przez lucyna » 4 mar 2012, o 09:14
Poszukując informacji o rzezi wołyńskiej i czerwonej partyzantce sięgnęłam do wspomnień Mikołaja Kunickiego "Pamiętnik "Muchy" wydanych w 1967 r. Kunicki "Mucha" był dowódcą sowiecko-polskiego oddziału partyzanckiego stworzonego na Wołyniu, działali na terenie Kresów, w Lasach Janowickich i w Bieszczadach. Kunicki "Mucha" łączył swoje siły z innymi oddziałami partyzanckimi np. "Ojca Jana", Mieczysława Moczara, a na naszym terenie z współpracował z oddziałem samoobrony Pawłusiewicza (pisałam już o niezmiernie interesujących wspomnieniach Pułkownika "Na dnie jeziora"). Miałam przyjemność/nieprzyjemność jako dzieciak poznać autora pamiętników. Uczestniczył on w pogawędkach w bieszczadzkich szkołach, w corocznych rajdach szlakiem Kunickiego "Muchy". Na jednym ze spotkań partyzant złamał wypracowany schemat opowiadania i rozpoczął szczerą rozmowę o byciu partyzantem, o wojnie. Byłam zaszokowana, do tego stopnia wstrząśnięta, że zapamiętałam jego opowieści o tym wyjątkowym piekle, którego był też współtwórcą. O okrucieństwie, bezpardonowej walce, o zbrodniach dokonanych na ludności cywilnej czy wziętych do niewoli jeńcach, o traktowaniu pojmanych przez partyzantów niemieckich prostytutek. Nie wytrzymałam (miałam 9-10 lat, wcisnęłam się w grono osób znacznie starszych, siedziałam ukryta wśród nóg innych uczestników spotkania) i spytałam się: to czym się pan różnił od band UPA? Pamiętnik Kunickiego "Muchy" jest ocenzurowany, być może przez samego autora, być może przez system. Nie mi sądzić, na pewno autor w sposób rzetelny nie przedstawia swoich losów i dziejów swojego oddziału. Oczywiście, wspomnienia są podlane sosem internacjonalistyczno-komunistycznym. Jest to szczególnie widoczne przy lekturze Wstępu autorstwa Stanisława Wrońskiego. Hmm, muszę przyznać iż ten historyk potrafił w wykoślawiać fakty, oj potrafił, a w przedstawianiu wizji świata internacjonalistycznego był mistrzem.
Książka jest ciekawa, fajnie się ją czyta, mimo tego, że ma koszmarne dialogi. Droga tego oddziału wiodąca do wolności była bardzo uciążliwa, wiodła przez liczne bitwy, brawurowe akcje, przez trudny dnia codziennego. Sam dowódca był postacią nietuzinkową, bardzo skomplikowaną, kontrowersyjną, kierującą się zasadą: oko za oko, ząb, za ząb. Bardzo ciekawe są pierwsze rozdziały książki, w których autor przedstawia początki istnienia oddziału. Mikołaj Kunicki "Mucha" został zmobilizowany przez Niemców do orkiestry 104 batalionu Schutzpolizei w Kobryniu, potem uczył się w szkole w Brześciu, wraz z częścią kolegów różnej narodowości z 4 kompanii Schutzpolizei stworzył oddział, który przyłączył się do czerwonej partyzantki.
Moim zdaniem, mimo tego, że autor przedstawił losy oddziału w sposób wybiórczy, należy zapoznać się z tymi wspomnieniami.
Jak wyglądało życie partyzanckie, takie nieocenzurowane, możemy przekonać się czytając relację Kunickiego zamieszczoną w internecie.
Pozwoliłam sobie ją zacytować (źródło niepewne, ale tę historię znam z ust Kunickiego "Muchy") i skonfrontować z fragmentem książki.
Tytuł: "Pamiętnik "Muchy"
Autor: Mikołaj Kunicki
Wydanie: II
Stron: 377
ISBN:
Wydawca: Książka i Wiedza
Warszawa 1967
Fragment znaleziony w internecie, relacja Kunickiego "Muchy"
"W sierpniową ciepłą noc zwiad konny przyprowadził chłopaka, lat około 5, do namiotu sztabowego. Chłopaczek, w jednej koszulce, drżał jak liść osiki ze strachu. - Skąd go wzięliście - zapytałem? - Szedł prosto do naszego Zjednoczenia od strony Chinoczy. - Jak się nazywasz syneczku? - Stasio, prosę pana. - A nazwisko twoje? - Stasio. - A skąd ty jesteś? - Z domu. - A z jakiej wioski? - Z domu. - A po co tutaj przyszedłeś? - Tatuś mi powiedział, że w tej stronie są partyzanci polscy. - A kiedy ci mówił? - Dawno. - A gdzie jest tatuś? - Leży na podłodze, bo mu główkę odrąbali. - A kto odrąbał? - Ludzie siekierą. - A gdzie jest mama twoja? - Też leży, i Wanda leży, i Helunia leży, i Romek leży, wszyscy leżą. - A gdzie ty byłeś? - Ja leżałem pod łóżkiem.
