Sobie wędrowanie takie...

Opisy i fotorelacje z pobytu w Bieszczadach

Sobie wędrowanie takie...

Postprzez Zygmunt Skibicki » 17 lip 2011, o 14:32

Sobie wędrowanie takie...

Wczesnym popołudniem, w kończącym się deszczu autobus zatrzymał się w Komańczy. Wyciągnąłem plecak ze sterty innych upchniętych w tyle biało-niebieskiego „ogórka" i natychmiast wszedłem na czerwony szlak. Po roku spędzonym nad książkami chciałem możliwie najszybciej znaleźć się w upragnionej „dzikości gór i lasów". W plecaku taszczyłem „pokój z kuchnią”, ciuchy i cały prowiant na dwa tygodnie. Tylko chleb i denaturat trzeba będzie gdzieś uzupełniać.
Lipcowe słońce szybko suszyło trawy. Gliniasta droga z ciurkającą w koleinach strużką zapowiadała jednak wiele atrakcji jeszcze tego dnia. Wolno wyszedłem na pierwszy grzbiet. Noc przebyta w pociągu na i tęgi wór taszczony na plecach skutecznie spowalniały tempo marszu. Zaświergolony las i mlaskanie pod nogami - CISZA.
Przekroczywszy tory wąskotorówki, znalazłem się w zalanej słońcem Dolinie Duszatyńskiej. Wybujałe trawy miały już przysuszone wierzchołki. Nieliczne kępy krzewów dawały nikłe i zupełnie nieosiągalne skrawki cienia - UPAŁ.
Przed Łokciem sucho miałem wyłącznie w pysku. Strumień pod mostem kolejowym kusił zupełnie klarowną wodą. Popas. Fusy z domowej herbaty odpłynęły wraz z resztką nizinnych spraw.
Już miałem pójść dalej, gdy dosłyszałem gwizd lokomotywy i zwolna narastający stukot kół. Jakoż i po chwili pojawiło się to dymiące cudo. Toczyło się niespiesznie ciągnąc rząd wagoników z dłużycą bukową. Na trzecim wagonie siedział wprost na kłodach zarośnięty człowiek w rozpiętej, kiedyś barwnej koszuli. Wbita obok niego w kloc potężna siekiera kiwała się miarowo.
–Staniij!
–Eeee? – odpowiedział drugi i wychylił się spod daszka parowozu. Gdy się wyprostował, głowa wystawała mu ponad ten daszek. Coś tam pokręcił i wehikuł zatrzymał się zgrzytliwie.
–Śpiczki mosz?
–Noo.
–To zapolim.
Usiedli. Wpatrywałem się w nich, palących w milczeniu z odległości może trzydziestu metrów i chociaż nikogo nie było wokół, zdawali się nie dostrzegać intruza. Niestosowność takiej przerwy w pracy była wręcz oczywista, ale może tylko dla mnie. Tutaj, chyba wyłącznie.
Skończyli i powolutku odjechali. Gdy schowali się za zaroślami, a oddalający się stukot zagłuszyły świerszcze i szum potoku, wstałem jak w kinie po skończonym westernie. Rozejrzałem się i doprawdy nie byłem pewien, czy byli tu przed chwilą jacyś ludzie? Czy był tu w ogóle jakiś pociąg?
Jeziorka duszatyńskie nie robią większego wrażenia, może dlatego, że wielki bukowy las pokrył szczelnie niemal stuletnie osuwisko, które zamknęło odpływ wód. Tylko ponure pnie wiekowych drzew wystające wprost z toni świadczą o niecodzienności powstania jezior. Wiatr tu nie docierał, co potęgowało jeszcze ponurość miejsca.
Wielkie drzewa chryszczatego lasu ze śladami po pociskach – niektóre wprost przestrzelone, bądź z odstrzelonymi wierzchołkami – to jakby pomniki strasznych lat czterdziestych. Ćwierćwiecze nie zakryło do końca tych blizn.
Zmierzchało, gdy swój namiot stawiałem na szczyci tuż przy wielkiej, zbudowanej z bali wieży triangulacyjnej. Gorącą kolację skończyłem po ciemku. Do snu szumiał mi las. Coś bliżej nieokreślonego uparcie skrzypiało w pobliżu.
Słoneczny poranek. W lesie gada wszystko, co żyje. To, co skrzypiało mi w nocy, to oberwany kawał konstrukcji trianguła kołyszący się kilka metrów wprost nad moim legowiskiem. Trzymał się bodaj na jednym, jedynym pokrzywionym i do połowy wyciągniętym już z kłody gwoździu. Niebawem spadnie... Śniadanie na resztkach wody jadłem z dala od namiotu.
