Rawa... lux!

Opisy i fotorelacje z pobytu w Bieszczadach

Rawa... lux!

Postprzez Zygmunt Skibicki » 22 lip 2011, o 20:22

Rawa... lux!

To był widoczny początek bez wątpienia pięknej wiosny. Z uczelnianego laboratorium na piątym piętrze monumentalnego gmachu "włókna" tęsknie spoglądałem na gęstniejące zielenią korony drzew Parku Poniatowskiego. Kończył się kwiecień. Do końca semestru został jeszcze z górą miesiąc. Jak to wytrzymać w paskudnych oparach chemikaliów...
-„Od Turbacza wieje wiatr, niesie nam tę wieść...” -zza pleców doleciał fałszujący zaśpiew i smętne westchnięcie Romana, mojego towarzysza licznych górskich eskapad. Stał zapatrzony ni to w uniesioną szklaną kolbę z mętnym czymściś ni to w słońcem zalaną dal ponad parkiem. Jego biały niegdyś fartuch, podobnie jak mój miał liczne powyżerane dziury i masę różnokolorowych plam – oczywiste dowody kilkuletnich eksperymentów chemicznych i świadectwo zakorzenionej abnegacji.
-Urwał nać! Śniegi schodzą... -rzuciłem z pozoru bez sensu, bo za oknem śniegu nie było już od ponad miesiąca. Ale Romek wiedział, o czym mówię...
-Taaa... –Roman pociągnął dłonią po trupio bladej twarzy i kruczej brodzie - a wiesz, wczoraj dzwonił ktoś z uniwerku i szukał pilota grupy rajdowej.
Powiedział to, tak od niechcenia - niby nic ważnego. Nie patrzył na mnie. Wpatrywał się w zamknięty w szkle i kołyszący się „zajzajer”, który miał mu dać kolejne, niezbędne zaliczenie na przedinżynierskiej drodze i jakby tylko relacjonował mało znaczący fakt.
-Taak? A gdzie ten rajd? – też udawałem małe zainteresowanie tematem i pochyliłem się nad moimi zaliczeniowymi miksturami, które właśnie chłodziły się w łaźni wodnej.
-Nic wielkiego... Bieszczady.
-A konkretnie?
-Spacerek. Od Ustrzyk Górnych do Komańczy – trzy dni. Dwadzieścia sztuk z socjologii. Chcą się przewietrzyć. Wiedzą, że jest śnieg. Tylko... nikt z nich jeszcze nigdy nie był w górach nawet latem... Trochę się pietrają.
-I mają rację... Kiedy?
...............................................
Wczesny ranek wymiótł nas z ciepłych łóżek ustrzyckiego schroniska. Prowadzenie wczesną wiosną grupy rajdowej w Bieszczadach to zadanie z gruntu proste, ale może też być wiele niespodzianek. Śniegi zwykle leżą już tylko na północnych stokach i głębszych dolinach. Od południa wszystko bywa wytopione ba, czasem jest już świeża trawa.
Wszystko zależy od wyboru trasy, pogody i oczywiście samej grupy. Nijak nie można przekonać mieszczuchów, że kalosze nie są dobrym obuwiem na wiosenne, w dalszym ciągu głębokie śniegi. Zawsze trafi się kilka „najmądrzejszych” osób i oczywiście zaliczają całą trasę rajdu w autobusach. Jest to wszak wygodne dla całej reszty grupy – ktoś robi zakupy, zagospodarowuje miejsca noclegów i z nudów pichci kolację, gdy reszta walczy na garbatej trasie.
To wszystko miało nas czekać dopiero następnego dnia. Na dzisiaj mieliśmy ambitne zadanie: sprawdzić pierwszy etap rajdu –Rawki i Dział -jeszcze przed przyjazdem grupy. Nie najwyższe to szczyty, ale od Ustrzyk Górnych trzeba podchodzić północnym, mocno zalesionym grzbietem. W dodatku początek szlaku wchodzi w głęboką, północną dolinę. Nie trzeba było nawet tam zaglądać żeby wiedzieć – na dole będzie dobre pół metra ciężkiego, mokrego śniegu a wyżej... któż to wie?
Takie sprawdzenie trasy zwykle robią organizatorzy rajdu, ale na tydzień, dwa przed rajdem. Sprawdzenie w przeddzień dużo bardziej zwiększa bezpieczeństwo zazwyczaj kiepsko przygotowanej grupy rajdowej. Wystarczy sprawdzić pierwszy etap. Na kolejnych będzie bardzo podobnie.
