Saksy

Opisy i fotorelacje z pobytu w Bieszczadach

Saksy

Postprzez Zygmunt Skibicki » 14 paź 2011, o 11:27

A to opowiadanie zostanie opublikowane w kończonym właśnie trzecim tomiku moich opowieści:

Saksy...
Fajnie jest snuć się po wielkich połoninach bez konieczności dotarcia w jakieś konkretne miejsce o wyznaczonym czasie. Po trzech takich dniach, świadom końca zapasów prowiantowych zszedłem wreszcie na Przełęcz Orłowicza i z niej wydeptaną ścieżką bez znaków zacząłem schodzić w kierunku Wetliny. Plecak znacznie mniej ciążył, więc i szło się nie najgorzej. Osiągając skraj bukowego lasu skryłem się przed ostro świecącym słońcem, które wręcz smażyło mnie od samego rana.
Dogoniłem niebawem dwoje nieco tylko ode mnie starszych osób transportujących na toboganie z kołem motocyklowym wielką hałdę kobiałek wypełnionych jagodami i razem, trochę gadając a trochę im pomagając człapaliśmy w dół. Z przodu szedł mężczyzna i to on głównie hamował napierający na niego ciężar pomagając sobie zwykłym, motocyklowym hamulcem – trochę to piszczało. Kobieta z tyłu właściwie tylko utrzymywała równowagę pojazdu. Obydwoje byli ubabrani jagodami aż miło było patrzeć…
Nie pierwszy raz widziałem jagodziarzy. Zwykle jednak spotykałem ich przy robocie na połoninach. Wielkimi, czasem dwuręcznymi szuflami z drucianymi grzebieniami „czesali” pola jagodowe i w bardzo szybkim tempie napełniali kobiałki jagodami, ale i mnóstwem listków jagodzin. Kilka razy, gdy napotkałem ich w czasie odpoczynków, pozwalali mi nazrywać dla siebie trochę jagód. Nie prosta to sprawa, ale szybko można nabrać odpowiedniej wprawy. To nie byli ludzie miejscowi. Zwykle okazywało się, że są z zawodu nauczycielami i tak właśnie wykorzystują wakacje dla wypoczynku od kredy, tablicy i szkolnej dzieciarni z jednej, a dodatkowego zarobku z drugiej strony…
To był nieźle zorganizowany proceder. Zazwyczaj „brygada” składała się z sześciu dorosłych osób i nierzadko kilkorga ich dzieci. Stawiali oni gdzieś przy obwodnicy swe namioty, ale jeden wynosili na górę i tam zawsze spała jedna dwójka, która rano wyciągała na toboganie swoje kobiałki, a tym samym, rozładowanym z pustych koszyków toboganem ich poprzednicy zwozili wczesnym popołudniem to, co sami od rana nazbierali.
Za cholerę nie mogłem sobie wyobrazić, jak oni przebierają taką ilość mocno zanieczyszczonych wszelkim zieliwem jagód i właśnie dlatego postanowiłem pomagać w transporcie. Liczyłem, że zabiwakuję gdzieś przy ich bazie i wreszcie zobaczę drugi, nieznany mi jeszcze „ciąg technologiczny”. Studiowałem chemię spożywczą i takie rzeczy, aczkolwiek tylko jako ciekawostka, ale jednak mnie interesowały.
Jestem dość gadatliwym facetem i nawiązywanie kontaktów nie stanowi dla mnie problemu. Opowiedziałem im kilka dowcipów, oni też nie pozostali dłużni i gdy powiedziałem, że nie idę w konkretnie umówione miejsce, w sposób zupełnie naturalny zaprosili mnie do siebie. Ekstra!
Im niżej, tym droga i pchanie, a właściwie hamowanie chybotliwego pojazdu stawało się łatwiejsze. Na samym dole trzeba było nawet trochę pchać. Z racji dość sporego plecaka pomagałem jedynie z boku trzymając za jedną z opasujących kobiałki linek, by ładunek nie pochylał się zbyt mocno. Ta pomoc pewno nie była potrzebna, ale głupio by mi było tak iść i nie pomagać…
Wkrótce dało się czuć dym z wetlińskich mielerzy. Na dole przecięliśmy obwodnicę i zaraz zagłębiliśmy się między dość gęste bukowe krzaczory, za którymi tuż nad Wetlinką znajdowało się obozowisko jagodziarzy. Szybko mnie przedstawili dwójce, która akurat miała dyżur na dole i przygotowywała posiłek.
Tobogan wstawili na cztery solidne kołki podpierające go w rogach i wreszcie mogli puścić uchwyty. Rozładowanie trzydziestu kilku, jak się okazało, kobiałek trwało dosłownie chwilę. Ponieważ zaproszenie do wspólnego biwakowania zostało potwierdzone, wiec zabrałem się za stawianie mojego namiotu. Chciałem od razu pójść po zakupy, ale sporej menażce pachnącej zupy „nie z papierka” nie potrafiłem odmówić.