(...)
Ruszyliśmy pełnym galopem, aż koniom w brzuchach zagrało, a dwa plutony piechoty ruszyły ile sił w nogach na przełaj do Chinoczy. Na zastawie, przy drodze, oparty o drzewo siedział człowiek o kolorze dojrzałej śliwki z czerwonymi oczami, kawałkiem papieru do pisania. - Co to za murzyn? - zapytałem dowódcę zastawy. To nie murzyn, to jest Ukrainiec, nasz informator z Chinoczy Andrij. - Czy on jest ranny? - zapytałem? - Nie, tylko mówić nie może, bo był duszony postronkiem (...) Złapałem ten papier i zacząłem czytać: Jestem wasz Andrij (Andrzej), przed północą przyszli moi sąsiedzi z Chinoczy, związali mi ręce do tyłu, zarzucili mi na szyję postronek i zaprowadzili mnie w olszynę, gdzie było bagno i tym postronkiem dusili mnie (...) i ja upadłem w płytkie bagno i myśleli, że już nie żyję, że mnie zadusili, wówczas rozwiązali mi ręce, zdjęli postronek z szyi i wrzucili mnie w bagno dalej od brzegu i poszli do domu. - A kto wymordował Polaków? - Ci wymordowali, co mnie dusili. - A skąd wiesz, że oni? Sami mówili do mnie, że twoi przyjaciele Lachy leżą pokotem bez głów. Rugali mnie, że jestem zdrajcą, że zdradziłem Ukrainę, że poszedłem służyć Lachom i czerwonej Moskwie.(...)
Wkroczyliśmy do osady Chinocze. (...) wszystkich dorosłych mieszkańców zebrali[śmy] na końcu ulicy, od strony lasu, na zebranie [w miejscu] dokonanej ostatniej nocy zbrodni. (...)
Mordercom kazałem usiąść na zagacie i jeszcze raz zapytałem ich: O co prosicie, o śmierć, czy życie? - Życie panoczku, życie. Wtem usłyszałem spazmatyczny głos żeński i (...) zobaczyłem, jak z tłumu matki i żony bandytów popychają poprzód siebie swoje dzieci z krzykiem: „Całujcie pana ręce i nogi, żeby nie zabijał naszego tatka" i same też rzuciły się do mych nóg. (...)
Rozkazuję każdemu bandycie z bliskiej odległości przestrzelić z pistoletu kolana u nóg i łokcie u rąk. Tak, żeby oni nie mogli władać rękami, ani też nogami. Rozkaz wykonano. Już nigdy mordować nie będą."
"Pamiętnik "Muchy"
"Spotkanie pośmiertne
Kiedy ludność cywilna narodowości polskiej dowiedziała się, że mój oddział przyjmuje wszystkich Polaków w szeregi partyzanckie i opiekuje się całymi rodzinami, zjawił się pewnego dnia leśniczy czy nadleśniczy nazwiskiem Maciejewski. Był to człowiek lat 50, wysoki, szpakowaty, o inteligentnym wyglądzie. Od razu zauważyłem u niego silne przygnębienie.
- Co pana skłoniło do wstąpienia w nasze szeregi partyzanckie"? - zapytałam go - Pan jest już starszy i na pewno przyzwyczajony do dobrych warunków życiowych. U nas pan tego nie będzie miał. Czeka pana ciężkie życie w naszych szeregach: ciężkie marsze, ciężkie walki, głodówka, a tylko czasem lepszy byt i trochę wesołości.
Zamyślił się Maciejewski i odpowiedział:
- Do ciężkiego życia przywykłem, a o rozkoszy i wesołości muszę zapomnieć do samej śmierci. Pochodzę z okolic Ustrzyk Górnych, z Lutowisk. Miałem żonę, wie córki i dwóch synów, jak orłów. Wszyscy zostali zamordowani przez bandę.
- Jak to się stało?