Rozczochrany Lutek siedział w recepcji i wchłaniał śniadanie. Wchłaniał... bo inaczej nie dało się tego nazwać. Spory talerz kanapek przygotowanych zapewne przez kolejną „damę serca” Bieszczadzkiego Wilka błyskawicznie topniał przed nim.
-Tylko nie właźcie do kotła. Tam strasznie „wisi” i za chwilę zjedzie z byle powodu –nie do końca wyraźnie to powiedział, bo nie przerywając jedzenia popijał kolejną pajdę chleba.
Nie za dobrze widziałem poprzedniego dnia wieczorem ten nawis, bo było pod zachodzące słońce, ale dobrze wiedziałem, że musi tam być. Tak było każdej wiosny.
W północnym kotle pod Wielką Rawką każdego roku zbierał się ogromny nawis. To południowe wiatry nawiewały od Słowacji wielkie masy śniegu, które po przejściu ponad grzbietem szybko osiadały na zasysającym je, opadającym stoku. Wiosną południowe stoki ogrzewane słońcem i ciepłym wiatrem odsłaniały się a na samym grzbiecie słońce „zlizywało” powłokę śnieżną i nawis tracił z każdym dniem swoją przyczepność i stabilność. Wreszcie odtopiony od grzbietu musiał pod własnym, gigantycznym ciężarem runąć w dół kosząc wszystko po drodze. Każdego roku tak było. Wielkie, wygolone z drzew lawinisko dobrze widoczne z drogi na szczyt było tego najlepszym dowodem. Tylko... kto idąc tędy latem zwraca uwagę na takie szczegóły?
Już wcześniej miałem to wątpliwe szczęście, że akurat byłem w Ustrzykach, gdy nawis poleciał. Siedzieliśmy grupą przy obiedzie „Pod Pulpitem ” a kelnerka właśnie niosła nam na tacy szklanki z kompotem, gdy tąpnęło. Wszyscy wokół - ja zapewne też, wytrzeszczyliśmy oczy z przerażenia, a biedna dziewczyna upuściła tacę na posadzkę. Zapamiętałem ją jak stoi z uniesionymi rękoma i patrzy nie na potłuczone szkło a na bujające się pod sufitem lampy.
Przez chwilę wszystko jeszcze się trzęsło. Podłoga, ściany, stoły, krzesła – wszystko bez wyjątku! Szyby w podniszczonych stalowych ramach geesowskiej budowli złowieszczo dzwoniły a dwie z nich po prostu wyleciały rozpadając się ze zgrzytem na lastrikowym tarasie podnosząc tym dźwiękiem grozę zjawiska jeszcze bardziej.
Talerze, szklanki i sztućce dzwoniły na stołach a w naczyniach z napojami powstawały dobrze widoczne centryczne falki. Coś spadło na posadzkę wywołując czyjeś siarczyste przekleństwo.
Po chwili wszystko ustało i tylko wyrazy twarzy wskazywały jak mało bohaterów jest na ziemi. Szklane kule lamp też przestały się kołysać. Trudno to sobie wyobrazić siedząc w domu daleko od gór, ale tak właśnie wygląda i tak odczuwa się tąpniecie ziemi – gdziekolwiek by ono było.
Zaraz po tym wybiegliśmy na zewnątrz – miejscowi wiedzieli gdzie patrzeć. Z kotła pod Rawkami dymił rozpylony śnieg. Biała, wypływająca z kotła chmura utrzymywała się jeszcze jakiś czas. Kiedy wróciliśmy do posiłków, jedna z lamp bez widocznej przyczyny spadła na ziemię budząc już tylko ogólny śmiech na sali. Jakiś nerwowy nieco... jakby.
To właśnie przed takim tąpnięciem przestrzegał nas Lutek. Nawet nieznaczne zejście z wiodącego na Rawki szlaku w kierunku wnętrza kotła mogło spowodować nieszczęście. O tej porze roku nawet pojedynczy krzyk mógł spowodować zejście lawiny. Nie trzeba stać na jej drodze by ucierpieć. Gwałtowne opadanie olbrzymich mas śniegu powoduje bowiem równie wielkie przemieszczenie się mas powietrza na zewnątrz kotła. Takie dmuchnięcie może po prostu prasnąć człowiekiem o drzewo lub głaz i mocno go potłuc albo nawet zabić.
Znaliśmy się z Lutkiem od lat i zeźliło mnie, że posądza nas o taką niefrasobliwość. On jednak niejedno już w górach widział i w swoim życiu niejednego równie jak my doświadczonego turystę zwoził na toboganie albo... w worku. Machnąłem więc tylko ręką, czego Lutek już i tak nie widział bo troskliwa „aktualna dama jego serca” pokazała się w drzwiach kuchni z dymiącym talerzem w dłoniach...
