. Można było je napotkać, jadąc drogami leśnymi. Natomiast na tym terenie, który oddaliśmy, czyli od drogi Dwernik-Nasiczne-Berehy na wschód, gospodarka łowiecka była prowadzona bardzo intensywnie.
Przede wszystkim dokarmiano zwierzynę o każdej porze roku. Nieraz, jadąc drogą, widziałem, jak strażnik łowiecki o nazwisku Słodyczka, który mieszkał w budynku dawnego Nadleśnictwa Dwernik, wiózł wozem konnym buraki, marchew, kapustę, a jelenie dosłownie czekały na niego. Przyjeżdżał, jelenie rozstępowały się i kroczyły za furmanką. Nie kroczyło pięć tylko 50, 100, 150 zwierząt. Było dosłownie czarno w tym lesie, wszystkie ciągnęły, bo tam na skraju wsi były dokarmiane. Przy wyjeździe na Caryńskie od strony Dwernika zwierzyna była dokarmiana dziesiątkami ton karmy. Chodziło o to, aby ściągnąć tę zwierzynę właśnie z Otrytu czy z innych partii, które nie były dostępne dla ministralnego łowiska administrowanego przez pułkownika.[...]"
Avatar użytkownika
lucyna
Zbanowany
 
Posty: 2158
Dołączył(a): 1 lut 2010, o 10:04
Lokalizacja: Góry Sanocko-Turczańskie

"Na dnie jeziora" Józef Pawłusiewicz

Postprzez lucyna » 24 lis 2010, o 06:46

post Wczoraj, 06:02 Report Post Quote Post

"Na dnie jeziora" Józef Pawłusiewicz
Wydanie II poprawione, Ruthenus


Pułkownika znam tylko z opowieści ludzi, którzy go bardzo dobrze znali i darzyli wyjątkowym szacunkiem. Godzinami mogę słuchać pani Stefanii Koncewiczowej z Rajskiego. Poznałam go także dzięki tym wyjątkowym wspomnieniom. Po raz pierwszy sięgnęłam do nich na kursie przewodnickim namówiona przez Kumpla. Dał mi książkę mówiąc: chcesz poznać historię Bieszczadów przeczytaj. Lektura wciągnęła mnie w swój barwny świat. Czytałam jednym tchem opowieść o Bieszczadach, których już nie ma. Z kart książki wyłaniał się bajkowy wręcz świat, mozaika wielokulturowa, wielowyznaniowa, wielonarodościowa. Te wspomnienia to saga zaludniona soczystymi postaciami, bohaterami jakże barwnymi i trochę odrealnionymi. Tu świat jest czarno-biały, dobro jest dobrem, a zło złem, rzadko kontury zacierają się. Integralną częścią tej opowieści jest fascynująca bieszczadzka przyroda. Pułkownik znał ją jak mało kto. Był z zamiłowania myśliwym, poznał Bieszczady od każdej strony, w okolicy każda ścieżyna i w wąwóz były mu znane. Wspomnienia dosłownie ociekają miłością do tej małej ojczyzny. Pisane są jednak przez mężczyznę więc nie ma cukierkowości, egzaltacji. Tym bardziej, że autor żył w czasach trudnych. Był oficerem, partyzantem, dowódcą oddziału samoobrony, tym, który strzegł bezpieczeństwa swojej rodziny, miejscowości, Bieszczadów. Właśnie ta część poświęcona latom okupacji, a potem częściowo konfliktowi polsko-ukraińskiemu (wspomnienia kończą się w 1945 r) winne stać się lekturą obowiązkową wszystkich ludzi usiłujących zrozumieć co zdarzyło się na kresach w owym okresie.

We wrześniu ukazało się II poprawione, na nowo zredagowane z oryginalnego maszynopisu wydanie wspomnień. Zostało ono wzbogacone o mniej więcej 15 % tekstu usuniętego najprawdopodobniej w I wydaniu przez cenzurę. Prace na nowym wydaniem ciągnęły się aż trzy lata. Dzięki starannej redakcji, ładnej szacie graficznej, wzbogaceniu pamiętnika o 39 archiwalnych zdjęć, o szkic szlaku bojowego oddziału Samoobrony porucznika Pawłusiewicza, o fragment mapy WIG z 1938 r okolic Soliny, gdzie rozgrywa się "akcja wspomnień" książka ma szansę aby być ozdobą niejednego księgozbioru.
Tytuł: "Na dnie jeziora"
Autor: Józef Pawłusiewicz
Wydanie II poprawione
Stron: 589
ISBN: 978-83-7530-022-2
Wydawnictwo: Ruthenus
Krosno 2009

Prywatnie czuję się związana z tą książką Bliskich mojej bliskiej Koleżanki. Rodzina Kuncewiczów jest jednym ze zbiorowych bohaterów tego pamiętnika. Promocja wspomnień odbyła się w Rajskiem u pensjonacie Koncewiczów Rajski Gościniec. Niestety, tak porobiło się, że nie byłam na owej imprezie. Nie mogę tego odżałować. Gdybyście chcieli poznać bliżej Pułkownika to można poprosić panią Stefanię Koncewicz aby opowiedziała o tym co wydarzyło się w tej okolicy po 1945 r. Niestety, Pułkownik nie kontynuował swoich wspomnień. Szkoda, warto wiedzieć chociażby to, że w Rajskiem została stworzona rasa psa gończego polskiego. Są to przewspaniałe, charakterne psy, prawdziwi przyjaciele człowieka.

