Pamiętniki, wspomnienia

Recenzje, nowości, polecane tytuły

"Załuscy w Iwoniczu"

Postprzez lucyna » 25 mar 2011, o 15:40

Dziś pragnę Wam przedstawić ciekawą monografię będącą jednocześnie wspomnieniem. "Załuscy w Iwoniczu" została napisana przez potomka rodziny Załuskich, wielkiego miłośnika Iwonicza Andrzeja Kwileckiego. Warto po nią sięgnąć aby poznać dzieje nie tylko tego rodu magnackiego ale części Beskidu Niskiego i jego okolic. Została wydana w 1993 r w Kórniku przez Polską Akademię Nauk Bibliotekę Kórnicką.
"Książka o Załuskich w Iwoniczu stanowi próbę przedstawienia historii własnej rodziny w sposób obiektywny, acz nie pozbawiony elementów osobistych. Autor spędził w Iwoniczu lata II wony św. Wraz z innymi członkami rodziny spisywał wówczas kronikę wydarzeń. Po wojnie wielokrotnie odwiedzał Iwonicz. W książce wykorzystał własne wspomnienia, relacje krewnych i mieszkańców Iwonicza, korespondencję rodzinną, pamiętniki i dzienniki, dokumenty z archiwów państwowych i prywatnych, również literaturę z XIX i XX w poświęconą uzdrowisku iwonickiemu. Praca Andrzeja Kwileckiego jest monografią rodziny Załuskich od momentu osiedlenia się ich w majątku i we wsi Iwonicz do dnia jego przymusowego opuszczenia uwzględniającą zarówno życie rodzinni-towarzyskie, jak i działalność administracyjno-gospodarczą w majątku i uzdrowisku". To fragment noty od wydawcy.

Spis treści
Wstęp
U źródeł
We własnym domu (1837-1858)
Iwonicz w Europie (1858-1893)
Wzloty i upadki (1893-1939)
Życie pod okupacją (1939-1944)
Epilog:zubożenie i rozproszenie
Spis ilustracji
Wklejka: Tablica genealogiczna rodziny Załuskich i Ogińskich, Plan Iwonicza Zdroju, Mapa okolic Iwonicza,

Tytuł: "Załuscy w Iwoniczu"
Autor: Andrzej Kwilecki
Wydanie: I
Stron: 296
ISBN: 83-85213-15-5
Wydawnictwo: Polska Akademia Nauk Biblioteka Kórnicka
Kórnik 1993

Aby przybliżyć Wam ową pracę zacytuję fragmenty "Wstępu". Autor, członek rody Załuskich, najlepiej przedstawi ową publikację.
"Załuscy herbu Junosza należą do rodzin wielce zasłużonych dla kultury polskiej. Encyklopedia Orgelbranda poświęca tej rodzinie cały rozdział stwierdzając, że największe zasługi położyli Załuscy, którzy byli "w stanie duchownym". Encyklopedia wylicza wysokie funkcje kościelne i państwowe sprawowane przez członków rodziny: "Senatorów świeckich mieli Załuscy, wojewodów trzech, kasztelanów trzech, za to biskupów senatorskich czterech i niesenatorskich dwóch, oprócz kilku dygnitarzy i wielu starostów. Najznakomitszymi ludźmi z nich są zawsze biskupi,przez których podniosła się i rodzina. [...]
Celem niniejszej pracy jest poszerzenie wiedzy o Załuskich i wprowadzenie do literatury nowych elementów. Pragnę skoncentrować się na mało znanym i dotychczas nieopracowanym fragmencie historii rodu. Wspomniany fragment dotyczy działalności Załuskich w Iwoniczu, miejscowości położonej w historycznej Ziemi Sanockiej. [...]
W trakcie przygotowywania niniejszej pracy mój pierwotny zamysł skupienia się wyłącznie na czynnościach wykonywanych przez Załuskich w uzdrowisku iwonickim został rozszerzony. Jako członek tej rodziny miałem bowiem dostęp do materiałów znajdujących się w rękach prywatnych, dokumentującego także inne, bardziej osobiste strony życia Załuskich. Zgromadziłem materiał, na który składają się niedrukowane listy, dzienniki, kroniki rodzinne, notatki o wydarzeniach i przeżyciach, z tymi wydarzeniami związanych, także utrwalone najpierw w tradycji ustnej, a następnie spisane relacje, oceny i wspomnienia osób z kręgu rodziny. Autorowi pochodzącemu z zewnątrz byłoby niewątpliwie znacznie trudniej dotrzeć do tych oryginalnych i rozproszonych przekazów. Rozdział poświęcony okupacji w Iwoniczu mogłem w ogóle oprzeć na własnych wspomnieniach (lata II wojny spędziłem bowiem w Iwoniczu) i na prowadzonym wówczas w rodzinie Załuskich dzienniku, który znajduje się obecnie w moich rękach.
W rezultacie powstała praca, która przedstawia dzieje Załuskich w Iwoniczu z uwzględnieniem dwóch przeplatających się wzajemnie wątków: działalności w uzdrowisku i życia prywatnego. Na ten pierwszy wątek składają się osiągnięcia i niepowodzenia, żmudna praca organiczna i przejawy lekkomyślności w gospodarowaniu, okresy prosperity i kryzysów. Wątek drugi - życie prywatnego - obejmuje sprawy osobiste i stosunki familijne: narodziny i zgony, choroby i kształcenie dzieci, dzieje małżeństw, podróże,życie kulturalne, i towarzyskie, życiorysy i charakterystyki przedstawicieli kolejnych generacji. [...]"
Avatar użytkownika
lucyna
Zbanowany
 
Posty: 2158
Dołączył(a): 1 lut 2010, o 10:04
Lokalizacja: Góry Sanocko-Turczańskie

"Prywatna podróż pamięci"

Postprzez lucyna » 23 kwi 2011, o 06:21

Dziś zaproponuję Wam po raz wtóry wyjątkowe wspomnienia. Książkę, którą mnie wciągnęła w swój świat, przeczytałam ją jednym tchem w dwie godziny. To wspomnienia Ryszarda Wiktora Schramma "Prywatna podróż pamięci" wydane przez Bosz. Urzekająca gawęda, taka, którą opowiada się przyjaciołom przy ognisku, napisana prostą, piękną polszczyzną. Efekt fascynacji rodzinnymi stronami, dziejami rodziny, Ziemią Sanocką. Rozmawialiśmy już o niej w innym wątku pasjonujaca-beletrystyka-t650.html" target="_blank Nie tylko mnie urzekła ta książka. Tak o niej pisał Kropek .Dołączam się do słów Lucyny i gorąco polecam, nie dlatego że łączy mnie pokrewieństwo zarówno z Jaśkiem z Czekaju :P Język... po pierwsze Język którego używa Schramm, to płynąca Polskością wręcz melodyjna opowieść która wplata wątki biograficzne dotyczący samej rodziny jak i skarby wiedzy dla etnografów. Niewielu się takich już czyta.. śmiało mógłbym przyrównać do Wańkowicza (choć w nieco innym stylu niż np. Szczeniackie Lata), Vincenza, Krygowskiego... czy Neverlego ...Coś co przewija się przez naszą głowę i wzbudza ogromną tęsknotę za pojmowaniem świata z młodzieńczej baśni przeżywania czasu wolnego. .
Prf. Schramm jest nieznany szerszemu gronu czytelników, a szkoda. Popełnił co najmniej kilkadziesiąt prac naukowych i wiele publikacji poświęconych górom. O jednej z nich "Lasy i zwierzyna Gór Sanockich" pisałam tu na naszym forum reprinty-i-reedycje-ksiazki-mapy-itd-t896.html" target="_blank . Ryszard Wiktor Schramm był znanym taternikiem, polarnikiem, w 1955 r. brał udział w pierwszym przejściu granią Tatr, a chyba trzy lata później powtórzył swój wyczyn biorąc udział w identycznej wyprawie tylko, że zimowej. http://www.kolosy.pl/schramm.php" target="_blank
Wspomnienia te polecam wszystkim miłośnikom historii naszego regionu, wszystkim tym, którzy są wrażliwi na piękno języka polskiego. Dla mnie ta lektura była niczym swoiste "szkolenie", te wspomnienia buchają wiedzą, także etnograficzną.
Książeczka jest skromnie wydana, miękka okładka, klejona, można ją jeszcze nabyć za grosiki w księgarni Bosz w Lesku.
To wspomnienia więc ozdobione są licznymi zdjęciami. Są tu także wiersze, m.in. Janusza Szubera
Do Ryszarda Schramma

Lichy śnieg, Ryszardzie, że do Olchowy
Na saniach nie dojedzie. Co spalone
Dymem się włóczy po Ostrej Górce,
Do Tarnawki roztopami spływa.