W porannym słońcu obie Rawki świeciły olśniewającą bielą, która na krawędzi grzbietu przechodziła w złotą poświatę. Weszliśmy w dobrze znaną z letnich wypraw dolinkę. Spływał nią spokojny zwykle potok. Teraz jednak rwała nim niemal górska rzeka. Momentami szlak ginął w jej nurcie i trzeba było wspinać się między drzewami na wyższe partie stoku.
Powoli i uporczywie pięliśmy się w śniegu wśród wysokich buków. Siedem miesięcy spędzone nad skryptami skutecznie pozbawiło nas odpowiedniej do takich wyczynów kondycji. Częste odpoczynki pozwalały jednak na dobre rozejrzenie się po górach. Perspektywa z kolejnych, wyższych punktów postojów była coraz większa i po prostu zachwycała: południowe stoki połoniny Caryńskiej, Tarnica ukazująca się zza Szerokiego Wierchu i wreszcie moja ukochana połonina Wetlińska – po to właśnie tu przyjechałem! Tchnący z kotła, chłodny powiew orzeźwiał zadyszane płuca – cudownie!
Gdzieś w połowie drogi mogliśmy wreszcie przyjrzeć się nawisowi nad kotłem Wielkiej Rawki – był ogromny, imponujący, przytłaczający wręcz swym rozmiarem ale nade wszystko prezentował się przepięknie. Cały spowity tą bielą, która ma niewiarygodnie dużo zadziwiająco jaskrawych kolorów. Nie iskrzył się brylantowo jak świeży śnieg w mroźne, słoneczne południe w parku. On miał kolorowe odcienie na dużych powierzchniach. Czy może być coś piękniejszego?
Słońce stało już jednak wysoko i pod lśniącą górną krawędzią nawisu układał się spory cień dobitnie wskazując, że tam powierzchnia śniegu mocno wywiesza się poza pion. I w tym cieniu też były kolorowe plamy. Z każdego kolejnego postoju obserwowaliśmy ten cień. Jeszcze nigdy nie byliśmy tak bezpośrednio blisko aż tak wielkiego nawisu. Gdyby to teraz ruszyło... Strach myśleć!
Nie byliśmy na drodze ewentualnej lawiny, ale wystarczająco blisko by czuć respekt. Na tle błękitnego nieba zaczęła się wyłaniać najpierw górna część a następnie cała wieża triangulacyjna. Tam był szczyt i koniec naszej drogi w górę. Może uda się zjechać na kolanie z Wielkiej aż pod Małą Rawkę?
Wreszcie weszliśmy na główny grzbiet i straciliśmy nawis z oczu. Tu szliśmy po zeszłorocznych trawach mając tuż obok śnieg. Znajdowaliśmy się dosłownie na granicy Zimy i Wiosny. Postępowała szybko. Tym bardziej, że od południa wiał silny, ciepły i suchy wiatr. Dosłownie - po lewej, południowej stronie szlaku leżała sucha, przez całe miesiące tłamszona śniegiem trawa a po prawej, północnej stronie zaczynał się śnieg. Zaczynał się? Nie, on przecież zaczynał się... kończyć!
Wyraźnie widać było zeszkliwioną, niemal przeźroczystą granicę topniejącego śniegu i spływające po mikroskopijnych sopelkach strużki wody ginące gdzieś pod nim. Setki, tysiące, pewnie miliony maleńkich stróżek spływały nieprzerwanie pod śniegiem. Pewnie tylko nieco poniżej nas pod całą powierzchnią śniegu płynęła warstwa wody. Na początku cieniutka, przerywana, ale niżej łącząca się w coraz szersze cieki. To tu właśnie powstawały ogromne jej ilości, które tak zasadniczo powiększały nurt potoków na dnie doliny.
Wreszcie jednak nie czuliśmy obawy przed obrywem. Byliśmy już przecież ponad nawisem. Nie zdmuchnie nas. Co najwyżej ziemia się pod nami zatrzęsie. Pytanie, jak mocno? Będzie co ceprom wieczorami opowiadać! Niech słuchają z oczami jak pięć złotych . Im wyżej wchodziliśmy, tym wiatr stawał się silniejszy. Nasze brezentowe kurtki łopotały jak źle sprawione żagle.