"Na dnie jeziora" Ruthenus str. 150--152
"Ludność stawiła opór
Panowało ogólne niezadowolenie z powodu biedy i narastającego wyzysku, a Ukraińcy byli dodatkowo rozdrażnieni wspomnianymi posunięciami władz. W tej atmosferze władze powiatowe 21 czerwca 1932 r. postanowiły wprowadzić w Brzegach Dolnych bezpłatną pracę przy budowie dróg, zwaną szumnie "świętem pracy". Ludność stawiły opór. 23 czerwca w groźnej manifestacji wzięło udział około trzystu chłopów. Nastąpiły aresztowania co zmobilizowało mieszkańców okolicznych wsi powiatu leskiego, którzy przybyli do Brzegów, żądając uwolnienia aresztowanych i zniesienia przymusowej, bezpłatnej pracy.
W asyście ściągniętych z okolicy oddziałów policji starosta przyrzekł chłopom spełnić ich żądania lecz nie tylko przyrzeczenia nie dotrzymał, ale zarządził roboty na drogach we wsiach Łobozew, Teleśnica Sanna i Oszwarowa, gdzie jednak grunt do oporu był przygotowany. Działali tu Józef Paprocki, syn Wojciecha z Zadziału, Piotr Madej, Stanisław Lenkiewicz, Władysław Nowicki, Mikołaj Małecki, Stanisław Drozd, Antoni Pacławski i Iwan Bunio, zwolennicy i organizatorzy czynnej walki. Gdy władze nie zwolniły aresztowanych, których liczba wzrosła do kilkudziesięciu osób, tłum zaczął wygrażać policji i wezwano wojsko z Przemyśla.
W Łobozewie zebrało się około dwóch tysięcy uzbrojonych chłopów, a w Teleśnicy ponad tysiąc pięćset. Przybyłe wojsko i policja skoncentrowały się w Ustianowej. Napięcie wzrastało z godziny na godzinę, toteż w rejonie Teleśnicy Sannej i Oszwarowej doszło do starcia. Padli pierwsi zabici i ranni,a w okolicy nastąpiły nowe aresztowania. Nie zapobiegło to rozszerzeniu powstania, władze ściągnęły więc nowe posiłki wojskowe, a nawet samoloty ze Lwowa. Równocześnie chłopom z Teleśnicy i Łobozewa przybyła z pomocą ludność dziewiętnastu wsi powiatu leskiego.między innymi z Kalnicy, Strubowisk, Smereka, Tworylnego i Zawoju. Manifestanci, uzbrojeni w siekiery, widły, drągi, a niekiedy w kłusowniczą broń - obcięte karabiny wojskowe przechowywane od wojny - ruszyli ku północy. Powstanie przybrało tak na sile, że do Łobozewa posłano dwie kompanie 2. Pułku Strzelców Podhalańskich z Sanoka oraz pluton łączności z oddziałem policji z Mostów Wielkich, a do Baligrodu i szosą do Cisnej oddziały policjo konnej.
Powstańcy podzieleni na grupy stoczyli z wojskiem o policją cztery regularne bitwy pod Łobozewem, Teleśnicą Oszwarową, Bóbrką oraz Ustianową.
"W Bóbrce grupą powstańców dowodził Józef Paprocki, który skrzywdzony przez tamtejszego dziedzica Jakubowskiego, rozprawił się z nim ostro, wymierzając mu taką karę chłosty, że po kilku dniach dziedzic zmarł w szpitalu.
Pod naporem przeważających sił wojskowych i policyjnych, pod ogniem karabinów maszynowych słabo uzbrojeni chłopi zaczęli się wycofywać w góry. Doszło do zaciętych starć na lesistych szczytach gór nad Sanem. Grupy powstańcze, rozproszone w jednym miejscu , zbierały się gdzie indziej i napadały znienacka. Pod przeważającym naporem powstanie musiało jednak upaść.
Czwartego lipca pacyfikujące oddziały znalazły się na linii wzgórz Wola Michowa-Kołonice-Dołżyca-Kalnica-Zatwarnica-Dwernik, wysyłając na południe silne patrole w celu spacyfikowania Wetliny, Berehów Górnych, Ustrzyk Górnych i Wołosatego. W pięknie położonej miejscowości Nasiczne zebrali się przywódcy wycofujących się grup chłopskich o zadecydowali o zaprzestaniu dalszych walk, które nie miały szans powodzenia. Powstańców rozpuścili do domów, a sami pod osłoną nocy rozeszli się do w upatrzonym kierunku.
W czasie represji, które objęły prawie wszystkie wsie powiatu leskiego, aresztowano kilkaset osób. Zginęło kilka osób, było też wielu rannych. W powstaniu uczestniczyło kilka tysięcy ludzi, trwało ono od 21 czerwca do 9 lipca. Już te dane świadczą o jego sile, rozmiarach i determinacji chłopów polskich i ukraińskich, wśród których była tradycja walki z krzywdą, rozbudowana tęsknota za swobodą, tak bliska sercom ludzi zamieszkujących góry'
* Autor tzw. "powstanie leskie" znał tylko z opowiadań, gdyż w tym czasie przebywał poza Bieszczadami (przyp.red.) "

Ruthenus str. 150
"Na rękę ukraińskim działaczom nacjonalistycznym szła wyjątkowo nieudolna polityka ówczesnych władz polskich. Poczęto siać ferment chociażby taką działalnością, jak chęć restytuowania szlachty zagrodowej na terenie Bieszczadów. w działalności tej z ramienia władz przodował ksiądz Miodyński. Chłop polski, żyjący do tej pory w najlepszej zgodzie z ukraińskim, począł się nad nim wywyższać, nazywając go "chamem", jako że wmówiono mu pochodzenie szlacheckie. Wśród młodzieży na zabawach i weselach dochodziło na tym tle do waśni i bójek."

Pozwolę sobie dorzucić "recenzję" Magdy, prowadzimy razem kącik czytelniczy na forum górskim.


Dziś zaczyna się listopad, więc co by nie było, ulubiony przez Pawłusiewicza miesiąc, bowiem każdej jesieni starał się spędzać urlop wypoczynkowy na wyprawach łowieckich w okolicach rodzinnego Łęgu.
Podsumowując nieco Lucynę - książka jest ujmująca; swoim ciepłem, stylem oraz pewną specyficzną wrażliwością sprawia, że chciałoby się ten listopad spędzić nad Soliną ze strzelbą na ramieniu, breneką w kieszeni i wyżłem albo gończym u uda. Pawłusiewicz posiada cudowną umiejętność opisu, która jest swoista dla każdego z okresów jego życia. Dzieciństwo opisane jest oczyma dziecka - jakże często przecież "zapomina wół jak cielęciem był"; młodość oczyma młodzieńca, który nad trudy szkolne we lwowskiej ławie z chęcią przełożyłby polowania i potańcówki; dorosłość oczyma ojca, żołnierza, patrioty...
Są takie książki, których żal kończyć, bo dotarcie na ostatnią stronę wiąże się z porzuceniem tego świata i jakimś smutkiem przeogromnym za tym co odeszło bezpowrotnie, za ludźmi, miejscami, efemeryczną atmosferą tamtych dni - tak ciepłych, mimo że często tragicznych. Ta książka niewątpliwie do nich należy. Bardzo lubię wspomnienia albo literaturę faktu; jakoś z biegiem lat spadło mi umiłowanie do beletrystyki.
"Na dnie jeziora" wywołuje tęsknotę i pewien rodzaj smutku zarówno na bezpośrednim poziomie - za tym i tymi, którzy spoczywają do dziś pod ogromnym słupem wody Jeziora Solińskiego, jak i na poziomie osobistych odczuć każdego z nas - nostalgią za dzieciństwem, tymi którzy odeszli, wszystkim, co żyje jeszcze w naszych wspomnieniach i niestety stale ulega procesowi zacierania.
Serdecznie polecam tę książeczkę; problemem jest jedynie przemożna chęć, czy nawet wewnętrzny przymus jesiennego wyjazdu w okolice Werlasu, Zawozu czy Polańczyka, któremu ja osobiście oprzeć się nie mogę i tak naprawdę wcale nie chcę. W każdym razie, ostrzegałam Was.
Avatar użytkownika
lucyna
Zbanowany
 