A nam, było nie było „tutejszym”,
Nad ocalałymi księgami parafialnymi usiąść,
Z księżych zapisków sagi rodzinne wysnuwać,
Potargane na powrót w supły wiązać.

W cerkwiach na ławkach kolatorskich
Kości, sądu czekające, w jaką taką
Całość składać i w ciała przyoblekać.

O, jakie huczne świętych obcowanie!
Każdy z nich osobny, krwisty i rumiany
Od słońca, co właśnie za Bieszczad zachodzi.

Recenzje http://www.bosz.com.pl/index.php?s=kart ... zje&id=148" target="_blank

Spis treści
Zamiast wstępu
Na wschód od Osławy
Prywatna podróż pamięci
- Wstęp
- Olchowa i Tarnawa
- Prababka
- Manowce - historia prawie kryminalna
Ryszard Wiktor Schramm - Januszowi Szuberowi
Drzewo genealogiczne rodu Schrammów

Tytuł: "Prywatna podróż pamięci"
Autor: Ryszard Wiktor Schramm
Wydanie: I
Stron: 138
ISBN: 83-97730-76-9
Wydawnictwo: Bosz
Olszanica 2003

" [...] Dom mojego dzieciństwa to był "nowy dwór". "Stary dwór", drewniany, w którym urodził się mój Ojciec, jego matka i jej siostry, stał "rzędem" z "nowym" pod jesionami, które - ogromne - dotrwały aż do drugiej wojny. Chyba były sadzone razem z budową "starego dworu". Zachodnia strona tego dworu, za "samborzem", spaliła się gdzieś około 1865. Po tym pożarze dobudowano z drugiej strony na całą szerokość dworu duży, kwadratowy pokój, salon, do którego schodziło się dwa stopnie w dół, bo tam już był lekki stok. Róg tego salonu wypadał tuż koło wielkiej lipy, którą trzeba było wyciąć, zostawiono jednak boczny pęd - za mojej młodości rozrósł się on już w potężne drzewo. "Nowy dwór" murowany, wraz ze wszystkimi zabudowaniami gospodarczymi, był stawiany w latach 1902-103 z własnej cegły, wyrabianej z gliny i wypalanej na "Browarzysku" ("Brzewarzysku") na dole wygonu, nad potokiem. Musiał tam kiedyś - kiedy? stać browar,chyba raczej gorzelnia.Pamiętał go jeszcze Kuba, ojciec naszego międzywojennego "leśnego" Jana Stacha - Jaśka z Czekaju. Obok browaru, po bliższej dworu stronie potoku, stała stajnia opasowa na woły. Pospolity w XIX w. chów wołów na opas wiązał się zawsze z gorzelniami. Kiedy w Tarnawie Górnej ze starej Dymowej, w końcu lat siedemdziesiątych XIX wieku, spaliło się w stajni 100 wołów opasowych, gorzelnia stanęła na zawsze. Powiadano, że na kominie olchowskiego browaru siedziało "Złe". Ktoś ze zbytków bryznął pianą na to "Złe" i ono, rozgniewane, przywiązało wszystkie woły ogonami do żłobów, a połowę stajni rzuciło do potoku. Nieopodal były ślady starego, ale stawianego później, młyna wodnego. Budował go około roku 1860 Duda z Siemuszowej. Bardzo dobre kamienie sprowadzono z Jaślisk. Potem, gdzieś koło roku 1875, młyn sprzedano chłopom z Tarnawy, a kamienie i narzędzia do Kalnicy, skąd zostały przewiezione z powrotem gdzieś koło roku 1928. Woda z tego młyna szła z potoku w Dzielnicach korytem wyłożonym kamiennymi płytami. [...]
Avatar użytkownika
lucyna
Zbanowany
 
Posty: 2158
Dołączył(a): 1 lut 2010, o 10:04
Lokalizacja: Góry Sanocko-Turczańskie

"Diariusz muzealny 1942-1948"

Postprzez lucyna » 23 maja 2011, o 07:21

W ostatnią niedzielę wracałam z Przemyśla w Bieszczady przez Rzeszów. Oczywiście, w Rzeszowie ukulturniałam się wędrując po atrakcjach turystycznych, zaglądnęłam też do Muzeum Okręgowego. Muszę przyznać, ze mają interesujące zbiory militari i dobrze zaopatrzoną księgarenkę ze swoimi wydawnictwami. W tej ostatniej obłowiłam się nieźle za niewielkie pieniądze. Wśród nabytków był "Diariusz muzealny 1943-1948" Franciszka Kotuli. Dalsza podróż uprzyjemniło mi czytanie pamiętnika.
Muszę przyznać, że jest to niezmiernie ciekawa lektura, od której trudno było mi się oderwać. Lekkie, dobre pióro, umiejętność przekazywania emocji to moim zdaniem dodatkowe atuty książki.
Franciszek Kotula od 1039 do 1948 r. pisała pamiętnik w którym zapisywał najważniejsze wydarzenia w swojej pracy kustosza muzealnego. Żył w ciekawych czasach, był pasjonatem więc pamiętnik jest nieocenionym źródłem jeżeli chodzi o fakty dotyczące pracy muzealnika w czasie okupacji i tuż po. Niestety, zachowały się tylko dwa zeszyty. Zostały one udostępnione przez Muzeum Okręgowe w Rzeszowie. Pamiętnik można tam kupić za niecałe 16 zł.

Spis treści
Od redaktora
Wstęp
Fragmenty pamiętnika archiwalnego i muzealnego z 1939 r.
Diariusz muzealny
Indeks osób
Noty biograficzne
Indeks nazw geograficznych
Summary

Tytuł: "Diariusz muzealny 1942-1948"
Autor: Franciszek Kotula
Wydanie: I
Stron: 166
ISBN: 83-88085-03-4
Wydawnictwo: Muzeum Okręgowe w Rzeszowie
Rzeszów 1999

Kilka słów o Franciszku Kotuli
http://www.muzeumetnograficzne.rzeszow.pl/Fkotula.html" target="_blank

"Niemiła wizytacja
14 VIII 1943.
Często się słyszy, że Niemcy na kierowniczych i odpowiedzialnych stanowiskach administracyjnych, a więc należący do śmietany partyjnej, w znacznej części są anormalni. To odnoszę również i do komisarza Pavlu. Po tym, co widziałem i czego doświadczyłem, mogę się pod tą opinią w pełni podpisać.
W związku z trzecim remontem w muzeum Pavlu zdecydował się wpaść do obiektu. I rzeczywiście nie przyszedł, a wpadł. Nie powiedziałbym, żeby go coś interesowało. Przebiegł szybko sale muzealne, gdzieś od niechcenia rzucił jakąś uwagę, tak ni przypiął, ni przyłatał. Np. zapytał: A te meble po co tu stoją? - i wskazał na śliczny biedermajerowski salonik stojący w hallu. gdzie powinien stać. I czy można na to odpowiedzieć?
Jego oczy gdzieś niespokojnie i błędnie biegały - pewnie za myślami, których były wyrazem. Nie przyglądał się obrazom czy strojom ludowym, ale wlazł do komórki i zauważył, że jest ciasno.
Jakiś czas zatrzymał się przy archeologii. Jego uwagę zwróciły brązowe siekierki. Kiedy zapytałem, czy mogę mówić po polsku, to mnie najpierw skrzyczał, dlaczego nie umiem po niemiecku, ale ostatecznie mówiliśmy po słowiańsku, to znaczy ja po polsku a on po czesku.
Do jakiego narodu należały te siekierki? - zapytał nagle.
Nie wiem - szczerze odpowiedziałem. To on znowu do mnie mówi, co ze mnie za kustosz. Dopiero przyjął wytłumaczenie, że kustosz tylko zbiera, a fachowcy to oceniają i badają. Wtedy mi kazał jeździć po okolicy i zbierać te rzeczy, ale skąd wziąć na to środki, nie powiedział.
Radzili mi, po niewczasie, żebym powiedział: Te siekierki są germańskie! Byłbym wziął i na posadzkę i na drzwi. Może szkoda? Pavlu powiedział jednak, że o odrzwiach i drzwiach myśli i szuka na to pieniędzy. Czy znajdzie?
Będąc w kuchni zwróciłem mu uwagę, że konieczne są szafki na naczynia, których robotę wstrzymał swego czasu. Odpowiedział przy świadku inż. Brzuchowkim, że jeśli pracownia stolarska ma drewno, to niech robi. Zaraz napisałem pismo, dałem Goerowi do podpisu i poszło do pracowni stolarskiej. Żeby chociaż zrobili.
Pavlu zostawił mnie nieco rozstrojonego. Taki dziwny człowiek, który wprowadza niepokój i roztrzęsienie. Odetchnąłem jak poszedł.