- Do sklepu to pójdziemy potem – skwitowali moi gospodarze, a dwójka z którą schodziłem zaczęła się krzątać przy jagodach.
Dopiero teraz zwróciłem uwagę na dwie pary solidnych kijów wbitych w ziemię. Jedna para była znacznie wyższa od drugiej. Założyli na te kije rogi zwykłego koca i każdy z nich mocno owinęli jakimiś sznurkami. Powstała z tego koca dość luźna w poprzek, ale naciągnięta wzdłuż, pochyła rynna. Jej dolny koniec zwisał z piętnaście centymetrów nad ziemią.
Pusta kobiałka została postawiona na dole rynny, a z drugiej wysypali jagody u samej góry. Jagody pięknie turlały się w dół i spadały do pustej kobiałki, a listki, patyczki, trawki i czort wie jakie jeszcze zanieczyszczenia bardzo szybko nieruchomiały i pozostawały na kocu. Gdy już wszystkie całe i dorodne jagody znalazły się w dolnej kobiałce, ktoś kopał od dołu w koc, co wyrzucało zanieczyszczenia na bok i… zabierali się do czyszczenia kolejnej kobiałki. Wszystko!
Cała, niemożliwa dla mnie wcześniej do wyobrażenia sobie „technologia” czyszczenia około stukilowej partii jagód zajęła tylko dwójkę ludzi i trwała nieledwie ponad pół godziny. Patrzyłem na to z rozdziawioną gębą i doprawdy nie wiem, co mnie bardziej szokowało: smak i zapach fantastycznej zupy z menażki, czy ów widok rewelacyjnej metody bardzo trudnej do mechanicznego przeprowadzenia operacji.
Na koniec, z ostatnich kobiałek podosypywali jagód, by wszystkie znów były pełne i ustawili zgrabną ich pryzmę w cieniu. Jeszcze tylko zatknęli jedną pustą kobiałkę na kiju wbitym przy szosie i dopiero wtedy zabrali się do jedzenia.
Niecało pół godziny później od strony szosy zabrzmiał krótki i ostry klakson. Moi znajomi ze szlaku zejściowego złapali po cztery kobiałki i pobiegli tam. Szybko obracając zanieśli wszystkie i już po chwili wrócili chowając pieniądze. Wyraźnie byli zadowoleni. Samochód chłodnia odjechał, ale kolejny jego klakson rozległ się po chwili. Pewnie kawałek dalej biwakowała następna brygada jagodziarzy…
Teraz dopiero poszliśmy po zakupy. W sklepie spotkaliśmy także innych mocno, prawie trwale umorusanych na granatowo i czarno. Z twarzy łatwo było poznać, że nie są to pracownicy leśni. Moi kupowali prowiant na kolejny dzień, bo przyszła pora, że teraz oni będą gotowali pożywną strawę, a para gotująca tę wspaniałą zupę, którą mnie poczęstowali pójdzie na połoninę, skąd zaraz zjadą ze swym jutrzejszym urobkiem ci, którzy tego przedpołudnia tam wyszli – proste jak konstrukcja cepa!
Kiedy wieczorem przy kolacji spytałem, jak opłacalne jest to zajęcie, powiedzieli, że w dwa miesiące na jagodach i borówkach mają drugi roczny zarobek nauczycielski. Cała szóstka, trzy młode małżeństwa pracowały w tym zawodzie. Saksy…?
Rewanżując się butelczyną za gościnę i posiłki wygłosiłem przy kolacji toast, co w moim wykonaniu zawsze oznacza jakąś historyjkę.
„Na posiedzeniu Biura Politycznego KC KPRZ , podczas kolacji jeden z jego członków wstał z kieliszkiem w dłoni i powiedział:
Wypijmy za zdrowie towarzysza Leonida Breżniewa, ale nie za to, że jest on Sekretarzem Generalnym Komitetu Centralnego naszej Partii. I także nie za to, że jest on Przewodniczącym Rady Najwyższej ZSRR. I także nie za to, że jest on Głównodowodzącym niezwyciężonej Armii Czerwonej. Oby żył wiecznie! Wypijmy za jego zdrowie, bo on jako pierwszy dał nam przykład, że z jednej roboty… wyżyć się nie da!”
Długo w noc siedzieliśmy z „moją” dwójką przy ognisku gadając i trochę śpiewając, ale nie za głośno. Pozostali poszli spać, bo wczesnym rankiem czekała ich droga na połoninę. Przy śniadaniu już ich nie było…
Mnie niosło na kolejne połoniny i gdy się żegnaliśmy, zapraszali mnie na kolejny sezon na bieszczadzkie saksy.
-Zbierz szóstkę, zbudujcie sobie tobogan i przyjeżdżajcie! Tu miejsca i jagód jest dość.
Trochę żałuję, że nie zdążyłem skorzystać z tego pomysłu.