Posty: 2158
Dołączył(a): 1 lut 2010, o 10:04
Lokalizacja: Góry Sanocko-Turczańskie

"Opowieści leskie Z pamięci i fotografii"

Postprzez lucyna » 6 sty 2011, o 14:59

Są książki do czytania których trzeba dorosnąć. Gdy po raz pierwszy wpadają nam do ręki odwracamy się od nich, wydają się nam nieinteresujące. Tak było ze zbiorem wspomnień Bolesława Baranieckiego "Opowieści leskie z pamięci i z fotografii" wydaną przez Bosz dwa lata temu. O książce z zachwytem opowiadał mi Marcin, Kolega przewodnik z forum bieszczadzkiego info. Nie uwierzyłam Mu, znałam twórczość pana Baranieckiego z rocznika "Bieszczad", z lokalnej prasy, nie byłam jej miłośniczką. Będąc w leskiej księgarni Bosza spojrzałam na ową książkę, spodobała mi się szata graficzna ale serce na jej widok nie zadrżało więc nie kupiłam jej. Kilka dni temu szukałam jakiejś lektury, natrafiłam na te wspomnienia, z nudów zaczęłam czytać i ... zafascynowana przeniosłam się do przeszłości.

Aby Wam przybliżyć "Opowieści leskie..." zacytuję wstęp , który jakże trafie oddaje jej koloryt.

"Szanowni Czytelnicy,
Oddajemy w Wasze ręce książkę niezwykłą. Jej kolejne strony wymyślało i pisało samo życie, cierpliwie układając zapisane karty w pamięci autora.
Te wspomnienia, przywołane dzisiaj, stanowią nie tylko pamiętnik czyjejś młodości, ale pokazują czasy, których my już nie znamy, a ich bohaterowie odchodzą tak szybko...
Młodość...magiczne słowo, które w każdym z nas przywołuje nostalgiczne obrazy z najpiękniejszych lat życia. Czasami głodnych, biednych i trudnych, ale zawsze najpiękniejszych.
Czas...bywa, że igra z pamięcią: tu coś zamaże, tam dorysuje albo fantazję zamieni we wspomnienia.
Szanowny Czytelniku, uszanuj Autora tej książki, który dołożył wszelkich starań, by swoje młode lata spisać możliwie wiernie "z pamięci i fotografii"...
Na pamiątkę tamtych dni i w hołdzie tym, którzy je wraz z nim przeżywali.
Ewa Bal-Baranowska
Lesko, 2007 r"

Książka jest bogato ilustrowana fotografiami, zdjęcie jest integralną częścią każdego wspomnienia.

Spis treści
1. Tło tamtych czasów
2. Opowieści o Sokole
3. O, witaj szkoło!
4. Przed wojną
5. Dawne targi w Bieszczadach
6. W gimnazjalnym mundurku
7. Mimo strachu i zagrożeń
8. Na wysiedleniu w Berehach
9. Nauka w czasach wojny
10. Tuż po wojnie
11. Przez lata
12. Ciągle wspominam Lesko

Indeks

Warto zapoznać się z twórczością pana Baranieckiego publikowaną na łamach "Echa Bieszczadów"

Tytuł: "Opowieści leskie Z pamięci i fotografii"
Autor: Bolesław Baraniecki
Wydanie: I
Stron: 415
ISBN: 978-83-7576-007-1
Wydawnictwo: Bosz
Olszanica 2008


"Różnice" str. 64-65
"W szkole oficjalnie nie było różnic na tle narodowościowym czy religijnym. A nawet powiedziałbym, że Żydzi byli delikatniej traktowani. Wśród nas był niedawno przybyły Łajbuś Wielopolski - wysoki, rudawy, pejsaty, o roześmianych oczach. Krechowicz mówił: "Łajbuś, a ty jak się nazywasz?" "Wielopolski." "A skad tyś przybył?" "Z Małopolski". "A ty Romek jak się nazywasz?" "Spolski." "A skąd tyś przybył?" "Z Polski." "No to znaczy, że Wielopolski i Spolski są z Polski." "A ty Flrischer może byś coś zaśpiewał? Może "Leć głosie po rosie? "I Fleischer wstawał i dyszkantem, z gardłową intonacją śpiewał "Leć ghłosie po rosie."
Na lekcjach religii każda grupa szła do swego katechety: my do ks. Franciszka Wrony, a Rusini do ks. Juliana Szupłata. Żydów uczyła Sala Steinmatz. Jednak żydowscy chłopcy ze starszych klas , którzy od lat chodzili do chederów, nic sobie z tych lekcji nie robili, bo już byli - prawdę powiedziawszy - mądrzejsi od swej nauczycielki.
W niedzielę gromadziliśmy się na podwórku. Potem w budynku szkolnym była krótka egzorta katechetów i razem z nimi parami ruszaliśmy do świątyń: jedni do cerkwi, drudzy do kościoła. Zawsze była przy tym jakaś nauczycielka.
Szkoła nie udzielała biedniejszym uczniom żadnej pomocy materialnej, chociaż różnice pod tym względem były bardzo duże. Nie znaliśmy tzw. dożywiania, chociaż pamiętam, ze w którymś roku szkolnym przez parę miesięcy podczas dużej przerwy za niewielką opłatą można było wypić kubek gorącego mleka i zjeść bułkę. Doraźnie podobną akcję prowadzono u woźnej szkoły żeńskiej Charzyńskiej, w domu sąsiadującym ze szkołą.
Dzieci z biedniejszych rodzin ze wsi uczyły się w bardzo trudnych warunkach. z Jankowiec, niby blisko, a jednak kilka kilometrów, niektórzy przychodzili na bosaka. A że drogi były błotniste, kiedy dobrnęli do szkoły, byli mocno ochlapani żółtą gliną. Dyrektor kazał woźnemu Kabajowi wystawiać przed wejściem dużą miskę z wodą, gdzie mogli sobie umyć nogi. [...]"
Avatar użytkownika
lucyna
Zbanowany
 