20 VIII 1943.
Powiedziano mi, że Pavlu oświadczył kiedyś inż. Posadzkiemu, że muzeum leży mu na sercu, że szuka pieniędzy na wykończenie frontu. Żeby je wreszcie znalazł.
Salki na dole wymyto, wstawiono drzwi. Bardzo się cieszę. Zacznę teraz urządzać. Ale wcale nie będę się spieszył. "

cdn
Avatar użytkownika
lucyna
Zbanowany
 
Posty: 2158
Dołączył(a): 1 lut 2010, o 10:04
Lokalizacja: Góry Sanocko-Turczańskie

"Wspomnienia bieszczadzkiego leśnika"

Postprzez lucyna » 29 paź 2011, o 10:15

Dziś chciałabym przedstawić jeden z naszych bieszczadzkich białych kruków. "Wspomnienia bieszczadzkiego leśnika" Zygmunta Rygla rozeszły się dość szybko, zarówno I (pierwsze wydanie w ciągu 3 miesięcy)jak i II wydanie. W chwili obecnej raczej nie do zdobycia na rynku, będę szukać w antykwariatach. (Książkę kiedyś miałam, dobry zwyczaj nie pożyczaj - już nie liczę na uczciwość pożyczającego). "Wspomnienia bieszczadzkiego leśnika" to lektura miła, łatwa i przyjemna. Autor w sposób prosty, z humorem i swadą opowiada o życiu podkarpackich leśników i nie tylko, sypie anegdotami, prezentuje w sposób subiektywny powojenną historię naszego regionu. Mnie zauroczyły pierwsze rozdziały pamiętnika, opis beskidzkich i bieszczadzkich perypetii, tego co wydarzyło się tu od roku latach 1951 (Nadleśnictwo Jaśliska) do lat 60-tych. Nie oznacza to, że późniejszy, że późniejszy już nie tej pionierski czas jest opisany nie interesująco, wprost przeciwnie. Całość wspomnień jest interesująca, moim zdaniem lektura obowiązkowa wszystkich miłośników regionu.
Kilka słów o Autorze, postaci na pewni nietuzinkowej, autorze fajnych książek, o których jeszcze będę niejednokrotnie pisać.
http://www.smzk.org/index.php?option=co ... &Itemid=39

Spis treści
Od autora - przedmowa do I wydania
- przedmowa do II wydania
1. Wakacyjna praktyka
2. Świadek tragedii i hieny
3. Środek na pluskwy
4. Inwentaryzacja lasu
5. Pełnoocnik rządu w Ustrzykach Dolnych
6. Ideologiczne sprawozdanie
7. Sfermentowane wino
8. W głąb martwej pustki
9. Inny Arłamów
10. Zęby szefa
11. Anioły stróże w Komańczy
12. Ispetorska kradzież
13. Żony "wysokich mężów"
14. Fundusz upiększania Bieszczadów
15. Wypadek podczas kontroli przeciwpożarowej
16. Konie i ludzie
17. Karabiny za szafą
18. Rezerwat "Prządki" i biznes
19. Kolorowe krowy
20. Wyższe wykształcenie
21. Akcja choinkowa
22. Leśne duchy
23. Pani Edyta
24. Leśny Kopciuszek
25. Epizodzik z Wyścigu Pokoju
26. Zakole nieboszczyków


Tytuł: "Wspomnienia bieszczadzkiego leśnika"
Autor: Zygmunt Rygiel
Wydanie: II poprawione
Stron: 159
ISBN: 83-86588-33-0
Wydawnictwo: Ruthenus
Krosno 2000

Autor spędzał praktyki w Ladorudzu. Obok leśniczówki był obóz zagłady Chełmno.
Świadek tragedii i hieny str. 19

"Po wojnie częste były przypadki, że ludzie z okolicznych wsi, zaopatrzeni w odpowiednio przygotowane sita, małe łopaty i szpadle i podchodzili skrycie świtem na obszar cmentarzyska. W wyrównanym terenie, obsadzonym trzy-czteroletnią uprawą sosnową kopali doły, zamieniając teren w kretowisko. Czasami były to grupy kilku- lub kilkunastoosobwe. Przesiewali piasek i ludzkie szczątki w poszukiwaniu złota i cennych drobiazgów. Milicja, mimo częstych obław, nie była w stanie zapobiec temu barbarzyńskiemu i ohydnemu procederowi. Zasadzki i nakładane kary nie odstraszały cmentarnych hien. Moralność wśród tych ludzi nie istniała. Ludzkie hieny wystawiały czujki, których rolę pełniły dzieci. O znalezionych bryłkach złota lub platyny krążyły w tym czasie legendy..." W dalszej części wspomnień autor opisuje sposoby walki z hienami.

"Pełnomocnik rządu w Ustrzykach Dolnych" str. 32-33

"Zamiana pomiędzy Polską i ZSRR części terenów Lubelskiego (Bełza, Uhnowa)na rejon Ustrzyk nastąpiła we wrześniu 1951 r. Granica została wyprostowana, ale łączyło się to z tragedią tysięcy ludzi po obu stronach. Akcja przesiedleńcza był wadliwie zorganizowana, nie przygotowana z obu stron, a zwłaszcza z tej drugiej. Gdyby to były warunki frontowe... ale nie były. Jesienią 1951 r. i zimą 1951/52 przyjeżdżały całe transporty kolejowe przesiedleńców z Lubelszczyzny , a dwa czy trzy miesiące później - obywateli greckich z okolic Żagania. Były to resztki żołnierzy dawnej armii gen. Morcosa z rodzinami. Kierowano ich do Krościenka i Liskowatego. Przesiedleńców rozwoziły liczne ciężarówki wojskowe, rozwoziły tam, gdzie były wsie i domy. Jak wspomniałem, akcja była źle przygotowana, brak było rozeznania co do stanu i chłonności domów i gruntów, dotychczasowych i proponowanych warunków bytowych mieszkańców, różnic związanych z warunkami produkcji (większość stanowili rolnicy), warunków glebowych i klimatycznych, konfiguracji terenu, itd. Większość domów w Ustrzykach i chałup we wsiach był w złym stanie i wymagała remontów; tymczasem szła śnieżna i mroźna zima.
Pełnomocnikiem rządu do spraw akcji przesiedleńczej był dyrektor jakiegoś departamentu - nie przypominam sobie, którego ministerstwa. Nazywał się Mazja. Nadzorował całą akcję przesiedleńczą, popisywał protokół zdawczo-odbiorczy, miał znaczne uprawnienia decyzyjne. Był średniego wzrostu, około 45 lat, dość korpulentny brunet, ruchliwy i rozmowny, z charakterystycznym akcentem z okolic Tel-Awiwu. Po prostu "nasz człowiek". Cechowała go duża pewność siebie. Ponieważ w owym czasie w Ustrzykach nie było gdzie mieszkać, udostępniono mu jeden z lepiej zachowanych pokoi w budynku organizującego się Rejonu Lasów Państwowych. Ściankę "działową" stanowiły rozwieszone koce.
Razem z nim mieszkał jego osobisty kierowca "Pobiedy", który oprócz sprawowanych funkcji zawodowych pełnił dodatkowo rolę doradcy, powiernika i kopiował zachowaniem swego szefa.
Ot, warszawski cwaniaczek ... [...]"
Avatar użytkownika
lucyna
Zbanowany
 
Posty: 2158
Dołączył(a): 1 lut 2010, o 10:04
Lokalizacja: Góry Sanocko-Turczańskie

"Podkarpackim szlakiem Września"