Wetlina lipiec 1972.
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Saksy

Postprzez nemo7 » 19 paź 2011, o 20:33

Jak zwykle ciekawe... i czyta się jednym tchem!
Ciekawe czy ta "technologia" gdzieś jeszcze funkcjonuje?, bo przecież ludzie dalej zbierają, pozdrowionka
"Niebo zamiast dachu. Wiatr zamiast ścian. Dla niektórych to dom"
Avatar użytkownika
nemo7
Wyrypiarz bieszczadzki
 
Posty: 289
Dołączył(a): 13 gru 2010, o 19:42

Re: Saksy

Postprzez Zygmunt Skibicki » 19 paź 2011, o 22:36

Technologia oczywiście nadal funkcjonuje, na przykład w Borach Tucholskich - wielokrotnie widziałem i... widuję.
Wiem, że nie tylko tam...
A nawet można kupić takie grabki - wczoraj widziałem na Allegro, a dziś już sprzedane.
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Saksy

Postprzez Zygmunt Skibicki » 19 paź 2011, o 23:02

Co by nie być gołosłownym...
To właśnie te z Allegro:

Obrazek

Ale widuje się i znacznie szersze, circa 50, 60 centymetrów - dwuręczne!
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Saksy

Postprzez Piotr_S » 20 paź 2011, o 06:00

nemo7 napisał(a):Ciekawe czy ta "technologia" gdzieś jeszcze funkcjonuje?

Jak najbardziej funkcjonuje - w sensie zbierania. Myślisz, że w Bieszczadach zbieracze ręcznie zbierają? :D Umiejętne posługiwanie się grzebieniem raczej szkód nie robi a wydajność nieporównywalna.
Avatar użytkownika
Piotr_S
Administrator
 
Posty: 1364
Dołączył(a): 2 mar 2009, o 18:33

Re: Saksy

Postprzez Zygmunt Skibicki » 20 paź 2011, o 08:17

Piotr_S napisał(a):Myślisz, że w Bieszczadach zbieracze ręcznie zbierają?

Nie chciałem tego pisać, ale też widziałem. Ba, nawet przygranicznych Słowaków po naszej stronie. Mówili mi, że nasi "koszą" u nich...
Piotr_S napisał(a):Umiejętne posługiwanie się grzebieniem raczej szkód nie robi a wydajność nieporównywalna.