Widoki w każdą stronę odsłoniły się zupełnie, a i szczyt był blisko. Wiedzieliśmy dokładnie, że za Wielką Rawką czeka nas droga tylko w dół. Koniec wspinania się na każdą górę jest dla turysty zawsze przyjemny. Wiatr z południa w dalszym ciągu się wzmagał i już mocno szumiało na krawędzi kaptura. Żeby się porozumieć musieliśmy stanąć twarzą w twarz.
Wtedy spod nieodległego trianguła ktoś się podniósł i ruszył w nasza stronę. Był w naszym wieku. Wszedł tu od drugiej strony, gdzie przez Małą Rawkę wiodła nasza dalsza droga. Jak powiedział, obserwował nas od dłuższego czasu i czekał abyśmy zrobili mu zdjęcie. Jasne. Czemu nie?
Podał mi swój aparat. Był zupełnie inny niż mój i chcą dobrze zrobić zdjęcie zająłem się jego ustawianiem. Kiedy podniosłem go do oka, zamarłem. Facet wszedł na śnieżne pole i szedł w stronę krawędzi. Wiszącej krawędzi!!!
Krzyknąłem. Cóż z tego? Mój głos zagłuszył wiatr. Roman zrobił kilka kroków w jego stronę, ale rozsądnie zatrzymał się. Wtedy ryknąłem z całych sił. Facet coś usłyszał, bo odwrócił się i stanął. Machnąłem ręką przywołując go. Pewnie pomyślał, że coś nie tak z aparatem bo zawrócił. Kiedy podszedł wykrzyczałem mu prosto w twarz, że tam jest nawis i nie wolno na niego wchodzić. Powinien to zagrożenie widzieć skoro podchodził od strony Małej Rawki. On jednak obstawał przy swoim, bo tam podobało mu się tło do zdjęcia.
-No to co, że nawis? -machnął ręką i poszedł.
Wtedy Roman - zawsze spokojny i opanowany, nie wytrzymał. Skoczył za nim, złapał faceta za kurtkę i bez żadnych ceregieli powlókł wzdłuż grzbietu aż do miejsca skąd widać było boczną stronę nawisu. Wyglądało to trochę groteskowo, bo musieli przejść kawał drogi, a Roman wcale nie kwapił się z wyjaśnieniami. Mojego najlepszego przyjaciela, uosobienia spokoju i opanowania, najwyraźniej poniosło i nie zwracał żadnej uwagi na fakt, że fizycznie jest o wiele słabszy od faceta, którego dosłownie wlókł. Po gwałtownych emocjach ogarnął mnie śmiech. Zrobiłem im kilka zdjęć aparatem niedoszłego samobójcy.
Wreszcie zatrzymali się i Roman wyraźnie facetowi tłumaczył, o co chodzi. Słów oczywiście nie słyszałem, ale dość mocno i znacząco machał rękoma. Kiedy wrócili, facet już nie chciał ani gadać ani fotografować. Zabrał aparat i poszedł skrzętnie omijając białe jęzory - dokładnie po naszych śladach.
..........................................................
Nawis oberwał się następnego dnia w południe, gdy wchodziliśmy tą samą drogą prowadząc naszą grupę rajdową. Ruszył bez ostrzeżenia i bez jakiejkolwiek widocznej przyczyny. Było piękne , słoneczne przedpołudnie. Ni z tego ni z owego stęknęło, zaszumiało, głucho pacnęło i ziemia zatrzęsła się pod nami. Rumor zjeżdżających po stoku zwałów śniegu był ogłuszający. Jakby zawalała się cała góra. W kilka sekund potem owionął nas potężny podmuch powietrza niosący z sobą wręcz huraganową śnieżycę ostrych kawałków zmrożonego śniegu. Nikomu nic się nie stało, ale przez jakiś czas nie było nic widać. Wtedy dobiegł nas huk lawiny echem odbity od stoków połoniny Caryńskiej. Trzy kilometry w jedną i trzy z powrotem – dwadzieścia sekund trwało to wszystko. Nieźle się wystraszyli. My z Romanem „trzymaliśmy fason”, ale tak na wszelki wypadek natychmiast po tąpnięciu usiedliśmy na śniegu tyłem do kotła. Tak mnie kiedyś nauczono...
Później powoli to wszystko opadło i znów zapanowała piękna słoneczna pogoda. Poszliśmy dalej podziwiając lawinisko z nader licznych postojów. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć! Chociaż raz w życiu. Nigdy wcześniej ani nigdy potem nie mieliśmy tak posłusznej nam grupy rajdowej. Była Rawka, było lux!