Postprzez lucyna » 12 lis 2011, o 06:32

Dziś sięgnę w głąb regału po książkę Karola Skrzypka "Podkarpackim szlakiem Września". Są to wysoko ocenione przez znawców tematu wspomnienia żołnierza 4 Pułku Strzelców Podhalańskich z Cieszyna, który walczył m.in pod Nowym Sączem, w rejonie Wilczyska-Bobowa, Gorlic, Jasła,Krosna, Odrzykonia, Dynowa, pod Birczą, potem zaś był Przemyśl i Lwów. Autor miał 19 lat, gdy wybuchła II wojna, był dobrym obserwatorem, fajnie przedstawił ówczesną rzeczywistość.
Książkę nawet taki laik w sprawach wojskowych jak ja czyta z prawdziwą przyjemnością. Na chwilę oddam głos Autorowi: "Wspomnienia te mają charakter całkowicie osobisty, a tym samym subiektywny, nie mogą zatem pretendować do roli dokumentu, a zwłaszcza stanowić podstawy do fachowej oceny działań bojowych na tym odcinku walk obronnych. Jest to po prostu uporządkowany chronologicznie zbiór zdarzeń, obrazów, refleksji nacechowany zarówno brakiem pretensji literackich, jak i wiedzy wojskowej autora."
Dopełnieniem wspomnień jest posłowie Ryszarda Daleckiego. Naukowiec "rzuca" wspomnienia na szersze tło, przedstawia dzieje walk na Podkarpaciu.
Książka ukazała się w 1986 r., hmmm na szczęście nastąpił bardzo duży postęp, tak fatalnie wydane publikacje już nie ukazują się na rynku. Gazetowy papier, klejona byle jak, brzydka, miękka okładka, zdjęcia czarno-białe, prawie niewidoczne. Ocalała tylko dlatego, że siedzi sobie skromniutko w głębi regały i prawie nikt po nią nie sięga. A szkoda, bo jest naprawdę interesująca.

Spis treści
Od autora
Pierwsze żołnierskie doświadczenia
Ostatni miesiąc pokoju
Początek września
Pierwszy bój
Wciąż dalej na wschód
Bój pod Birczą
Znów wśród swoich
Pod Lwowem i w Lwim Grodzie
Pożegnanie z bronią
Posłowie - napisał Ryszard Dalecki

Tytuł: "Podkarpackim szlakiem Września"
Autor: Karol Skrzypek
Wydanie: I
Stron:130 plus wkładka ze zdjęciami
ISBN: 83-216-0653-9
Wydawnictwo: Śląsk
Katowice 1986

"Bój pod Birczą"
"[...]
Ta wizyta samolotu wkrótce spowodowała fatalne następstwa. Niemcy rozpoczęli najpierw pojedynczy, a potem kilku bateriami ostrzał artyleryjski skierowany na nas, następnie bezpośrednio na nasze wzgórze, a w końcu na wieś. Runęła na nas prawdziwa ulewa granatów i szrapneli. Wryłem się w bruzdę kartofliska nie podnosząc nawet nosa. Obserwator coś głośno przekazywał przez telefon i znów odezwała się ze wsi nasza artyleria, strzelając salwami szybko jedna po drugiej. Grzmiało piekielnie. W pewnej chwili, gdy nad naszymi głowami rozległ się szum pocisków, obejrzałem się w kierunku wsi.Trafienie nastąpiło wprost w cerkiewkę, która w tej samej chwili stanęła w płomieniach. Słup ognia ogarnął ją całą, a wokół niej biegały bezradne ludzkie figurki. Jeszcze kilka salw nieprzyjacielskich w okolicę płonącej świątyni i nasza bateria umilkła. Trochę z lękiem, a trochę z ciekawością czekałem na dalszy rozwój wypadków.
I stało się to, co było zawsze konsekwencją przewagi ogniowej wroga. Jego energiczne przeciw natarcie. La się nagle ożywił, wybuchła gwałtowna strzelanina, ogień artyleryjski nieprzyjaciela przerzucił się na skraj lasu, potem na wzgórze i grzbiet, na który nacierała kompania podhalan, i znów na wieś, która już niemal cała płonęła. Istne piekło! Na skraju lasu, w odległości około 500 metrów od nas pokazało się kilka sylwetek ludzkich, potem wyskakują dalsze. Strzelają w las. Cofając się coraz bardziej w naszym kierunku, odgryzają się niewidzialnemu nieprzyjacielowi. Co to za wojsko, chyba nie kompania podhalan, która nas przygarnęła? Oni nacierali w innym kierunku. Sylwetki zbliżają się do nas coraz bliżej , widać już czerwone z wysiłku twarze. Nikną na chwilę w martwym polu stoku, za dużym uskokiem. I w tej chwili odzywa się już kilka nieprzyjacielskich km-ów, jeden strzela wprost na nas. Pociski wzbijają w kartoflisku fontanny ziemi i kurzu, gwiżdżąc wstrętnie. Nasz cekaem strzela teraz długimi seriami w skraj lasu. Tak, już tam widać błyszczące, garnkowate hełmy. No i mamy bezpośredni pojedynek broni maszynowej. Strzelam także ja w kierunku lasu. A artylerzysta zwija błyskawicznie swój punkt i znika.
Skądś przypałętał się do nas od strony jaru jakiś nieznany nam młody podporucznik, chyba rezerwista - z typową twarzą inteligenta, w okularach w złoconej oprawie. Jest szalenie zdenerwowany i gdy w pewnej chwili wybuchające wśród nas granaty artyleryjskie i ogień km-ów tworzą wstrząsający akord, wpada w szok, czołga się w tył, potem zrywa z głowy hełm, odrzuca go w pole i krzycząc głośno przeklina wojnę. Potem wstaje i pędzi ja szalony do płonącej wsi. Mimo dramatyzmu sytuacji, nie mogę oderwać oczu od tego oszalałego człowieka.
Naraz ogień piechoty nieprzyjaciela przybiera na sile. Nasz ckm strzela ogniem ciągłym już chyba trzecią taśmę. Za chwilę braknie mu amunicji. Obsługa miała tylko cztery skrzynki amunicyjne. Zza uskoku wyskakuje pod osłoną ck-mu najpierw kilka, potem coraz więcej sylwetek i biegnie ku nam. .[...]"
[...]"
Avatar użytkownika
lucyna
Zbanowany
 
Posty: 2158
Dołączył(a): 1 lut 2010, o 10:04
Lokalizacja: Góry Sanocko-Turczańskie

"Zapiski więzienne"

Postprzez lucyna » 1 gru 2011, o 08:45

Chcę podzielić się wrażeniami po przeczytaniu niebanalnej książki swoistego dokumentu, który wyszedł spod pióra Stefana kardynała Wyszyńskiego. "Zapiski więzienne" to ciekawa aczkolwiek "ciężka" lektura, którą trudno sklasyfikować. Jest to połączenie pamiętnika z listami, memoriałami, dokumentami. Prymas Tysiąclecia spisywał swoje przemyślenia, wrażenia, sporządzał notatki dla samego siebie. Te swoiste wspomnienia obejmują trzyletni okres internowania Prymasa. Został On aresztowany 25 września 1953 r, a wypuszczony z odosobnienia po śmierci Bieruta 28 października 1956 r. Przebywał kolejno w Rywałdzie, Stoczku k. Lidzbarka Warmińskiego, Prudniku Śląskim i Komańczy. To ostatnie miejsce różni się od pozostałych, warunki internowania są lepsze, Kardynał ma możliwość np. spacerowania po okolicy z czego bardzo chętnie korzysta. Komańcza nie została wybrana przez przypadek, klasztor sióstr nazaretanek powstał po to, aby chore zakonnice i ich podopieczni mogli tu leczyć gruźlicę. Prymas był chory na tę chorobę, posiadał tylko jedno płuco, pobyt w więzieniu bardzo nadszarpnął Jego zdrowie, wyniki przeprowadzonych pod koniec 1954 r. badań klinicznych były niepokojące. Z tych wszystkich miejsc zachowały się notatki i inne dokumenty sporządzone przez Stefana Wyszyńskiego, w 1981 r. przybrały one formę książki. Całość ma charakter "ramowy". Pierwszy zapisek dotyczy samego aresztowania, Prymas obszernie opisuje przebieg tego dnia, ostatni zaś poświęcony jest opisowi ostatniego dnia internowania. Ksiądz prymas w 1981 r. przejrzał swoje notatki, zdecydowała się na opublikowanie ich w niezmienionej formie, gdyż chciał aby były one swoistym dokumentem epoki. I są. Mam wydanie szóste wzbogacone i poprawione "Zapisków więziennych", jest tu kalendarium więzienne i tekst "Jasnogórskich Ślubów Narodu", które zostały napisane w Komańczy.
Książka jest ilustrowana czarnobiałymi zdjęciami, współczesnymi i archiwalnymi. Najwięcej z nich zostało wykonanych w Komańczy. Zrobiły one na mnie duże wrażenie. Znajduje się na nich nie wielki Mąż Stanu, Prymas Tysiąclecia lecz Człowiek. Jego wspomnienia odbieram specyficznie, osobiste wynurzenia troszeczkę mnie zdenerwowały ale także zafascynowały. Szczególnie te poświęcone przyrodzie. Księdza można byłoby nazwać ekologiem.