Posty: 2158
Dołączył(a): 1 lut 2010, o 10:04
Lokalizacja: Góry Sanocko-Turczańskie

"Myczkowce nad Sanem w Bieszczadach"

Postprzez lucyna » 13 lut 2011, o 08:24

Pozostańmy, proszę, nadal w kręgu ciekawych publikacji nieznanych szerszemu gronu odbiorców. Ukazało się ich dość dużo, ale niestety informacje o ich wydaniu nie trafiają do zainteresowanych. A szkoda, bo wśród tych książek są i takie, które, moim zdaniem, winne być lekturą obowiązkową wszystkich Bieszczadolubów. Do takich publikacji należy bezsprzecznie skromnie wydana "Myczkowce nad Sanem w Bieszczadach". Nie znalazłam o niej wzmianki w internecie, książkę można tylko nabyć w Ośrodku Caritas w Myczkowcach -w innych punktach handlujących wydawnictwami i w księgarniach jej nie widziałam .
Ta publikacja jest pokłosiem realizacji projektu "Wiem wszystko o swojej miejscowości". Celem projektu było" nowe historyczne spojrzenie i uzupełnienie najnowszych dziejów w oparciu o relacje żyjących dziś najstarszych mieszkańców wsi. Przeprowadzone wywiady, spisane i nagrane są cennym materiałem źródłowym". Bardzo ładnie o tym projekcie powiedziała pani Helena Kucharz: "Historia składa się z ludzkiej biografii i dokąd żyją jeszcze świadkowie tych zdarzeń, dotąd ta historia jest żywa, bo żyje w naszej pamięci, a później będzie tylko historią zapisana w książce, którą przekazuje się z pokolenia na pokolenie. Tak mija rok za rokiem, wiek za wiekiem, przychodzą na świat następne pokolenia, dla których zwyczaje i przeżycia tamtych lat wydają się czasem dziwne, może śmieszne, a czasem wprost nieprawdopodobne, którą będą czytać z powątpiewaniem i zdziwieniem , czy tak naprawdę mogli żyć ludzie?" Właśnie te zarejestrowane wspomnienia są najciekawszą częścią tej publikacji. " "Myczkowce nad Sanem w Bieszczadach" trudno zakwalifikować jako książkę. Na pewno nie są monografią, a nie nawet zarysem monograficznym. To raczej bardzo źle zredagowana książka będąca czymś w rodzaju misz maszu, gdzie Autorzy umieścili wszystko co wiedzą o Myczkowcach. Ku memu zdziwieniu ten mieszaniec jest miejscami bardzo ciekawy. Część wspomnieniową książki czytałam jednym tchem, są jednak i takie rozdziały, które odpuściłam sobie. Szczególnie te zawierające próby ludowej twórczości poetyckiej.
Plusy publikacji: wspomnienia mieszkańców, zdjęcia archiwalne, część fotografii - to są chyba zdjęcia ks. Bogdana Janika - z wkładki, niska cena. O jej szacie graficznej nie będę opowiadać, bo nie ma o czym.

Spis treści

Wstęp

Wieś i jej dzieje w okresie staropolskim (1376-1772)

Czasy zaborów i narodowej niewoli (1772-1918)

Lata międzywojenne (1918-1939)
* Myczkowiecka społeczność w latach międzywojennych
- Polacy i Rusini
- Żydzi
- Cyganie
- Wygląd wsi i jej zabudowa
- Dwór
- Dawna szkoła
- Życie codzienne mieszkańców
- Zamieszkanie
- Pożywienie
- Ubiór
- Dzień powszedni
- Niedziela
* Uroczystości i obrzędy we wsi w okresie międzywojennym
- Wielkanoc
- Wigilia i Boże Narodzenie
- Trzech Króli
- Jordan
- Wesele
- Dożynki
* Zwyczaje
- Anioł Pański
- Zabobony i przesądy
- Społeczeństwo i organizacje wiejskie w latach międzywojennych
- Popularne piosenki śpiewane w Myczkowcach w latach 1918-1939
- Stosunki z sąsiadami

Okres okupacji sowieckiej i niemieckiej (1939-1944)

W Polsce ludowej (1944-1989)
- Terror sotni UPA w latach 1944-1947
- Czasy stalinowskie (1947-1956)
- Za rządów Władysława Gomułki i Edwarda Gierka (1956-1980)
- Zapora wodna w Myczkowcach
- Okres "Solidarności" (1980-1989)
- W wolnej Polsce (1990-2009)

Oświata w Myczkowcach po II wojnie światowej
- Szkoła Podstawowa
- Przedszkole
- Parafia Rzymsko-Katolicka
- Myczkowce wsią letniskową i turystyczną
- Zwyczaje i obrzędy w dzisiejszych Myczkowcach
- Pieśni śpiewane przez społeczność Myczkowiec
- Wyroby artystyczne i rękodzieło mieszkańców wsi

Zakończenie

Literatura

Aneks
1. Legenda według przekazu Oskara Kolberga "O szczęśliwym pastuchu"
2. Relacje Oskara Kolberga o Myczkowcach z 1885 r.
3. Nazwiska mieszkańców Myczkowiec z XIX-wiecznych księgach metrykalnych
4. Amelia Bentkowska (Sanok) - wspomnienie o moim ŚP Ojcu Antonim Barze

Tytuł: "Myczkowce nad Sanem w Bieszczadach"
Tekst: Ks. Bogdan Janik, Stanisław Orłowski
Wydanie: I
Stron: 220
ISBN: 978-83-61312-73-4
Wydawnictwo: BONUS LIBER Sp. z o.o.
Rzeszów 2009