A nasze zaliczenia? Zrobiliśmy. Tylko... trwało to trochę dłużej niż miesiąc.
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Rawa... lux!

Postprzez lidkru » 22 lip 2011, o 21:22

tak na wszelki wypadek natychmiast po tąpnięciu usiedliśmy na śniegu tyłem do kotła. Tak mnie kiedyś nauczono...


a dlaczego?
...Właśnie przed chwilą zbiegłam z zakładu
Dla niepoprawnych marzycieli...
Avatar użytkownika
lidkru
Zakapior bieszczadzki
 
Posty: 3193
Dołączył(a): 15 lut 2011, o 13:36
Lokalizacja: Kujawy

Re: Rawa... lux!

Postprzez Zygmunt Skibicki » 22 lip 2011, o 22:58

lidkru napisał(a):a dlaczego?

Bo od lawiny śnieżnej, która co prawda nie ma szans Cię porwać, bo jest niżej i tak idzie tak potężny podmuch, że może Cię po prostu sponiewierać.
Wydaje mi się, że w opowiadaniu to napisałem... Widać nieudolnie. Przepraszam.
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Rawa... lux!

Postprzez Zygmunt Skibicki » 26 lip 2011, o 16:36

Upsss, chyba coś znalazłem.
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Rawa... lux!

Postprzez Zygmunt Skibicki » 13 paź 2011, o 12:37

Znalazła się fotka z tamtego rajdu:

Obrazek

Właśnie ruszamy!
Ten pukający się w czoło, to właśnie ja.
A po drugiej stronie kadru na pierwszym planie - Roman.
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Rawa... lux!

Postprzez Zygmunt Skibicki » 13 paź 2011, o 19:22

Z tego samego rajdu:

Obrazek

Trzecia od lewej dziewczyna uparła się, że na Rawki wylezie w kaloszach.
Nie wylazła...
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Rawa... lux!

Postprzez lidkru » 15 paź 2011, o 11:08

KANGURKI :d
...Właśnie przed chwilą zbiegłam z zakładu
Dla niepoprawnych marzycieli...
Avatar użytkownika
lidkru
Zakapior bieszczadzki
 
Posty: 3193
Dołączył(a): 15 lut 2011, o 13:36
Lokalizacja: Kujawy

Re: Rawa... lux!

Postprzez Zygmunt Skibicki » 15 paź 2011, o 19:41

lidkru napisał(a):KANGURKI :d

Wtedy mówiło się na to anoraki i były w powszechnym użytkowaniu turystycznym. Na ulice wyszło toto już z nazwą "kangurka" dopiero w końcówce lat 70-tych.
Mój stary, brezentowy anorak oczywiście nadal mam... na antresoli.
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Rawa... lux!

Postprzez samson_miodek » 17 paź 2011, o 08:43

Świetnie Pan pisze :) Ciekawie się czyta. No i zawsze to jakaś lekcja - w górach w zimę nie byłem, ale napewno jestem trochę mądrzejszy ;P Pozazdrościć takich wypraw..
- Dlaczego właściwie ruchome obrazki pana Dibblera zawsze mają w tle świat ogarnięty szaleństwem?
Soll zmrużył oczy.
- Ponieważ pan Dibbler - warknął - jest człowiekiem bardzo spostrzegawczym.
Avatar użytkownika
samson_miodek
Niedzielny turysta bieszczadzki
 
Posty: 52
Dołączył(a): 6 lip 2011, o 21:44
Lokalizacja: Ciechanów/Gdynia

Re: Rawa... lux!

Postprzez Zygmunt Skibicki » 17 paź 2011, o 09:07

Bardzo miło się czyta takie opinie...
Dziękuję.
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23


Powrót do Relacje z Waszych pobytów i wypraw

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zarejestrowanych użytkowników i 0 gości


Loading

O F I C J A L N E    F O R U M    D Y S K U S Y J N E    S E R W I S Ó W:
               

Forum bieszczadzkieforum.pl używa plików typu cookies do poprawnego działania strony, w celach statystycznych, reklamowych, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz by umożliwić logowanie zarejestrowanym użytkownikom. Korzystanie z forum bieszczadzkieforum.pl, bez zmian ustawień w używanej przez Państwa przeglądarce internetowej oznacza zgodę na wykorzystywanie technologii cookies i zapisywanie ich w pamięci Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.