Tytuł: "Zapiski więzienne"
Autor: Stefan kardynał Wyszyński
Wydanie: VI poprawione i poszerzone
Stron: 367
ISBN: 978-83-88202-33-9
Wydawnictwo: Wydawnictwo im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego "SOLI DEO"
Warszawa

"Zapiski więzienne" str. 326

"14 kwietnia 1956, [sobota]
Na zboczu góry, wiszącej nad torem kolejowym, weszliśmy na wspaniałą łąkę, pokrytą śnieżyczkami. Wzruszający obraz! Wszystkie kwiatki otwierały swoje niepokalane serca, jakby patrzyły na niespodziewanych gości z ufnością, pewne swego nieprzepartego uroku czystości i piękna. Spojrzałem wstecz: na linii moich kroków zdeptane główki, rozgniecione listki. To moje dzieło. Tak wygląda i moje życie i moja praca. Zatrzymałem się pod krzewem leszczynowym. Dalej nie mam odwagi iść. Tylko Chrystus może bezpiecznie przez dziewicze pola serc - Qui pergis inter lilia, septus choreus Virginum, sponsus decorus gloria sponsisque reddens praemia Tylko Chrystus niczego nie zdepcze, wszystko osłoni swą delikatną, mistrzowską umiejętnością prowadzenia ludzi. A ja? Zawsze mi to źle wychodziło: niefortunnemu "ojcu". Może jeszcze najlepiej mi sie to udawało, gdym pracował wśród młodzieży akademickiej "Odrodzenie". Ale dziś? Utraciłem jakąś wielką "umiejętność" oddziaływania, zgrubiała mi dusza i serce. Od czego? Patrzę z lękiem na ten skrawek łąki śnieżyczek, którego nie dotknęła moja noga. Jakie to wszystko cudowne! Nie pójdę dalej, nie przejdzie tędy moja noga, niczyjej główki nie trąci, niczyjej nie zmiażdży. Skręciłem w bok i uratowałem kwiaty. "Zachowałem" duszę swoją. A może to tylko pycha?"
"Który przechodzisz się pośród lilii, otoczony chórem dziewic, oblubieniec otoczony chwałą i oblubieńcom oddający nagrody"


"Zapiski więzienne" str. 327
"20 kwietnia 1956, [piątek]
Odjechał dziś biskup Choromański wraz z księdzem Goździewiczem i księdzem Bronisławem Dąbrowskim. Bawili tu od 16 bieżącego miesiąca. Nie przyjechał zapowiedziany biskup Michał Klepacz, pozostający dotąd w szpitalu, po operacji na przepuklinę. Wśród spraw szerzej omawianych, biskup wysunął "sprawę najważniejszą" - mój powrót do Warszawy. Ustawiłem zagadnienia do dyskusji na szerszej płaszczyźnie. Dla mnie "sprawą najważniejszą" jest sprawa poszanowania praw Kościoła, a moja sprawa jest tylko fragmentem w całości. Dlatego wyraziłem przekonanie, że nie można wnosić mojej sprawy w oderwaniu od całości; można natomiast wnosić ją wśród innych spraw. Episkopat powinien - moim zdaniem- spowodować rozmowę Komisji Mieszanej z Premierem albo z Edwardem Ochabem. W tej rozmowie należy wykazać, że postulaty Episkopatu, zgłoszone we wrześniu 1953 roku, na wezwanie Rządu, nie zostały uwzględnione. Należy je na nowo przypomnieć. W oparciu o współczesne nawoływanie do praworządności , można pokusić się o zrewidowanie spraw usuniętych biskupów: Adamskiego z sufraganami, arcybiskupa Baziaka z Krakowa, Kaczmarka z Kielc i mojej z sufraganami. Nie chciałbym wracać do Warszawy wtedy, gdy inni biskupi pozostaną poza swoimi diecezjami. Mógłbym wrócić ostatni, nigdy pierwszy. Gdyby się okazało, że mój powrót byłby niemożliwy, należałoby sprawić, by przynajmniej biskup Baraniak mógł wrócić do Gniezna. Rozmowę należy zakończyć wręczeniem pro memoria na piśmie".
Avatar użytkownika
lucyna
Zbanowany
 
Posty: 2158
Dołączył(a): 1 lut 2010, o 10:04
Lokalizacja: Góry Sanocko-Turczańskie

"Po rzeszowskim podgórzu błądząc Reportaż historyczny"

Postprzez lucyna » 6 gru 2011, o 16:30

Dziś sięgam do kanonu lektur beskidzkich. "Po rzeszowskim podgórzu błądząc Reportaż historyczny" to jedna z najbardziej znanych książek poświęconych etnografii naszego regionu, wychowały się na niej pokolenia miłośników Podkarpacia i przewodników. Jest to barwna opowieść, swoisty dokument napisany na odstawie badań terenowych. Autor wędrując po okolicy zbierał ustne przekazy, utrwalił je dla następnych pokoleń. To jest największy plus tej książki.
Czyta się ją wspaniale ale należy pamiętać o jednym. Ta praca jest specyficzna, należy ją przyjmować z bardzo dużą dozą krytycyzmu jeżeli chodzi o jej walory historyczne. Lekturę warto rozpocząć od przeczytania przedmowy Gerarda Labudy, który miał bardzo wiele uwag dotyczących warstwy historycznej publikacji. Dobrze byłoby też sięgnąć do innych książek dotyczących najwcześniejszych dziejów regionu. Gdy jest się już uzbrojonym w wiedzę historyczną, a także dotyczącą archeologii można pozwolić sobie na to aby lektura wciągnęła nas. Książka jest przeciekawa, czyta się ją jednym tchem. Muszę przyznać, że wielokroć po nią sięgałam i zawsze byłam w stanie coś nowego odkryć. Lektura obowiązkowa.

Spis rzeczy

Gerard Labuda: Przedmowa

Część pierwsza
OD DZIŚ DO PRZEDWCZORAJ

I. Wprowadzenie
1. Charakter wycieczki
2. Karpaty - Beskid Niski i Podgórze Rzeszowskie
3. Topograficzny opis naszego terenu
4. Podgórze
5. Góry łączą, nie dzielą
II. Demonologia ludowa
1. Bieśnik
2. Wróblowa
III. Przedmioty kultów
Na początku zastrzeżenie
1. Węże
2. Kult drzew i roślin
3. Werbowny Buk
4. Święty Buk
5. Woda
6. Kamień
... i na zakończenie części pierwszej

Część druga
MIEJSCA KULTU PRZEDCHRZEŚCIJAŃSKIEGO
1. Kamienna Góra - pierwsza
2. Kamienna Góra - druga
3. Kościelisko
4. Chyb
5. Michałek
6. Połom
7. Chełm
8. Burski Kamień
9. Golesz
Chwile refleksji

Część trzecia
WIELKI PRZEŁOM
I. Którędy w IX wieku chrześcijaństwo weszło na ziemie polskie
Zakończenie, czyli próba syntezy
II. Śladami pierwszych polskich świętych

Część czwarta
...JAKBY TO BYŁO WCZORAJ
I. Beskid Niski spinał dwa Pogórza
Wprowadzenie
1. Matka Boska Harklowska
2. Tarnowiec
3. Matka Boska Starowiejska
4. Kocie Zamki
Na zamknięcie
II. Archiwum drewnem i kamieniem pisane

Przypisy
Indeks nazw geograficznych
Spis ilustracji

Tytuł: "Po rzeszowskim podgórzu błądząc Reportaż historyczny"
Autor: Franciszek Kotula
Wydanie: I
Stron: 349
ISBN:
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Kraków 1974

