W sąsiednim wątku tematycznym dyskutujemy nt. konkretnego przypadku molestowania czy nawet mobbingu seksualnego - o tzw. seksaferze w Samoobronie. Jest to temat b. nośny medialnie, Polska będzie nim żyła jeszcze przez wiele miesięcy, jeśli nie lat.
Tu proponuję dyskusję bardziej ogólną, choć też z przykładami z życia wziętymi, tym razem w mikroskali, czyli wśród szarych ludzi.
Jestem bardzo sceptyczny co do winy Andrzeja Leppera, a nawet Stanisława Łyżwińskiego. Nie przeczę, że mogli być nieodporni na wdzięki podległych pracownic, ale stare chłopskie przysłowie powiada, iż jak suka nie zechce, to i pies nic nie wskóra. Wielce i nawet wulgarnie to upraszczam, ale nie wykluczam, że owa skrzywdzona pani po prostu wolała pracę urzędniczki od np. pracy kasjerki w hipermarkecie. I przez dłuższy czasrobiła wszystko, aby posadę w Samoobronie zachować. A gdy jej się to nie udało, wtedy zaczęła wylewać pomyje.
To mit, że tylko panowie molestują seksualnie, a panie są ofiarami. W swoim niekrótkim już przecież życiu miałem dwie sytuacje, gdy sam mogłem paść taką "ofiarą" molestowania.
Pierwszy raz w latach 70-tych. Byłem wtedy studentem III roku UW, nie mieszkałem w akademiku, właśnie zmieniałem wynajmowany w Warszawie pokój. Sytuacja rynkowa była wtedy dla tzw. sublokatorów dużo gorsza niż obecnie, popyt znacznie przewyższał podaż. W jednej z ofert złożonych do Biura Kwater Studenckich znalazłem adres i telefon, zadzwoniłem. Damski głos powiedział mi, że oferta jest aktualna i mogę przyjechać. Nawet wyznaczono mi dokładną godzinę wizyty z zastrzeżeniem, że mam przybyć punktualnie - ani za późno, ani za wcześnie. Pani po prostu urządzała sobie wtedy "casting", o czym ja się zorientowałem dopiero trochę później.
Otworzyła mi niewiasta w wieku ok. 50-60 lat, niebrzydka, bardzo elegancka, ładnie ubrana i umalowana, z lekką tylko nadwagą. Upewniła się, że "ja to ja" i zaczęliśmy negocjacje. Pani przyjrzała mi się dokładnie, wypytała też o różne sprawy rodzinne i studenckie. Musiałem wypaść pozytywnie, gdyż pokazała mi bardzo przytulny pokoik w jej dwupokojowym M-3 (mieszkała sama). Zaznaczyła, iż wizyty płci pięknej, nawet moich koleżanek z roku, będą niedopuszczalne. Koledzy natomiast mogą tu przychodzić, a ona chętnie nawet z nami od czasu do czasu lampkę wina wypije. Zażartowała, że jedyną kobietą w tym mieszkaniu jest i będzie tylko ona.
Jeszcze wtedy "nie chwyciłem bluesa" i pomyślałem, że może to po prostu jakaś pruderyjna baba. Zapytałem o cenę za pokój (a czynsz wolnorynkowy za taki pokój w Warszawie oscylował wówczas w granicach 800 - 1000 zł).
Pani wtedy odparła, że ... dogadamy się. Ona nie jest chytra, w zasadzie potrzebuje tylko męskiej ręki w mieszkaniu, ja pomogę jej w różnych sprawach i jakoś to się wzajemnie zbilansuje. Znów okazałem się niedomyślny, gdyż wystraszyłem się, że może ta pani szuka jakiejś tzw. złotej rączki do różnych napraw hydraulicznych, sprzętu AGD, itp., a ja w takich kwestiach jestem laikiem. Powiedziałem jej to, a ona tylko się perliście roześmiała i odparła, że nigdy by nie śmiała fatygować swojego sublokatora podobnymi sprawami, a na usługę rzemieślnika to ją jeszcze stać.
Następnie spojrzała na zegarek i kazała mi spływać ("niedługo wychodzę, a muszę się jeszcze przebrać") oraz pojutrze wieczorem (pewnie już po zakończeniu castingu) koniecznie zadzwonić.
W końcu prawda i do mnie dotarła - domyśliłem się rzeczywistej motywacji owej pani. I nie zadzwoniłem.
Wkrótce znalazłem pokój na Saskiej Kępie za 750 zł/mies. bez podobnych "niedomówień".