Tu by można podyskutować. Jednak grabki czy grzebienie - jak zwał, tak zwał - rwą także listki i to sporo tych listków... No, dla wzrostu rośliny pożyteczne to nie jest...
Znam jednak zdanie botanika, który twierdzi, że zakaz stosowania takich narzędzi nie ma z ochroną gatunkową nic wspólnego, bo czarna jagoda czy borówka nie są w Polsce roślinami zagrożonymi wyginięciem i... daleko im do tego. Zakaz prawdopodobnie wynika z czegoś zupełnie innego: polskie serwituty oraz ich pochodne, w tym także zbieranie runa były ongiś(*) formalnym prawem i nadal są uświęcone tradycją, ale zawsze traktowane były jako "łaska pańska", czyli pozwolenie jednostronne, a wykorzystywanie ich do celów zarobkowych zawsze budziło sprzeciw właścicieli lasów. Ja także uważam, że do zrywania jagód do celów własnych palce zupełnie wystarczą...

(*) - Ciekawostką jest, że w kilku miejscach kraju przetrwały w tej postaci do dziś.
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Saksy

Postprzez Piotr_S » 20 paź 2011, o 08:37

Zygmunt Skibicki napisał(a):Tu by można podyskutować. Jednak grabki czy grzebienie - jak zwał, tak zwał - rwą także listki i to sporo tych listków... No, dla wzrostu rośliny pożyteczne to nie jest...

Musiałby się wypowiedzieć jakiś botanik, przy czym znam opinie, które mówią, że grzebień zabiera tylko najsłabsze listki, które i tak by odpadły (istotnie tak jest), zatem nie osłabia rośliny. Nie mniej ta technika jest zabroniona, zatem zakaz należałoby uszanować. Zapewne głównym powodem jest właśnie ilość zbieranych tym sposobem jagód.
Avatar użytkownika
Piotr_S
Administrator
 
Posty: 1364
Dołączył(a): 2 mar 2009, o 18:33

Re: Saksy

Postprzez Zygmunt Skibicki » 20 paź 2011, o 11:03

Ja pozostanę jednak na takim stanowisku, że wszelkie tego typu urządzenia są dopuszczalne, ale na prywatnych, specjalnie do celów produkcyjnych tworzonych plantacjach.
Jak ktoś chce w ten sposób zwiększać swoje dochody na "nie swoim", powinien uzyskać zgodę właściciela terenu, na którym chciałby to robić. Jeśli natomiast właściciel jest "państwowy", to już wyłącznie kwestia co najmniej międzyresortowego rozporządzenia RM...
Możecie mnie nazwać wstrętnym legalistą - też nie zawsze się sobie podobam 8-)
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Saksy

Postprzez lidkru » 20 paź 2011, o 11:24

ale wtedy nie miałes nic naprzeciwko
...Właśnie przed chwilą zbiegłam z zakładu
Dla niepoprawnych marzycieli...
Avatar użytkownika
lidkru
Zakapior bieszczadzki
 
Posty: 3161
Dołączył(a): 15 lut 2011, o 13:36
Lokalizacja: Kujawy

Re: Saksy

Postprzez Zygmunt Skibicki » 20 paź 2011, o 11:59

lidkru napisał(a):ale wtedy nie miałes nic naprzeciwko

To trochą nie tak było...
Mnie wtedy prawie zawodowo zainteresowało, jak oni te jagody czyszczą? - piszę o tym w opowiadaniu.
To była główna przyczyna, że się do nich "przyczepiłem".
A potem to już poszło w zupełnie inną stronę.
Ludzie okazali się ciekawymi...
Było o czym z nimi pogadać...
Tak po prawdzie to ten jagodowy proceder był wtedy i tam tak rozpowszechniony, że wprost... "legalny"...
Te chłodnie Iglopolu skupowały...
A jak Iglopol, to przecież... państwowe...
Wystawiali pokwitowania z pieczątką...
Nie, trudno się zgodzić, że można było mieć wtedy takie obiekcje, jakie mamy dzisiaj.
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Następna strona

Powrót do Relacje z Waszych pobytów i wypraw

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zarejestrowanych użytkowników i 0 gości


Loading

O F I C J A L N E    F O R U M    D Y S K U S Y J N E    S E R W I S Ó W:
               

Forum bieszczadzkieforum.pl używa plików typu cookies do poprawnego działania strony, w celach statystycznych, reklamowych, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz by umożliwić logowanie zarejestrowanym użytkownikom. Korzystanie z forum bieszczadzkieforum.pl, bez zmian ustawień w używanej przez Państwa przeglądarce internetowej oznacza zgodę na wykorzystywanie technologii cookies i zapisywanie ich w pamięci Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.