"3. Matka Boska Starowiejska" str. 277
"[...]W lasach, gdzie dziś Stara Wieś, działy się dziwne rzeczy. Pokazywały się ogromne łuny, biły jakieś dzwony, skrzypiały zamykane ogromne żelazne drzwi. Pokazywały się straszne postacie z płonącymi oczyma, rogami i ogonami. Ludzie tłumaczyli to tym, że Lucyfer przygotowuje sobie ziemski tron. Prosili Matki Boskiej, aby zniszczyła owe diabelskie moce. I oto stał się cud. Pewnego razu na dębie ukazał się prześliczny obraz. Pierwsi spostrzegli go pastusi, którzy wieść o tym zjawisku roznieśli dookoła. Wkrótce u stóp dębu zebrało się mnóstwo ludzi, by popatrzeć w jaśniejące oblicze Marii. Lud podziwiał, ale się i bał. W tym czasie w słowackim miasteczku Humenne stała się niesłychana rzecz: znikł z kościoła cudowny obraz. Ludność rozbiegła się na poszukiwania. I oto dowiedzieli się, że obraz jest w Starej Wsi. W uroczystej procesji przewieziono go z powrotem na Słowację. Lecz wkrótce znowu straszna wieść się poniosła w Humennem: obraz ponownie zniknął. Znalazł się na tym samym dębie w Starej Wsi, gdzie dziś znajduje się statua Matki Boskiej z Dzieciątkiem. W Starej Wsi zapanowała radość, w Humennem smutek. Słowacy znowu przyjechali i znowu obraz zabrali do siebie. Ale teraz przy obrazie postawiono już straż. Mimo tego obraz jeszcze raz znalazł się w Starej Wsi. Słowacy ponownie przyjechali, obraz zabrali. Lecz kiedy procesja znalazła się na granicy między Starą Wsią a Brzozowem, obraz za sprawą dwunastu anielskich chórów, jakie się ukazały, zatrzymał się i żadna siła nie mogła go ruszyć z miejsca. Teraz obraz już na stałe wrócił do Starej Wsi, dokąd od niepamiętnych czasów Słowacy przychodzą do swojej Pani, przynosząc dary i po swojemu śpiewając.

Swata Maria pros za nas
Synacka Tweho każdy cas
Slavna Kralovna nebeska
Maria patronka Uheska
Panna Maria Staroveska

Jak powiadają pielgrzymi w kościele w Humennem miejsce po wielkim ołtarzu jest puste, tamtejsi ludzie wciąż czekają na powrót obrazu.
W tej historii szczególną uwagę musimy zwrócić na wyjątkowe spiętrzenie cudowności i symboliki, właściwość epoki, w której mają miejsce opisywane wydarzenia. Pamiętajmy, że starowiejski obraz pochodzi z XVI wieku. Przychodzi do nas kilkakrotnie i kilkakrotnie wraca na stare miejsce tj. na Słowację. Naturalnie między przychodami, a odejściami musiał upłynąć pewien czas. Mogły to być nie tylko miesiące, ale i lata. W takim razie - czy wędrówki odbywał ten sam obraz?
Powszechna tradycja mówi, że obraz Matki Boskiej szedł z Węgier do Polski nie jedną, ale dwiema drogami: raz przez Przełęcz Dukielską, a drugi przez Pakoszowskie Działy. I rzeczywiście; kapliczki postawione na rzekomych miejscach odpoczynku obrazu wyraźnie zdają się potwierdzać tradycję. [...]"
Avatar użytkownika
lucyna
Zbanowany
 
Posty: 2158
Dołączył(a): 1 lut 2010, o 10:04
Lokalizacja: Góry Sanocko-Turczańskie

"Łemkowie: Proces rozwoju świadomości etnicznej narodu rusna

Postprzez lucyna » 21 gru 2011, o 08:27

Kilka lat temu w Cisnej kupiłam fajną książeczkę ciśniańskiego dziennikarza Teodora Więcka "Łemkowie Proces rozwoju świadomości etnicznej narodu rusnackiego do 1947 r". Niby nic rewelacyjnego, ale... Książeczka składa się z dwóch części: krótkiego wprowadzenia w historię Łemkowszczyzny i pamiętnika o. J. Bachatyniuka z lat 1944-45. Pierwsza część, no cóż warto ją przeczytać. Publikacja ukazała się w 90. rocznicę powstania Ruskiej Ludowej Republiki Łemków. Druga część, czyli pamiętniki, moim zdaniem jest przeciekawa. Ksiądz Bohatiuk pracował przed wojną w parafiach grekokatolickich dekanatu mukulinieckiego. Na początku 1944 r. ucieka z córką na zachód, schronił się na Łemkowszczyźnie, aby potem powrócić wraz z przesiedlonymi Łemkami w Tarnopolskie. Barwna, specyficzna postać związana z ruchem nacjonalistycznym ukraińskim - jego trzej bracia służyli w UPA, o dziwnej mentalności ponoć charakterystycznej dla ówczesnych księży grekokatolickich - to pierwsza myśl, która nasunęła mi się po przeczytaniu pamiętnika. Pamiętnika bardzo interesującego, gdyż Autor przedstawił w sposób realistyczny, wprost dokumentacyjny życie w łemkowskich wsiach.
Książeczka jest skromnie wydana, zawiera wkładkę z archiwalnymi, a także współczesnymi czarno-białymi fotografiami. Autorem przekładu pamiętników jest Albin Pietrus, a kilka słów o o. Bohatiuku skreślił Tadeusz A. Olszański. Tekst pamiętników został też opublikowany w półroczniku "Płaj". Książeczkę można kupić w Cisnej, muszę przyznać, że jest droga, kosztuje około 30 zł lub na allegro - tu można ją nabyć za grosze.



Spis treści

Od autora
ŁEMKOWIE: Proces rozwoju świadomości etnicznej narodu rusnackiego do 1947r.

NA TUŁACZCE - DZIENNIK o. J. BOHATIUKA 1944-1945
W pasie przyfrontowym
Znowu na linii frontu
Przymusowa ewakuacja
W dalszą drogę na tułaczkę
W parafii Desznica. W pobliżu frontu
W nieznaną drogę
Tymczasowy pobyt w Bodakach
Na placówce duszpasterskiej w parafii Bednarka
Bolszewicka ofensywa i przełamanie niemieckiego frontu
Przyjście frontu
Na swoim gazdostwie


Tytuł: "Łemkowie: Proces rozwoju świadomości etnicznej narodu rusnackiego do 1947r."
Autor: Teodor Więcek
Wydanie: I
Stron: 86
ISBN: 978-83-61084-80-8
Wydawca: Krośnieńska Oficyna Wydawnicza
Cisna 2008

" PIĄTEK 8.XII.1944. Dzisiaj jeździłem do Gorlic do urzędu wyżywienia w sprawie należnych mi przydziałów żywności, jako wysiedleńcowi. Marne te przydziały dla ewakuowanych. Na miesiąc i na osobę przydzielają 6 kg zboża, 15 dag cukru, 25 dag kawy i 25 dag pęczaku albo 25 dag makaronu, to wszystko. Bardzo solidnie opiekuje się rząd wysiedleńcami. Władza wojskowa, która nas wysiedliła, ręczyła, że rząd się nami zaopiekuje, da pomieszczenia i żywność itd. Wiedziałem od razu, że to kłamstwo i dlatego nie dziwiłem się bardzo, kiedy dowiedziałem się o tym przydziale. Bardzo on mizerny, a tak go ciężko otrzymać. W urzędzie wyżywienia powiedzieli mi, że przydziały na żywność wydadzą mi wtedy, gdy wójt wpisze mnie na listę. Po przydziały mam się zgłosić w zbiorczej gromadzie w Lipinkach, a na razie mam czekać.

NIEDZIELA 17.XII.1944. We wsi dzisiaj wieczorem zdarzył się przykry wypadek: jeden z wziętych do niewoli bolszewików, który służył przy armii niemieckiej i tu kwaterował, zabił miejscową dziewczynę Anastazję Juszczak. Nie nieznane jest tło tej sprawy, jednak z postępowania tego żołnierza i jego zeznań można wnosić, że morderstwa dopuścił się z powodów erotycznych. Od kilku dni żołnierz ten kwaterował w domu wymienionej dziewczyny i prawdopodobnie zalecał się do niej. Dziewczyna miała we wsi dobrą opinię, była uczciwa i religijna i pewnie nie chciała nawiązać z nim bliższej znajomości. Wieczorem, kiedy poszła do sąsiadów, morderca zapytał się jej rodziców, czy nie chcieliby go za zięcia, kiedy otrzymał o nich odpowiedź, że jest to niemożliwe, bo n jest żonaty i ma dwoje dzieci, popadł w szał. Złapał karabin i z krzykiem "zabiję" wybiegł z domu. Rodzice nie spodziewali się niczego złego. W domu sąsiada, do którego poszła, było jeszcze kilka dziewcząt i chłopców, którzy nie spodziewali się niczego złego, spokojnie rozmawiali. Pośród tego wbiegł żołnierz i od razu wycelował z karabinu do dziewczyny, trzema strzałami zabił ją na miejscu. Zabójca dokonawszy obrzydliwego dzieła nie uciekał. Na miejscowej komendanturze przy protokole powiedział, że nie wie, dlaczego ją zabił. Wojskowy sąd skazał go na karę śmierci. Wypadek ten wywołał we wsi bardzo przykre wrażenie i zarazem stał się przestrogą, że ludzi bezbożnych i nieznanych trzeba bardzo unikać."

