W piątek wybrałem się do Balnicy
Po drodze odwiedziłem bobry

z tarasu widokowego na bobry (taras widokowy na bobry?)


w Balnicy zostawiłem klamoty

z pewną obawą prezentuję tą fotkę, bo nie mam zgody na publikację od Luny, a złapałem ćwierćwilczycę z miną cokolwiek niemądrą


szkoda, że nie jeżdżę konno (tylko raz próbowałem), ale u Wojtka to nie problem, następnym razem sobie pojeżdżę

Następnie udałem się do Osadnego.
Uwaga na słowackie czasy przejść. Spieszyłem się, momentami zbiegałem, a czas miałem niewiele krótszy, od tego na tabliczce.
Słowacy nieźle zapierniczają po szlakach?!


ale słowacka infrastruktura szlakowa jest b.dobra

i zabawna


Pierwszy dom w Osadnem:


Osadne:


i wreszcie główny cel mojej wędrówki

radość jednak nie trwała długo - nie było gospodarza, Brutus tylko rozłożony wylegiwał się na podłodze.
Miejscowi pili piwo, mówili by poczekać.
Czekałem z 15 minut i nic, więc poszedłem do krypty.
A w okolicach krypty zdjęcia mi jakoś dziwnie powychodziły - pewnie przez duchy.
Słuchałem później opowieści o kimś, kto nocował w okolicy i miał bardzo dziwne realistyczne sny






Po powrocie z krypty Borys już był.
Pogadałem z Borysem - zna trochę Polski, i z miejscowymi - przy trzecim Szarisie bariera językowa całkowicie znika.
Myliłem czasem Borysa z Brutusem, ale żaden się nie obraził.
A jak mi się wymskło 'szukam' zamiast 'hledam' (jak jerzu uczył) to nawet nikt się ze mnie nie śmiał.
Niestety szybko nadszedł czas powrotu - wiedziałem, że słowacki czas wejścia na Balnicę mogę między bajki włożyć, ze powrót zajmie mi więcej czasu. Zabrałem ze sobą pozdrowienia dla Wojtka, a od Brutusa zapewne dla Luny.
Śpieszyłem się, by zdążyć przed zmrokiem, ale po drodze spotkałem dzieci z ośrodka w Osadnem z opiekunkami.
Opiekunki pozdrawiały Wojtku Judu (generalnie tam wszyscy chyba Wojtka pozdrawiają), a Koczo (chłopak z ośrodka) był zafascynowany moim aparatem w telefonie.
Bardzo go podekscytowało, gdy zobaczył swoje zdjęcie na wyświetlaczu, a w tle Lenka zaciekawiona
tu zdjęcie Kocza, którego nie pokażę publicznie
Lenka pokazała mi swój największy skarb - pieczątkę ze swoim imieniem i nazwiskiem
..tu nie pokażę zdjęcia i Kocza z Lenką
a Koczo robił zdjęcia moim telefonikiem.
Tu mnie uwiecznił - niebanalna i ciekawa kompozycja

od dzieci nie mogłem się oderwać co najmniej piętnaście minut, panie z ośrodka żartowały, że już tu zostanę.
Robiło się późno, więc postanowiłem zmierzyć się ze słowackim czasem podejścia.


tym razem ostatni dom w Osadnem


Gdy już byłem blisko Balnicy, to kilka razy zatrzymałem się, by posłuchać wieczornego lasu i w sumie nie wiem w jakim czasie wlazłbym na Balnicę, ale na pewno nie w pół godziny.
Posiedzieliśmy później z Wojtkiem przy małym conieco, przyjechał jeszcze Grzesiek, fotograf przyrody, którego świetne wilki wiszą u Wojtka.
Położyłem się spać o 1-szej, chyba.
Następnego dnia trzeba było wcześnie wstać, w mieście pewnie nie dałbym rady.
Wybrałem się do Smolnika. przy cerkwi spotkałem pana, który mi otworzył drzwi do cerkwi i poopowiadał m.in. o piorunie, który strącił krzyż, i że nie ma komu tego naprawić, bo im się kolana trzęsą


i na lotnisko, ale gdyby się chłopaki nie zatrzymali, to bym pewnie nie wlazł
na pace można się było trzymać tylko chyboczących się drągów po bokach. Przejażdżka była super!

lotnisko


następny cel - piwo w Komańczy

gdzie długo słuchałem opowieści człowieka-historii, któremu np. Macierewicz uciekł z Łupkowa
spacer po Komańczy