"Dwór" str. 33-35 naprawdę z tymi wspomnieniami należy się zapoznać, byłam zaszokowana czytając ten rozdzialik.
"Dawny dwór należał do rodziny Tekli i Franciszka Bocheńskich. Stał naprzeciw dzisiejszego kiosku Ruchu, a powyżej, na zboczu nad Sanem w miejscu dzisiejszego hotelu Energetyk był sad owocowy z zasadzonymi drzewami i pięknymi ogrodami. Do majątku dworskiego należały najżyźniejsze ziemie nad Sanem. Do ich uprawy najmowano miejscowych chłopów płacąc 80 groszy za dniówkę (za co można było kupić jeden chleb). Na żniwa i wykopki sprowadzano też Bojków, którzy byli tańszymi pracownikami i mieszkali w czworakach k. spichlerza.
Przy dworze był folwark ze stajniami, w których trzymano 60 krów, 12 par koni, dużo owiec i służbę. W miejscu dzisiejszej restauracji (dawnej Myczkowianki) stały stajnie , obok stary spichlerz dworski z kamienia, w którym przechowywano zboże, a naprzeciw niego gorzelnia i likiernia. Spichlerz niestety nie dotrwał do naszych czasów, bowiem został rozebrany częściowo w celu pozyskania kamienia na mur otaczający dzisiejszy kościół. W zaroślach pozostały jedynie fragmenty jego solidnych ongiś murów. Nad Sanem k. Muchów stała duża stodoła dworska na siano, a druga wzdłuż drogi na słomę.
Państwo Bocheńscy mieli córkę, której dzieci Krzysiu i Lusia wychowywały się w dworze, miały niańkę i spędzały w Myczkowcach wiele dni.
Praca we dworze była bardzo ciężka i mało płatna. Najstarsi mieszkańcy wsi zgodnie mówili, ze "za dniówkę pracy można było otrzymać 80 groszy, tj. wartość bochenka chleba. Wszelkie prace w polu wykonywano ręcznie, np. mężczyźni kosili kosami, a kobiety żęły zboże sierpami "na szesnasty snop": 15 snopów panu, szesnasty dla kosiarza. Takie same reguły stosowano przy zbiorze siana i kopaniu ziemniaków. Za cały dzień młocki przy maszynie zarabiano na bochenek chleba. Tak ciężko ludzie pracowali u pana jeszcze przed wojną i prosili Boga, żeby chociaż wziął ich do pracy, by mogli coś zarobić."
Mieszkańcy nie mogli korzystać z mienia dworskiego: "Był przypadek - wspomina Pani Helena Kucharz, ze dworski gajowy spotkał w pańskim lesie chłopa, który naskubał trawy i niósł w płachcie do domu dla krowy. Gajowy chciał mu odebrać tę płachtę i zanieść do dworu jako dowód rzeczowy. Chłop nie chciał jej oddać. Wtedy gajowy zdjął z ramienia strzelbę i zastrzelił człowieka. I uszło mu to bezkarnie."
Mieszkańcy Myczkowiec do dziś z bólem mówią o nakładanych na nich karach z byle powodu w przypadkach naruszenia terenu własności dworu. Oto kilka przykładów: "Gajowy dworski był bardzo rygorystyczny i nieustanie pilnował lasu.Nie daj Boże, żeby ktoś wszedł do lasu pańskiego i wziął jakąś tam gałąź. Za to groziła ogromna kara, a jak nie mógł jej zapłacić, szedł do więzienia lub odrabiał w dworze. Pewnego razu moja krowa spłoszyła się i uciekła do lasu, a ja szybko za nią. Nie zdążyła nic zjeść, bo w lesie nic nie było prócz ściółki. Gajowy o tym fakcie zawiadomił dziedzica, a ten przysłał pismo, żeby 3 dni odrabiać. I koniec - nie było apelacji, bo trafiało się do więzienia. Pan napisał i już, karę wyznaczył i trzeba było iść ją odrobić. Nie przyjmował żadnych wyjaśnień, że krowa nic nie zrobiła, bowiem las był goły. Skoro nie umiem upilnowac, to trzeba odpracować karę. [..]"
Avatar użytkownika
lucyna
Zbanowany
 
Posty: 2158
Dołączył(a): 1 lut 2010, o 10:04
Lokalizacja: Góry Sanocko-Turczańskie

A. Tarnowski: Ostatni mazur

Postprzez kumak_gorski » 23 lut 2011, o 14:40

Tytułem wstępu przytoczę motto, jakim Autor opatrzył swoją opowieść:
„Opisuję świat, który dla mnie nie umarł. Żyłem wśród tych ludzi. Mam wrażenie, jakbym ich widział wczoraj. Pisanie jest formą walki ze śmiercią, jest ocaleniem całych pokoleń od zapomnienia. W literaturze martwi żyją niczym we śnie.” (Isaac Bashevis Singer)

