Sibiracy

Opisy i fotorelacje z pobytu w Bieszczadach

Sibiracy

Postprzez Zygmunt Skibicki » 22 wrz 2011, o 23:05

Sibiracy
Zdrowo zmęczeni całodzienną wędrówką po górach zrobiliśmy jeszcze drobne zakupy i czując spory głód, zmierzaliśmy szybko w kierunku pola namiotowego na skraju Wetliny. Tam od tygodnia wśród kilku innych stał nasz namiot i planowaliśmy zrobienie szybkiego posiłku. Poza tym lecieliśmy z nóg. Łaziliśmy z synem po okolicznych połoninach. Codziennie pokonywaliśmy dłuższe trasy. Tego dnia zapodaliśmy sobie wyjątkowy kawał drogi, co oczywiście zaowocowało potężnym zmęczeniem i równie dużym zadowoleniem z siebie, rzecz jasna.
Już z daleka zwrócił naszą uwagę duży ruch na szosie przy wjeździe na pole namiotowe. Pomiędzy drzewami prześwitywała pstrokacizna pokrywająca całe pole. Jasne było, że zjechała jakaś duża grupa i tego wieczora będziemy mieć duże towarzystwo. Niekoniecznie musiało to oznaczać jakieś kłopoty, ale piątkowe wieczory na wielu polach biwakowych właśnie tym się charakteryzowały. Był piątek...
Przechodząc pomiędzy rozbijanymi namiotami, zorientowaliśmy się, że to duża grupa miłośników łączności CB. Niektórzy już ukończyli zagospodarowywanie się i wyciągnęli swój sprzęt radiowy. Zewsząd słychać było charakterystyczne teksty wywoływania odległych respondentów. Wołano, nawiązywano łączność albo i nie, chwalono się uzyskanymi połączeniami. Wszystko to oczywiście uniesionymi głosami. Krzyku było co niemiara.
Przy wielu namiotach kręciły się całe rodziny i to dawało pewną nadzieję. Może nie będzie jakichś nocnych pijackich ekscesów? Obecność współmałżonków i dzieci powstrzyma towarzystwo od awantur. Może... Duże skupisko dzieci i młodzieży zawsze wiąże się z głośnymi zabawami, sprzeczkami, jakąś muzyką, śpiewami. To wszak da się znieść. Zdecydowaliśmy się zostać...
Tłok w toaletach i kolejki do pryszniców – tego się głównie obawialiśmy. Zresztą, umyć można się także w potoku. Stamtąd też zwykle braliśmy wodę do posiłków. Potrzeb toaletowych póki co nie czuliśmy. Reszta na razie mniej nas interesowała.
Robiliśmy sobie posiłek, a wokół trwały normalne prace biwakowe. Ściągali drewno na ognisko – chwalić Boga, daleko od nas. Kończyli stawiać namioty, dmuchali materace, ustawiali grille i zaraz je rozpalali, gdzieś niedaleko zaszumiała kuchenka gazowa, z innej strony dobiegła nas woń kopcącego palnika benzynowego. Matki nawoływały dzieci, ktoś rozwieszał doraźne pranie... Normalny rwetes biwakowy.
Tylko te nawoływania przez radio były nużące, po jakimś czasie męczące, aż stawały się denerwujące. Pole namiotowe leżało w głębokiej dolinie. Z każdej strony otaczały nas solidne góry i nawiązywanie łączności nie było chyba łatwą sprawą. Nie znaliśmy się na tym wcale, ale o kłopotach z łącznością świadczyły głośne rozmowy w pobliżu.
– Może skończą im się baterie? – syn wyrażał płonną nadzieję.
– Mają akumulatory samochodowe – podejrzewałem eskalację problemu. I rzeczywiście. W dwóch „maluchach” już odpalono silniki dla podładowania akumulatorów. Smród spalin był nieznośny. Jeśliby to miało trwać dłużej...
Przy sąsiednim namiocie zaczęło dziać się coś nowego. Poznosili jakieś rury, zaczęli je skręcać w jedną całość, na końcu zamontowali jakieś pręty i wreszcie ustawili to wszystko pionowo w wysoki maszt. Miał ponad dwadzieścia metrów i cała operacja wcale nie była prosta. Z dziesięciu facetów podpierało rurę, a drugie tyle ciągnęło linę. Wreszcie stanął. Trzy długie odciągi ze stalowych linek utrzymywały chwiejną konstrukcję. Widziałem wbijanie kotew do odciągów. Były mizerne i nie budziły zaufania.
Impreza rozwijała się w dwóch kierunkach – niestety. Jedną grupę stanowiły kobiety i dzieci – rodziny „sibiraków” – jak ich nazwał syn. Robili posiłki, jedli, bawili się, śpiewali przy ognisku. Ktoś zagrał na gitarze... Dało się znieść.