"Poniedziałek 25.VI.1945 Areszty NKWD. Przed dwoma tygodniami w sąsiednich wsiach Męcinie i Wapiennem przeprowadzono aresztowania. W Męcinie aresztowano dwóch nauczycieli tamtejszych (z Galicji) i kilku wieśniaków, a w Wapiennym aresztowali trzech, którzy wrócili z powrotem z ZSRR i ich rodziców. Ci uciekinierzy z ZSRR jeszcze w lutym tego roku wyjechali do "raju" i na własne oczy zobaczyli jak on wygląda. Powrócili do domu i pod wpływem ich wieści z raju wymienione wsie odmówiły wyjazdu, choć podpisały już wcześniej zgodę. Aresztowania te przeprowadzono oczywiście z zamiarem zmuszenia wsi do wyjazdu. I oczywiście NKWD cel swój osiągnęło. Aresztowani podpisali prośbę o wyjazd do ZSRR i kilku wypuścili na wolność. Wymienione wsie przestraszone aresztowaniami prawie w całości podpisały podanie o przesiedlenie".
Avatar użytkownika
lucyna
Zbanowany
 
Posty: 2158
Dołączył(a): 1 lut 2010, o 10:04
Lokalizacja: Góry Sanocko-Turczańskie

"Pamiętnik "Muchy"

Postprzez lucyna » 4 mar 2012, o 09:14

Poszukując informacji o rzezi wołyńskiej i czerwonej partyzantce sięgnęłam do wspomnień Mikołaja Kunickiego "Pamiętnik "Muchy" wydanych w 1967 r. Kunicki "Mucha" był dowódcą sowiecko-polskiego oddziału partyzanckiego stworzonego na Wołyniu, działali na terenie Kresów, w Lasach Janowickich i w Bieszczadach. Kunicki "Mucha" łączył swoje siły z innymi oddziałami partyzanckimi np. "Ojca Jana", Mieczysława Moczara, a na naszym terenie z współpracował z oddziałem samoobrony Pawłusiewicza (pisałam już o niezmiernie interesujących wspomnieniach Pułkownika "Na dnie jeziora"). Miałam przyjemność/nieprzyjemność jako dzieciak poznać autora pamiętników. Uczestniczył on w pogawędkach w bieszczadzkich szkołach, w corocznych rajdach szlakiem Kunickiego "Muchy". Na jednym ze spotkań partyzant złamał wypracowany schemat opowiadania i rozpoczął szczerą rozmowę o byciu partyzantem, o wojnie. Byłam zaszokowana, do tego stopnia wstrząśnięta, że zapamiętałam jego opowieści o tym wyjątkowym piekle, którego był też współtwórcą. O okrucieństwie, bezpardonowej walce, o zbrodniach dokonanych na ludności cywilnej czy wziętych do niewoli jeńcach, o traktowaniu pojmanych przez partyzantów niemieckich prostytutek. Nie wytrzymałam (miałam 9-10 lat, wcisnęłam się w grono osób znacznie starszych, siedziałam ukryta wśród nóg innych uczestników spotkania) i spytałam się: to czym się pan różnił od band UPA? Pamiętnik Kunickiego "Muchy" jest ocenzurowany, być może przez samego autora, być może przez system. Nie mi sądzić, na pewno autor w sposób rzetelny nie przedstawia swoich losów i dziejów swojego oddziału. Oczywiście, wspomnienia są podlane sosem internacjonalistyczno-komunistycznym. Jest to szczególnie widoczne przy lekturze Wstępu autorstwa Stanisława Wrońskiego. Hmm, muszę przyznać iż ten historyk potrafił w wykoślawiać fakty, oj potrafił, a w przedstawianiu wizji świata internacjonalistycznego był mistrzem.
Książka jest ciekawa, fajnie się ją czyta, mimo tego, że ma koszmarne dialogi. Droga tego oddziału wiodąca do wolności była bardzo uciążliwa, wiodła przez liczne bitwy, brawurowe akcje, przez trudny dnia codziennego. Sam dowódca był postacią nietuzinkową, bardzo skomplikowaną, kontrowersyjną, kierującą się zasadą: oko za oko, ząb, za ząb. Bardzo ciekawe są pierwsze rozdziały książki, w których autor przedstawia początki istnienia oddziału. Mikołaj Kunicki "Mucha" został zmobilizowany przez Niemców do orkiestry 104 batalionu Schutzpolizei w Kobryniu, potem uczył się w szkole w Brześciu, wraz z częścią kolegów różnej narodowości z 4 kompanii Schutzpolizei stworzył oddział, który przyłączył się do czerwonej partyzantki.
Moim zdaniem, mimo tego, że autor przedstawił losy oddziału w sposób wybiórczy, należy zapoznać się z tymi wspomnieniami.

Jak wyglądało życie partyzanckie, takie nieocenzurowane, możemy przekonać się czytając relację Kunickiego zamieszczoną w internecie.
Pozwoliłam sobie ją zacytować (źródło niepewne, ale tę historię znam z ust Kunickiego "Muchy") i skonfrontować z fragmentem książki.

Tytuł: "Pamiętnik "Muchy"
Autor: Mikołaj Kunicki
Wydanie: II
Stron: 377
ISBN:
Wydawca: Książka i Wiedza
Warszawa 1967


Fragment znaleziony w internecie, relacja Kunickiego "Muchy"
"W sierpniową ciepłą noc zwiad konny przyprowadził chłopaka, lat około 5, do namiotu sztabowego. Chłopaczek, w jednej koszulce, drżał jak liść osiki ze strachu. - Skąd go wzięliście - zapytałem? - Szedł prosto do naszego Zjednoczenia od strony Chinoczy. - Jak się nazywasz syneczku? - Stasio, prosę pana. - A nazwisko twoje? - Stasio. - A skąd ty jesteś? - Z domu. - A z jakiej wioski? - Z domu. - A po co tutaj przyszedłeś? - Tatuś mi powiedział, że w tej stronie są partyzanci polscy. - A kiedy ci mówił? - Dawno. - A gdzie jest tatuś? - Leży na podłodze, bo mu główkę odrąbali. - A kto odrąbał? - Ludzie siekierą. - A gdzie jest mama twoja? - Też leży, i Wanda leży, i Helunia leży, i Romek leży, wszyscy leżą. - A gdzie ty byłeś? - Ja leżałem pod łóżkiem.
(...)
Ruszyliśmy pełnym galopem, aż koniom w brzuchach zagrało, a dwa plutony piechoty ruszyły ile sił w nogach na przełaj do Chinoczy. Na zastawie, przy drodze, oparty o drzewo siedział człowiek o kolorze dojrzałej śliwki z czerwonymi oczami, kawałkiem papieru do pisania. - Co to za murzyn? - zapytałem dowódcę zastawy. To nie murzyn, to jest Ukrainiec, nasz informator z Chinoczy Andrij. - Czy on jest ranny? - zapytałem? - Nie, tylko mówić nie może, bo był duszony postronkiem (...) Złapałem ten papier i zacząłem czytać: Jestem wasz Andrij (Andrzej), przed północą przyszli moi sąsiedzi z Chinoczy, związali mi ręce do tyłu, zarzucili mi na szyję postronek i zaprowadzili mnie w olszynę, gdzie było bagno i tym postronkiem dusili mnie (...) i ja upadłem w płytkie bagno i myśleli, że już nie żyję, że mnie zadusili, wówczas rozwiązali mi ręce, zdjęli postronek z szyi i wrzucili mnie w bagno dalej od brzegu i poszli do domu. - A kto wymordował Polaków? - Ci wymordowali, co mnie dusili. - A skąd wiesz, że oni? Sami mówili do mnie, że twoi przyjaciele Lachy leżą pokotem bez głów. Rugali mnie, że jestem zdrajcą, że zdradziłem Ukrainę, że poszedłem służyć Lachom i czerwonej Moskwie.(...)
Wkroczyliśmy do osady Chinocze. (...) wszystkich dorosłych mieszkańców zebrali[śmy] na końcu ulicy, od strony lasu, na zebranie [w miejscu] dokonanej ostatniej nocy zbrodni. (...)
Mordercom kazałem usiąść na zagacie i jeszcze raz zapytałem ich: O co prosicie, o śmierć, czy życie? - Życie panoczku, życie. Wtem usłyszałem spazmatyczny głos żeński i (...) zobaczyłem, jak z tłumu matki i żony bandytów popychają poprzód siebie swoje dzieci z krzykiem: „Całujcie pana ręce i nogi, żeby nie zabijał naszego tatka" i same też rzuciły się do mych nóg. (...)
Rozkazuję każdemu bandycie z bliskiej odległości przestrzelić z pistoletu kolana u nóg i łokcie u rąk. Tak, żeby oni nie mogli władać rękami, ani też nogami. Rozkaz wykonano. Już nigdy mordować nie będą."