Koniec lat 90-tych. Byłem wtedy naczelnikiem wydziału w jednym z ważnych urzędów centralnych - podlegało mi kilkanaście osób, większość z nich to płeć piękna a nawet przepiękna. Jako szef miałem tzw. władzę - decydowałem w sprawach kadrowo - płacowych, pisałem wnioski awansowe, dzieliłem premie, typowałem do zwolnienia w ramach różnych tzw. redukcji etatów, które co pewien czas narzucano mi odgórnie.
Osobiście na nic zdrożnego w kontaktach z płcią piękną sobie nie pozwalałem. Wobec podległych pań zachowywałem postawę bez jakiegoś służbowego dystansu, ale i bez poufałości.
Kierowałem się słuszną wschodnią maksymą, że "gdie rabotajesz i żiwiosz, tam nie jebiosz".
Dwie urocze panie z mojego personelu dawały mi do zrozumienia, że gdybym tylko zapragnął, to ...
Wyrażały to odpowiednim uśmiechem, gestem, mimiką, tzw. mową ciała, itp. Miały ku temu okazje, gdyż przecież prawie codziennie z każdym pracownikiem rozmawiałem indywidualnie w swoim gabinecie, poprawiałem urzędowe pisma, wydawałem nowe dyspozycje, itd.
Jedna z owych dam (b. atrakcyjna panienka, tuz przed 30-tką) postanowiła posunąć się nieco dalej. Wykorzystała sytuację, że prawie codziennie pozostawałem w biurze po godzinach (taka "moda" panowała za czasów premiera Cimoszewicza, a potem Buzka - siedziało się w biurach często do godz. 21-szej). Też nie poszła do domu po godz. 16-tej, chociaż mogła - ów brzydki zwyczaj siedzenia w pracy po godzinach dotyczył tylko tzw. osób funkcyjnych.
Ok. godz. 18-tej atrakcyjna pracownica przyszła do mnie do gabinetu ze swoimi sprawami służbowymi, byliśmy sami w wydziale. Zaproponowała, że zrobi mi kawę i spytała, czy może się też jej ze mną napić. Nie widziałem problemu.
Piliśmy tę kawę i omawialiśmy jakieś duperele służbowe. Pani usiadła w głębokim miękkim fotelu vis a vis mojego biurka, mimo że tuż obok stały normalne krzesła. Jej mini podjechało mocno w górę, tak że można było określić kolor dessous. "Torturowała" mnie tak kilka minut, a potem przypomniała sobie, że przecież ma w swoim pokoju kruche ciasteczka domowej, mamusinej roboty, w sam raz do tej kawy. Za chwilę je przyniosła, poczęstowała mnie, siadła znów w tym erotycznym fotelu, w pozie na pewno nie skromniejszej niż poprzednio. Znów omawialiśmy prowadzone prze nią sprawy służbowe. Pod pretekstem zajrzenia w jakiś dokument wstała z fotela, obeszła moje biurko i - z talerzykiem ciastek w ręku (ważny szczegół) - stanęła przy mnie, a raczej nade mną. Wtedy ciastka zsunęły jej się z talerzyka wprost na moje kolana i ... powyżej. Natychmiast przeprosiła i zaczęła mi energicznie otrzepywać spodnie w miejscu, gdzie te ciastka przed chwilą wylądowały. Przy okazji zapewne przekonała się, że jej wcześniejsze starania nie pozostały bez efektu.
Musiałem zareagować i zwalczyć pokusę, choć nie przyszło mi to łatwo. Przyjąłem konwencję, że nic się nie stało, kazałem jej przysunąć krzesło do biurka, jeśli chce równocześnie ze mną patrzeć w dokument, i usiąść obok. Powiedziałem jej też, że nie ma mnie za co przepraszać, gdyż po takich kruchych ciastkach żadnej plamy na spodniach być nie powinno. A ta bezczelna na to, że ona nie wie, czy przypadkiem ... nie spowodowała plamy od wewnątrz.
Na ten jej już "otwarty tekst" odpowiedziałem, że niech sobie ćwiczy swoje wdzięki poza biurem, a mnie, żonatego ojca rodziny, który na upartego mógłby być jej ojcem, niechże zostawi w spokoju.
I tak się też stało. Do tego epizodu już więcej nie wracaliśmy, a pracowaliśmy ze sobą (bezkonfliktowo) jeszcze przez dwa lata.
Kilka razy nawet też została ze mną w biurze po godzinach, ale już nie próbowała swoich sztuczek.
A teraz tak się zastanawiam (po wyroku na Leppera), czy gdyby wówczas doszło do naszego romansu, to kto by zasłużył na wyrok 2 lata i 3 miesiące bez zawieszenia. Ja czy ona?