Druga grupa to byli główni sprawcy całego zamieszania w eterze i... na wetlińskim polu namiotowym – „sibiracy”. Ich obchodziły tylko aparaty do łączności radiowej. Właściwie nic innego nie robili poza... piciem – niestety! Reszta rodzin przynosiła im posiłki i napoje bezprocentowe. Napoje „masowego rażenia” krążyły niebezpiecznie często. To byli prawie wyłącznie mężczyźni – ojcowie rodzin. Syn namierzył jedną kobietę – sibiraczkę, ale nie miał do końca pewności, czy to aby nie był facet, bo głos miała raczej „sześciocylindrowy”.
Zanim zapadł zmrok, wszystkie radiostacje nadawały już, a niektóre także odbierały wieści ze świata. Ze świata, powiedzmy... z kawałka Małopolski. A wieści, to głównie pogaduchy o pogodzie, bo o czym mogą gadać zupełnie nieznajomi ludzie, których jedynie łączy pasja do korzystania z jakiegoś urządzenia, a nie konkretny cel działania. Gorzej, że prawie wszystkie samochody pracowały na wolnych obrotach dla podtrzymania akumulatorów. Smród stawał się nie do wytrzymania.
Nie miałem ochoty na jakieś awantury. Od tego jest szef pola namiotowego, ale on zachowywał się mocno niejednoznacznie. Niby strofował głośnych, ale nie robił tego zdecydowanie.
Oczywiście żałowaliśmy, że zaraz po obiedzie nie zwinęliśmy namiotu i nie czmychnęliśmy stamtąd. Teraz, w nocy było już dużo za późno. Raz i drugi byłem w recepcji. Policja ponoć odmówiła interwencji – tak mi powiedziała panienka wystawiająca kolejne pokwitowanie za pobyt na polu namiotowym.
Wreszcie przyszła pora na sen. Następnego dnia chcieliśmy znów iść w góry. Spać się jednak nie dało. Dźwięki, które po południu i wieczorem wydawały się nam jedynie głośne, po zmierzchu stawały się wrzaskami spędzającymi sen z powiek. Czary goryczy dopełniały podchmielone okrzyki, jakieś zaśpiewy przerywane czkawką i odgłosy jawnie wymiotne. Co chwila ktoś wpadał na linki namiotowe, przewracał się, klął, wstawał, by za chwilę znów o coś zawadzić.
Udawało się jedynie zapadać w krótkie drzemki przerywane powtarzającymi się kaskadami rechotów czy innych okrzyków. Zmęczenie walczyło w nas z obawami. Raz jedno brało górę, raz drugie.
Z kolejnej drzemki wyrwało mnie głośne jęknięcie naprężonej, a zawadzonej chyba nogą stalowej linki i zaraz po tym głośne przekleństwo wybełkotane tuż obok namiotu. Zanim wróciła mi pełna świadomość, usłyszałem, jak po naszych płótnach przesunęło się coś i rozległ się głuchy łomot padającego na ziemię masztu. Wyskoczyłem na zewnątrz z zapaloną latarką. Tuż obok leżał na ziemi ten wielki maszt. Na szczęście ktoś przez nieuwagę zawadził i zerwał ostatni z zakładanych odciągów i maszt upadł prawie dokładnie w miejsce, z którego był podnoszony – nie zawadził o żaden z namiotów. Strach pomyśleć...
W sąsiednim namiocie właśnie zerwała się chyba łączność, bo dochodziło mnie coraz głośniejsze nawoływanie radiorozmówcy. Wreszcie chwiejnym krokiem wyszedł właściciel masztu. Omiótł okolice latarką, zrozumiał, co się stało i sadząc, że to ja zwaliłem maszt, napadł na mnie z furią. Zapachniało ciężką draką. Obok mnie stanął syn...
Na nasze szczęście zza tamtego namiotu wykuśtykał prawdziwy winowajca, który zresztą zwymyślał mojego napastnika za nieoznaczenie linki odciągowej. Awantura przeniosła się w inne miejsce i wróciliśmy na posłania. O spaniu mowy nie było, tym bardziej że właściciel masztu zaczął szukać pomocników do powtórnego ustawienia wątpliwej konstrukcji. Przyszedł i do nas. Wsadził ziejący odorem łeb do namiotu i chwiejąc się, zaczął:
– Dzień dobry – wymamrotał – czy nie pomógłby pan przy stawianiu masztu? Tu wszyscy już śpią albo są pijani, a sam nie dam rady...
– Nie, nie pomogę – odpowiedziałem.
– Dlaczego? – wyraźnie był zdziwiony. Ani myślał rezygnować – przeciwnie. Dla lepszej równowagi złapał się masztu namiotu.
– Bo ten maszt może kolejny raz upaść i to w innym kierunku. Na przykład na mój namiot.
– W życiu, kochany. W życiu!
Facet nie da się zbyć łagodną perswazją – pomyślałem. Obydwaj z synem siedzieliśmy na wprost siebie. Było ciemno, nie widzieliśmy swoich twarzy, ale dałbym głowę, że patrzyliśmy na siebie rozbawieni idiotyzmem faceta, ale też i skrajnie wkurzeni na jego obcesowość.