"Pamiętnik "Muchy"
"Spotkanie pośmiertne
Kiedy ludność cywilna narodowości polskiej dowiedziała się, że mój oddział przyjmuje wszystkich Polaków w szeregi partyzanckie i opiekuje się całymi rodzinami, zjawił się pewnego dnia leśniczy czy nadleśniczy nazwiskiem Maciejewski. Był to człowiek lat 50, wysoki, szpakowaty, o inteligentnym wyglądzie. Od razu zauważyłem u niego silne przygnębienie.
- Co pana skłoniło do wstąpienia w nasze szeregi partyzanckie"? - zapytałam go - Pan jest już starszy i na pewno przyzwyczajony do dobrych warunków życiowych. U nas pan tego nie będzie miał. Czeka pana ciężkie życie w naszych szeregach: ciężkie marsze, ciężkie walki, głodówka, a tylko czasem lepszy byt i trochę wesołości.
Zamyślił się Maciejewski i odpowiedział:
- Do ciężkiego życia przywykłem, a o rozkoszy i wesołości muszę zapomnieć do samej śmierci. Pochodzę z okolic Ustrzyk Górnych, z Lutowisk. Miałem żonę, wie córki i dwóch synów, jak orłów. Wszyscy zostali zamordowani przez bandę.
- Jak to się stało?
- Wczesnym wieczorem, tuż po zachodzie słońca, banda okrążyła mój dom. Byłem akurat u sąsiadów. Zauważyłem stamtąd wielki ruch na ulicy i wokół moje domu. Schowałem się w ogrodzie. Słyszałem, jak mordowali moją rodzinę. Moja żona i dzieci nadaremnie wołali pomocy.
Jak się ściemniło, banda zaczęła palić budynki, wtedy wycofałem się i tak dobrnąłem do was, partyzantów. Ale po co ja uciekłem? Niechbym i ja tam razem z nimi zginął - dodał Maciejewski i zamyślił się.
[...]
Do oddziału przybywało coraz to więcej uciekinierów. Aż raz wartownicy przyprowadzili dwóch wysokich chłopców, lat około 18 i 20. Chłopcy ci byli przystojni, młodszy bardzo przestraszony, starszy spoglądał ponuro. Obaj byli brudni, bez czapek.
- Skąd wy jesteście? - zapytałem ich.
- Z okolic Ustrzyk Górnych.
- Narodowość?
- Polska.
- Dlaczego chcecie być partyzantami?
- Banda wymordowała nam rodzinę.
- Za co?
- Nie wiemy.
- Nazwiska wasze?
- Maciejewscy.
- Kim był wasz ojciec?
- Leśniczym.
- Czy widzieliście jak banda mordowała waszego ojca?
- Widzieć tośmy nie widzieli, ale na pewno nie żyje, bo bandyci okrążyli cała wioskę i urządzili rzeź.
- A w jaki sposób wy obaj uratowaliście się?
- Nas złapali w domu - zaczął starszy. - Zbili i zamknęli w piwnicy.
Drzwi zatarasowali bronami, pługami, postawili wartownika. A my i tak uciekliśmy, przez sekretny otwór prowadzący do sadu, a potem w las.
- Co się stało z matką i siostrami?
- Matkę przy nas zamordowano, gdy broniła nas przed biciem, młodszą siostrę zabili, jak rzuciła się w obronie matki. Starsza siostra w czasie okrążenia wyszła po wodę i już nie wróciła, bo ją złapali.
- Siadajcie chłopcy - zaprosiłem - jesteście zmęczeni.
Radiotelegrafiście Żorce szepnąłem na ucho, żeby przyprowadzili leśniczego.
[...]
W parę dni później mój zwiad przyprowadził 4 Hucułki, które z tobołkami na plecach szły w niewiadomym kierunku. Każda z nich była obwiązana chustką, opasana kolorowymi pasami, w skórzanych łapciach huculskich ze spiczastymi, do gór zadartymi nosami. Chustki miały tak pozasuwane na oczy, że z trudnością można było zauważyć twarze.
- Skąd wy jesteście? - zapytałem. Zaczęły wymieniać nazwy wiosek, których jeszcze nie znałem. Wokół nich zgromadzili się partyzanci, z zaciekawieniem oglądający Hucułki.
- Zdjąć toboły! - rozkazałem.
Zdjęły.
- Tak gorąco, a wy w chustkach? Zdjąć chustki.
Zdjęły.
- U - u - u - ryknęli partyzanci - jaka ładna ta środkowa.
- Spokój! - krzyknąłem.
Bractwo ucichło. Spojrzałem na kobiety - fakt, jedna była śliczna.
- Ty Hucułka? - spytałem się.
- T-t-ak - odpowiedziała z trudem.
W tym czasie podszedł do mnie szybkim krokiem Maciejewski Tadeusz, stanął na baczność i nie zwracając uwagi na nikogo, chciał coś zameldować, a wtedy śliczna Hucułka krzyknęła przeraźliwym głosem:
- Tadziu, ty żyjesz?
Była to właśnie starsza siostra, która poszła po wodę. Przybyłe kobiety nie były Hucułkami, lecz Polkami przebranymi w huculski strój. Siostrze udało się przebrnąć przez pierścień bandycki do chaty chłopów, którzy ją przechowali parę dni na strychu, nie wydając w ręce bandytów.Po kilkudniowym pobycie w tej chacie postanowiła przedostać się do znajomych. Nie zdążyła jednak, bo przybył do tej wioski ten sam oddział, który zamordował jej matkę i siostrę, a dowódca bandy zakwaterował się w tym samym domu, gdzie ona zatrzymała się u znajomych Hucułów.
Dowódca bandy zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, zaprosił ją na obiad i oświadczył, że gotów się z nią ożenić. [...]"
Avatar użytkownika
lucyna
Zbanowany
 
Posty: 2158
Dołączył(a): 1 lut 2010, o 10:04
Lokalizacja: Góry Sanocko-Turczańskie

podsumowanie watku

Postprzez HieronimDWed » 10 lut 2015, o 13:18

Obadałem wiele witryn oraz blogów, żeby odnaleźć podobny temat. Ulga, że w ogóle ktoś poruszył zagadnienie oraz pragnął wypowiedzieć się na łamach sieci. A tu proszę, cała wiedza w jednym wątku. Z radością odczytywałem wszelkie wpisy. Zabawnie, jednakowoż z klasą oraz merytorycznie. Korzystna robota!
HieronimDWed
Stonka bieszczadzka
 
Posty: 1
Dołączył(a): 7 lut 2015, o 22:58
Lokalizacja: Polska

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Mapy, przewodniki i inne wydawnictwa z regionu

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zarejestrowanych użytkowników i 0 gości


Loading

O F I C J A L N E    F O R U M    D Y S K U S Y J N E    S E R W I S Ó W:
               

Forum bieszczadzkieforum.pl używa plików typu cookies do poprawnego działania strony, w celach statystycznych, reklamowych, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz by umożliwić logowanie zarejestrowanym użytkownikom. Korzystanie z forum bieszczadzkieforum.pl, bez zmian ustawień w używanej przez Państwa przeglądarce internetowej oznacza zgodę na wykorzystywanie technologii cookies i zapisywanie ich w pamięci Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

cron