„Ostatni mazur. Opowieść o wojnie, namiętności i stracie” to fabularyzowana opowieść o losach ostatnich kilku pokoleń jednego z najzacniejszych polskich rodów arystokratycznych – Tarnowskich, związanych z ukochanymi przez nas wszystkich południowymi częściami naszego kraju. Ich siedziby rodowe znajdywały się na terenach dzisiejszych województw: podkarpackiego, małopolskiego czy lubelskiego (niektóre miejsca jak wołyńskie Pomorzany są dziś w granicach Ukrainy).
Smaczku lekturze dodaje fakt, iż po opublikowaniu wspomnień Andrew Tarnowski został wykluczony ze Związku Rodziny Tarnowskich za ujawnienie wielu rodzinnych sekretów i skandali.
W tekście w wielu miejscach narrator wskrzesza ducha dawnych siedzib.
O Rudniku nad Sanem:
„W 1926 roku zakończyła się odbudowa dworu w nowym kształcie. Dziewięcioletnia Zosia i ośmioletni Staś z wielkim żalem opuszczali przytulny, drewniany „mały domek”, gdzie się urodzili, ale wkrótce pokochali także pałac, z którego usunięto dziewiętnastowieczne wieżyczki i blanki, dobudowano do niego nowe skrzydło, a całość przerobiono w prostym, półklasycznym, tak lubianym przez Polaków stylu. Był to teraz elegancki piętrowy budynek z elewacją w kolorze piasku, która nadawała mu ciepły wygląd. Wejście zdobiły cztery kolumny, po dwie z każdej strony, przykryte tympanonem w stylu palladiańskim, tworzące elegancki portyk. Wysokie sufity, podłogi i wielkie modrzewiowe belki wspierające sufit w dwóch salonach i jadalni nadawały pomieszczeniom rys surowej, niemal kastylijskiej elegancji.
Na szczycie pięciu szerokich stopni prowadzących do drzwi frontowych pod portykiem umieszczono werandę (...) Z lewej strony domu francuskie okna saloniku wychodziły na druga werandę z widokiem na park i ogród kwiatowy Wandy, znajdujący się za wielkim ogrodem warzywnym. Jeszcze bardziej na lewo, na tyłach domu, biegła aleja wysadzana różami i drzewami wiśniowymi, prowadząca nad San...”
Dukla (rok 1930):
„Pełen skarbów sztuki dom był dla kobiety o guście Wandy (Zamoyskiej, żony hr. Hieronima Tarnowskiego) siedzibą odpowiedniejszą niż Rudnik. Stał u stóp Karpat, na skraju Dukli, w otoczeniu parku i ogrodów z malowniczymi jeziorkami i alejkami ciągnącymi się na długości półtora kilometra wśród szpalerów wiekowych dębów, wielkich lip i grabów. Główny budynek, z XVIII wieku, był opustoszałą ruiną, podziurawioną pociskami podczas wojny, ale po jego obu bokach wznosiły się czternastowieczne skrzydła o niezwykłym kształcie wydłużonych, wąskich trójkątów, ze stromymi dachami, małymi oknami i ścianami o grubości dwóch metrów. Wewnątrz znajdowały się wąskie korytarze, spiralne kamienne schody i pokoje pełne portretów przodków i skarbów gromadzonych przez poprzednich właścicieli podczas podróży po Europie. Były tam obrazy Rembrandta, Rubensa, Ribery, Angeliki Kaufmann i Tintoretta, flamandzkie gobeliny, wschodnie dywany, marmurowe popiersia, kryształy i chińska porcelana.
Pod jednym z wiekowych grabów, który dotrwał do lat sześćdziesiątych XX wieku, dziesięcioletnia księżniczka Jadwiga, dziedziczka polskiej korony, miała jakoby odpoczywać podczas historycznej podróży z Węgier do Krakowa, gdzie przodkowie Hieronima i inni wielcy panowie zmusili ją do zerwania zaręczyn z Wilhelmem Habsburgiem i poślubienia wielkiego księcia Jagiełły z pogańskiej Litwy(...)”
Pamiętacie historie o karpackich zbójnikach, Tołhajach?
„Wanda w roli pani tej rezydencji była w swoim żywiole, chociaż jako kobieta samotna musiała w nieoczekiwanych sytuacjach polegać tyleż na swym wdzięku, co na odwadze. Pewnego razu jechała z Alfredem (Potockim , Panem na Łańcucie – przyp. aut.) na przyjęcie. W lesie szofer z okrzykiem strachu ostro zahamował. Samochód otoczyli uzbrojeni ludzie.
Był to Panicz i jego banda, z którą na początku lat trzydziestych terroryzował okolice Dukli. Wyznaczono za niego nagrodę, gdyż ciążył na nim zarzut morderstwa i rozbojów na drogach, on jednak śmiał się policji w nos i słał liściki, proponując podniesienie sumy za schwytanie. Ten przystojny, krępy mężczyzna z opadającym wąsem podszedł do samochodu i otworzył tylne drzwi po stronie, gdzie siedziała Wanda w wieczorowej sukni, obwieszona biżuterią, w diademie na głowie.
Och, Panicz! Cóż za niespodziewany zaszczyt – powiedziała wyniośle, wcale niestropiona. - Zawsze chciałam pana poznać.
Witam, pani hrabino. Dobry wieczór. Ja również chciałem panią poznać.
Skoro nasze życzenia się spełniły, zapraszam do środka na pogawędkę.
Poleciła szoferowi wyjąć koniak z bagażnika i – popijając – rozmawiali. Panicz opowiadał o niektórych swych wyczynach, podczas gdy jego ludzie pożywiali się pieczonymi grzybami. Alfred spoglądał na to w gniewnym milczeniu. Po kilku godzinach Panicz zaczął się zbierać. Całując dłoń Wandy na pożegnanie, zapewniał, że jeśli kiedykolwiek będzie czegoś potrzebowała, wystarczy, że da mu znać.
Zawsze może pani bezpiecznie podróżować przez moje lasy – dodał.
Dziękuję, Paniczu – odparła z uśmiechem. - A ponieważ faktycznie te lasy należą do mnie, będę się czuła podwójnie bezpiecznie.”

Książka jednak nie składa się li jedynie z sielankowych opisów rodowych siedzib czy awanturniczych przygód przytrafiających się poszczególnym Tarnowskim. Uderza przede wszystkim sposób, w jaki losy pojedynczych ludzi lub całych rodzin splatają się z historią, czasem tą wielką, znaną nam teraz z podręczników i jak bardzo wobec historycznych zawirowań ów pojedynczy człowiek jest bezradny, zdany tylko i wyłącznie na siebie – nawet nosząc wielkie, prestiżowe nazwisko:
„Młody Jaś Tyszkiewicz oraz jego kuzyni Andrzej i Artur Potoccy marzli w pociągu, który wiózł stłoczonych mężczyzn przez Austrię i południowe Niemcy. Podróż wydawała się ciągnąć w nieskończoność (...) Drugiego dnia po południu pociąg stanął. Przez szczeliny w deskach odczytali nazwę Dachau(...)
Jaś nie mówił po niemiecku (...) Jako najmłodszemu przydzielono zadanie zbierania świtem trupów wyrzucanych w nocy z baraków(...)”
Historia kończy się w czasach współczesnych. Potomkowie, zarówno ci rozsiani po świecie, jak i ci, którzy przetrwali wojnę i czasy 1945-89 w kraju, budzą się w całkiem innej rzeczywistości.
„Od czasów Hieronima Rudnik widział tak wiele, że trudno wprost pojąć potworność wszystkiego, czego był świadkiem. Po wygnaniu właściciela pałac przejęło NKWD. W piwnicach urządziło więzienie i celę tortur dla żołnierzy Armii Krajowej. Następnie – od grudnia 1944 do marca 1945 roku – mieściła się tu szkoła NKWD dla jeńców niemieckich o poglądach lewicowych, którzy zgodzili się na współpracę (...) Po wojnie powstała tu szkoła gospodarstwa domowego dla kobiet, i wreszcie, aż do upadku komunizmu, pałac służył jako internat, a właściwie koszary, dla studentów rolnictwa. Jeśli chodzi o resztę majątku, to po wojnie lasy upaństwowiono, a na gruntach ornych założono PGR. Na początku lat dziewięćdziesiątych studenci się wyprowadzili, zostawiając pałac w ruinie. Miejscowe władze przestały się nim interesować i przez dwa czy trzy lata stał bezpański, dopóki Adamowi nie zezwolono na wykup(...)”
Picking up my pain from door to door/Riding on the storyline/Furnace burning overtime/But this train don't stop there anymore
kumak_gorski
Wyrypiarz bieszczadzki
 