– Sp........ – obydwaj jednocześnie zaczęliśmy i speszeni urwaliśmy przekleństwo. Zawstydziło nas właśnie to, że po raz pierwszy w życiu zabluźniliśmy w swojej obecności. Gość dalej stał w wejściu, przytrzymując się masztu.
– sp.....j! – wrzasnęliśmy tym razem już bez żadnych oporów wewnętrznych i... pijaczek zrozumiał wreszcie. Wręcz zdmuchnęło go to przekleństwo.
O spaniu nie było już co marzyć. Postanowiliśmy czuwać do rana na zmianę. Syn ułożył się, ale najwyraźniej nie mógł zasnąć. Na zewnątrz ciągle trwały niemrawe przygotowania do przywrócenia łączności na dużą odległość. Nie trwało to jednak długo, bo na pole zjechały dwa samochody z zapalonymi reflektorami. Zatrzymały się, oświetliły szperaczami feralny maszt i kilka osób kręcących się przy nim. Jak się okazało, był to patrol Straży Granicznej. Ostro przywołali towarzystwo do porządku. Sibiracy zaczęli protestować, coś tłumaczyć.
Dowódca wydał krótki rozkaz. Usłyszałem charakterystyczny dźwięk przeładowywanych kałachów. Każdy facet po wojsku zna ten dźwięk – żarty się kończą... Ucichło.
– Panowie pozwolą! – dowódca patrolu nie pytał już o nic więcej. Trzej towarzyszący mu żołnierze wzięli upartych „sibiraków” pod lufy i odprowadzili do samochodów. Szef pola namiotowego zdjął na wszelki wypadek wszystkie trzy linki odciągowe z masztu i zabrał je. Ucichły także silniki pracujących jeszcze kilku samochodów. To dowódca patrolu nakazał wyłączenie ich i bezpardonowo zabrał kluczyki od stacyjek. Z daleka słyszałem, jak ostrym głosem instruował:
– Rano oddam. Proszę przyjść do strażnicy. Po ósmej. Teraz ma być tu cisza! Dobranoc! – Trzasnęły drzwiczki gazików i odjechali. Zapadła cisza. Trwało wszystko może pięć minut. Wreszcie! Był kwadrans po pierwszej.
Obudziliśmy się po dziewiątej. Śniadanie jedliśmy w kiepskich nastrojach, nie wychodząc z namiotu poza niezbędnymi rano czynnościami. Wszędzie wokół walało się mnóstwo śmieci i niedojedzonych porcji kiełbasek, bułek, rozgniecione pomidory, jakieś butelki, papiery, części garderoby. Prażące od świtu słońce bezlitośnie wypędzało z traw odór wymiocin, a kręcący wiaterek roznosił go we wszystkich kierunkach. Beznadzieja i koszmar! Postanowiliśmy zaraz po posiłku zwinąć się i przenieść. Nieważne gdzie. Byle daleko od sibiraków, którzy krzątali się już także wokół swych namiotów. Za chwilę pewnie zaczną znów swoje nawoływania. Niech no tylko coś zjedzą, przetrzeźwieją! Póki co, było jednak cicho.
Jakież było nasze zdziwienie, gdy usłyszeliśmy znany dźwięk zrzucanych na kupę śledzi i rurek masztowych. Nie wierzyliśmy własnym uszom. Z drugiej strony te same dźwięki. Z trzeciej też... Sibiracy zwijali swoje namioty!
Poszedłem do recepcji. Okazało się, że dowódca strażnicy postawił twardy warunek żonom upominającym się o swych zatrzymanych małżonków – albo do dziesiątej wyniosą się stąd wszyscy miłośnicy CB-radia i posprzątają wszystko po sobie, albo tych trzech facetów on przekaże policji i... zatrzymał ich.
Krótko po dziesiątej pole opustoszało. Nawet posprzątali po sobie większość śmieci. Nie wynieśliśmy się z Wetliny tego dnia. Łaziliśmy po okolicach jeszcze tydzień, ale w następny piątek rano przenieśliśmy się na bardziej ustronne pole biwakowe. Na wszelki wypadek...

Wetlina – 1992
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Powrót do Relacje z Waszych pobytów i wypraw

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zarejestrowanych użytkowników i 0 gości


Loading

O F I C J A L N E    F O R U M    D Y S K U S Y J N E    S E R W I S Ó W:
               

Forum bieszczadzkieforum.pl używa plików typu cookies do poprawnego działania strony, w celach statystycznych, reklamowych, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz by umożliwić logowanie zarejestrowanym użytkownikom. Korzystanie z forum bieszczadzkieforum.pl, bez zmian ustawień w używanej przez Państwa przeglądarce internetowej oznacza zgodę na wykorzystywanie technologii cookies i zapisywanie ich w pamięci Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.