- Wczesnym wieczorem, tuż po zachodzie słońca, banda okrążyła mój dom. Byłem akurat u sąsiadów. Zauważyłem stamtąd wielki ruch na ulicy i wokół moje domu. Schowałem się w ogrodzie. Słyszałem, jak mordowali moją rodzinę. Moja żona i dzieci nadaremnie wołali pomocy.
Jak się ściemniło, banda zaczęła palić budynki, wtedy wycofałem się i tak dobrnąłem do was, partyzantów. Ale po co ja uciekłem? Niechbym i ja tam razem z nimi zginął - dodał Maciejewski i zamyślił się.
[...]
Do oddziału przybywało coraz to więcej uciekinierów. Aż raz wartownicy przyprowadzili dwóch wysokich chłopców, lat około 18 i 20. Chłopcy ci byli przystojni, młodszy bardzo przestraszony, starszy spoglądał ponuro. Obaj byli brudni, bez czapek.
- Skąd wy jesteście? - zapytałem ich.
- Z okolic Ustrzyk Górnych.
- Narodowość?
- Polska.
- Dlaczego chcecie być partyzantami?
- Banda wymordowała nam rodzinę.
- Za co?
- Nie wiemy.
- Nazwiska wasze?
- Maciejewscy.
- Kim był wasz ojciec?
- Leśniczym.
- Czy widzieliście jak banda mordowała waszego ojca?
- Widzieć tośmy nie widzieli, ale na pewno nie żyje, bo bandyci okrążyli cała wioskę i urządzili rzeź.
- A w jaki sposób wy obaj uratowaliście się?
- Nas złapali w domu - zaczął starszy. - Zbili i zamknęli w piwnicy.
Drzwi zatarasowali bronami, pługami, postawili wartownika. A my i tak uciekliśmy, przez sekretny otwór prowadzący do sadu, a potem w las.
- Co się stało z matką i siostrami?
- Matkę przy nas zamordowano, gdy broniła nas przed biciem, młodszą siostrę zabili, jak rzuciła się w obronie matki. Starsza siostra w czasie okrążenia wyszła po wodę i już nie wróciła, bo ją złapali.
- Siadajcie chłopcy - zaprosiłem - jesteście zmęczeni.
Radiotelegrafiście Żorce szepnąłem na ucho, żeby przyprowadzili leśniczego.
[...]
W parę dni później mój zwiad przyprowadził 4 Hucułki, które z tobołkami na plecach szły w niewiadomym kierunku. Każda z nich była obwiązana chustką, opasana kolorowymi pasami, w skórzanych łapciach huculskich ze spiczastymi, do gór zadartymi nosami. Chustki miały tak pozasuwane na oczy, że z trudnością można było zauważyć twarze.
- Skąd wy jesteście? - zapytałem. Zaczęły wymieniać nazwy wiosek, których jeszcze nie znałem. Wokół nich zgromadzili się partyzanci, z zaciekawieniem oglądający Hucułki.
- Zdjąć toboły! - rozkazałem.
Zdjęły.
- Tak gorąco, a wy w chustkach? Zdjąć chustki.
Zdjęły.
- U - u - u - ryknęli partyzanci - jaka ładna ta środkowa.
- Spokój! - krzyknąłem.
Bractwo ucichło. Spojrzałem na kobiety - fakt, jedna była śliczna.
- Ty Hucułka? - spytałem się.
- T-t-ak - odpowiedziała z trudem.
W tym czasie podszedł do mnie szybkim krokiem Maciejewski Tadeusz, stanął na baczność i nie zwracając uwagi na nikogo, chciał coś zameldować, a wtedy śliczna Hucułka krzyknęła przeraźliwym głosem:
- Tadziu, ty żyjesz?
Była to właśnie starsza siostra, która poszła po wodę. Przybyłe kobiety nie były Hucułkami, lecz Polkami przebranymi w huculski strój. Siostrze udało się przebrnąć przez pierścień bandycki do chaty chłopów, którzy ją przechowali parę dni na strychu, nie wydając w ręce bandytów.Po kilkudniowym pobycie w tej chacie postanowiła przedostać się do znajomych. Nie zdążyła jednak, bo przybył do tej wioski ten sam oddział, który zamordował jej matkę i siostrę, a dowódca bandy zakwaterował się w tym samym domu, gdzie ona zatrzymała się u znajomych Hucułów.
Dowódca bandy zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, zaprosił ją na obiad i oświadczył, że gotów się z nią ożenić. [...]"