Posty: 281
Dołączył(a): 24 kwi 2010, o 13:05

"Ostatni Mazur. Opowieść o wojnie, namiętności i stracie

Postprzez lucyna » 23 lut 2011, o 16:24

Tytuł: "Ostatni Mazur. Opowieść o wojnie, namiętności i stracie"
Autor: Andrew Tarnowski
Stron: 416
Wydanie: I
ISBN: 978-83-7414-385-1
Wydawnictwo: W.A.B
2008

Proszę, bardzo proszę, poooożycz mi ją. Dużo słyszałam o tej książce min. na forum historyków. Autor porównywany jest do Mickiewicza. Przeczytałam te polecone przez Ciebie fragmenty i prawdę powiedziawszy ślinka mi napłynęła do ust. Kosek wygląda naprawdę apetycznie.
http://www.historia.org.pl/index.php?op ... Itemid=386" target="_blank
Avatar użytkownika
lucyna
Zbanowany
 
Posty: 2158
Dołączył(a): 1 lut 2010, o 10:04
Lokalizacja: Góry Sanocko-Turczańskie

Re: "Ostatni Mazur. Opowieść o wojnie, namiętności i stracie

Postprzez kumak_gorski » 23 lut 2011, o 16:33

Naturalnie że pooooożyczę:-)
Dysponuję drugim już wydaniem z 2010 roku zawierającym dodatkowo posłowie, w którym autor odnosi się do wykluczenia go przez Związek Rodziny Tarnowskich.


lucyna napisał(a):Tytuł: "Ostatni Mazur. Opowieść o wojnie, namiętności i stracie"
Autor: Andrew Tarnowski
Stron: 416
Wydanie: I
ISBN: 978-83-7414-385-1
Wydawnictwo: W.A.B
2008

Proszę, bardzo proszę, poooożycz mi ją. Dużo słyszałam o tej książce min. na forum historyków. Autor porównywany jest do Mickiewicza. Przeczytałam te polecone przez Ciebie fragmenty i prawdę powiedziawszy ślinka mi napłynęła do ust. Kosek wygląda naprawdę apetycznie.
http://www.historia.org.pl/index.php?op ... Itemid=386" target="_blank" target="_blank
Picking up my pain from door to door/Riding on the storyline/Furnace burning overtime/But this train don't stop there anymore
kumak_gorski
Wyrypiarz bieszczadzki
 
Posty: 281
Dołączył(a): 24 kwi 2010, o 13:05

"Przystanek Bieszczady bez litości"

Postprzez lucyna » 19 mar 2011, o 13:32

"Przystanek Bieszczady bez litości" to jedna z najbardziej znanych i najczęściej kupowanych przez turystów książek znanego dziennikarza i pisarza Andrzeja Potockiego. Jest to zbiór 21 opowiadań i reportaży, które łączy osoba autora i obszar dość szeroko pojmowanych Bieszczadów. Moim zdaniem każdy czytelnik znajdzie tu coś dla siebie, poruszana tematyka jest bardzo rozległa. Mamy tu bowiem i ciekawy reportaż "Przerwany lot",i wstrząsające opowiadanie "Pies mego dzieciństwa", i artykuły poświęcone historii: "Z archiwum "Chrynia", "Zbrodnia NKWD w Lesku", "Tragedia Terki",i zanotowane wspomnienia Jerzego Makary "Odyseja po bieszczadzku", i biografie "Ruski bachor", "Bydlęcy żywot Teodora S". Autor też snuje swoje wspomnienia, mnie osobiście bardzo zaciekawiło pierwsze opowiadanie "Przystanek Bieszczady" poświęcone Lesku i jego mieszkańcom. Autor ma wyjątkowy dar obserwacji i cięte pióro więc książkę czyta się jednym tchem.
Minusem tej publikacji są czarnobiałe zdjęcia, niektóre z nich ciekawe, nawet artystyczne ale niestety są tak fatalnie i niechlujnie wydrukowane, że aż prawie nieczytelne.
Spis treści
1. Przedmowa
2. Przystanek Bieszczady
3. Plaża nieboszczyków
4. Byli, minęli
5. Sprofanowane sacrum
6. Dwa ostrza miecza
7. Tragedia Terki
8. Zbrodnia NKWD w Lesku
9. Z archiwum "Chrynia"
10. Odyseja po bieszczadzku
11. Ruski bachor
12. Poeta
13. Syberyjska młodość Heleny Michajłowny
14. Pies mego dzieciństwa
15. O tym, jak w śnie obciąłem sobie ucho
16. Bydlęcy żywot Teodora S.
17. Jednonogi
18. Krzyż
19. Strzeżcie się fałszywych proroków
20. Przerwany lot
21. Moje Bieszczady


Tytuł: "Przystanek Bieszczady bez litości"
Autor: Andrzej Potocki
Wydanie: I
Stron: 207
ISBN: 978-83-89183-43-7
Wydawnictwo: Libra
Rzeszów 2008

"Tragedia Terki" str. 73-74
"[...] Z listu starosty powiatowego w Lesku Tadeusza Pawłusiewicza do Wojewody Rzeszowskiego z 2 stycznia 1946 roku dotyczącego dowódcy 36 pułku 8 dywizji Wojska Polskiego, pułkownika Nikołaja Kiryluka, wyłania się obraz krwawego watażki, którego zapewne NKWD z premedytacją zainstalowało w polskim wojsku . Oto fragmenty tego pisma, opatrzonego klauzulą tajne:
"W związku ze stacjonującym w tutejszym powiecie 36 pułkiem 8 dywizji, na czele którego stoi dowódca Kiryluk, relacjonuje następująco: Od 15 września 1945 r. rozpoczął wyżej wymieniony Pułkownik akcję oczyszczająca z band banderowskich, w rezultacie której band tych nie pomniejszono z tego powodu, że bandy grupowały się po lasach, do których wojsko wcale nie dochodziło. Spalono tylko kilka gromad ukraińskich, za które banderowcy spalili polskie wsie i wymordowali kilkanaście osób polskich. Wysiedlenie ludności ukraińskiej za pomocą wyżej wymienionego pułku nie dało również prawie żadnych rezultatów. Miały jedynie miejsce cale szeregi grabieży inwentarza, ubrań i sprzętu od ludności, która nie chcąc wyjeżdżać na Wschód opuszczała wioski i kryła się do lasu. Grabiono nawet przy tym ludność polską, która przebywała w domach. (...)
Ob. Kiryluk rozkazuje swoim podwładnym przyprowadzać sobie na kwaterę przymusowo dziewczęta miejscowe, celem rozpusty. Aresztowane kobiety każe sobie przyprowadzać na kwaterę (niby celem przesłuchania), a zmusza je pod groźbą pistoletu do spółkowania ze sobą. Ob. Kiryluk w dzień targowy na rynku robi masowe łapanki na ludzi, aresztuje ich pod pretekstem banderowców, rozbija tym sposobem targi, trzyma ich w więzieniu, a następnie zwalnia za okupem. Ostatnio pobrał 25.000 zł z gromady Postołów. Okazuje się też, że więzi ludzi niewinnych . Podpalił osobiście ostatnio gospodarstwo w gromadzie Glinne, z którego uciekał przed nim jakiś człowiek. Okazało się, ze również niewinny, a poczytał go sobie Pułkownik za banderowca i dlatego zniszczył jego warsztat pracy. Posłańcowi z gromady Uherce, który był wysłany konno przez gminnego referenta świadczeń rzeczowych w sprawie ściągnięcia kontyngentu siana z gromady Orelec, zabrano konia na drodze poczytując go za łącznika banderowców. Aresztowano również trzech gospodarzy z Paszowej , wiozących na zlecenie starostwa drzewo opałowe dla tutejszego Urzędu. Gospodarzy tych uwięziono w Sztabie Pułku, a następni biją się już jechać, wobec czego wszelkie dalsze świadczenia ustają. (...)
Ostatnio w czasie spalenia gromady Mchawa w gminie Baligród - za zabicie dwóch żołnierzy polskich przez banderowców - spalono 40 gospodarstw ukraińskich. Ale za co spalono przy tym 14 gospodarstw polskich i zabito pięciu Polaków, skoro Polacy byli zupełnie niewinni i stale przez banderowców prześladowani? Ludzi więzionych przez Pułkownika, o których wyżej nadmieniono, Pułkownik karze biciem tak, że wynoszono jednego z nich nieprzytomnego... (...) Wszystkie wyżej przytoczone fakty wywołują wielkie rozgoryczenie wśród ogółu, podkopują autorytet Wojska Polskiego, stwarzają nieufność ludzi do Wojska i nienawiść, budują reakcję i mnożą bandy. Padają dzielni, niewinni i zasłużeni żołnierze polscy, którzy przeszli walkę ze straszliwym najeźdźcą germańskim, bo bandy nie tylko po lasach mszczą się na nich za czyny Pułkownika, robiąc zasadzki po drogach...(...). Gromada Wołkowyja stanowi ośrodek w 90 procentach polski. Ludność przerażona ostatnimi wypadkami jest bez żadnego zabezpieczenia. Ogarnia ją panika przed bandami. Zamierza uciekać, a bandy jej nie wypuszczają grożąc śmiercią. Zamierzają ją trzymać jako zakładników na wypadek wysiedlenia ludności ukraińskiej z sąsiednich gromad. (...) Wysiedlenie tutejszej ludności ukraińskiej jest bardzo wskazane i konieczne, ale bez odpowiedniej siły ku temu niewykonalne, a to z powodu przeważających band, które należy najsampierw i można by przy użyciu paru tysięcy wojska zlikwidować. (...)
Po podpisaniu niniejszego aktu zgłosił się do tutejszego Starostwa Sołtys gromady Nowosiółki Stanisław Leicht, Polak, zw swoją kilkunastoletnią córką, z następującym zażaleniem na Pułkownika Kiryluka. Do domu wyżej wymienionych wpadł Pułkownik z rewolwerem w ręku i zaczął gwałcić jego córkę. Dziewczyna broniąc się została uderzona przez napastnika rewolwerem w głowę. Wyrwawszy się mu jednak z rąk, wybiegła na podwórze. gdzie ją dopędził i dalej włóczył po dziedzińcu. Wyrwawszy się powtórnie zdołała uciec. Następnie Pułkownik wrócił z powrotem do mieszkania i zrabował Sołtysowi 1300 zł. W drugim wypadku dzwonił znowuż z Baligrodu do tutejszego Starostwa w dniu dzisiejszym lekarz Kuźmak o ratowanie jego córki, którą porwał Pułkownik Kiryluk z jego domu w kierunku Leska. W trzecim wypadku doszło teraz do wiadomości tutejszego Starostwa, że przed paru dniami Pułkownik przywiózł jakąś panią z Rymanowa, którą gwałcąc u siebie pokąsał ją do uszkodzenia ciała."
Avatar użytkownika
lucyna
Zbanowany
 
Posty: 2158
Dołączył(a): 1 lut 2010, o 10:04
Lokalizacja: Góry Sanocko-Turczańskie

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Mapy, przewodniki i inne wydawnictwa z regionu

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zarejestrowanych użytkowników i 0 gości


Loading

O F I C J A L N E    F O R U M    D Y S K U S Y J N E    S E R W I S Ó W:
               

Forum bieszczadzkieforum.pl używa plików typu cookies do poprawnego działania strony, w celach statystycznych, reklamowych, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz by umożliwić logowanie zarejestrowanym użytkownikom. Korzystanie z forum bieszczadzkieforum.pl, bez zmian ustawień w używanej przez Państwa przeglądarce internetowej oznacza zgodę na wykorzystywanie technologii cookies i zapisywanie ich w pamięci Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

cron