Z wielką ochotą ruszyłem ku Jawornemu, Cisnej i Jasłu, gdzie zamierzałem przenocować. Plan był ambitny, więc korzystając z łagodnie opadającego szlaku, dość szybko dotarłem do przełęczy, którą wiele lat później ktoś nazwał „Żebrak”. Odnalazłszy źródło, dopełniłem ograniczonych z konieczności rannych ablucji i pognałem zalesionym, z rzadka przetykanym skąpymi polanami grzbietem do Cisnej.
Ku mojemu zdziwieniu, jedyny sklep był czynny. Działał za to w godzinach: szósta – ósma i szesnasta – osiemnasta. Było południe. Resztka denaturatu mieściła się w palniku kochera. Trzeba było zaczekać.
Dociążony zakupami drapałem się później na Rożki i Jasła.
To był fajny deszcz. Na otwartej połoninie nie mogłem się schować. Godzinna ulewa przemoczyła chyba nawet konserwy. Później wszelako wieczorne, słabe już przecież słońce, wysuszyło wszystkie moje graty zupełnie.
Rozbiłem się wprost na wielkich trawach przy małym źródle. Po cholerę niosłem koszmarnie ciężki materac dmuchany? W takich miejscach trawy dawały doskonałe posłanie bez żadnych przygotowań podłoża. Na tle nieba widniał chyba największy trianguł jaki w życiu widziałem. Pomny skrzypień z ostatniej nocy wolałem być od niego z dala.
Obudziły mnie grzmoty. Może nawet był to pierwszy grzmot tej burzy. Kiedy otworzyłem oczy, wszystko w zielonym namiocie miało trupio–seledynową barwę. Wiatr miotał dachem mojego Giewonta tak, że kładł się on na mnie. Nie było rady „nago po nocnej rosie" musiałem założyć dodatkowe linki. O zaśnięciu nie mogłem nawet marzyć. Z rękawa wejściowego zrobiłem gustowny daszek i paląc wilgotnego papierosa patrzyłem w noc i słuchałem szalejącej nawałnicy.
Burza w mieście wygląda zupełnie inaczej. Błyski i grzmoty za solidnymi oknami i szumiący na zewnątrz deszcz to doprawdy nie to samo, co tańczący w huraganowym wietrze cieniutki namiot, a nad głową niemal poziome, ślizgające się po stokach błyski. Z każdym wyładowaniem powietrze stawało się coraz mocniej nasycone wonią ozonu.
Kiedy zdawało mi się, że burza już ustaje, niebo nagle rozjaśniło się na całej, widocznej z namiotu przestrzeni. Gigantyczny błękitny obłok przeleciał nad górami i dotarł do szczytu Jasła. Przeogromny trianguł pokrył się cały niebieskimi niteczkami, gdzieniegdzie zaświecił pomarańczowo–żółtymi ognikami i runął na ziemię jakby był z zapałek. Jeden krótki, ale o niewiarygodnej wręcz mocy podmuch wiatru zdmuchnął resztki deszczu z połoniny i nastała cisza.
Zdawało mi się, że ten piekielny podmuch wcisnął się pod podłogę namiotu i przez chwilę unosiłem się wraz z moim dobytkiem ponad ziemią. Do ostrego zapachu ozonu doszła teraz woń palonego drewna. Nie pamiętam kiedy zasnąłem w otwartym namiocie.
Rano, przy pięknej pogodzie, obejrzałem to, co pozostało z wieży. W dużym promieniu leżały porozrzucane wielkie poszarzałe i ponadpalane kłody. Tyle zostało z gigantycznej budowli. Wystarczyła jedna letnia burza. Wiele leżących elementów skryło się w wielkich trawach.
Jak okiem sięgnąć, w każdą stronę rozpościerało się to morze falujących traw. Układały się w długie i szerokie, biegnące po stokach jedna za drugą, doliny i grzbiety. Tylko na morzu można coś podobnego zobaczyć. Z niczym innym więc nie mogło mi się to kojarzyć. Jeszcze raz pomyślałem o nocy na Chryszczatej i poszedłem dalej oglądając się parę razy za siebie.
Sam szczyt Okrąglika to mała polanka z pobielonym słupkiem granicznym wśród wysokich krzewów. Pogwizdując rozgarniałem ostatnie gałęzie i zamarłem. Na szczycie siedziało dwóch pograniczników czechosłowackich. Czasy były takie, że do wycieczki na pasmo graniczne należało mieć pozwoleństwo. Nigdy się czymś takim nie skalałem, więc moje obawy były mocno uzasadnione.
–Dzień dobry.
–Na zdar.
Robiąc dobrą minę do z góry przegranej gry przysiadłem się częstując papierosami. Zapalili. Ku mojemu zdziwieniu, wcale się nie czepiali. Zapytałem, jak nazywa się widoczna na dnie słonecznej doliny słowacka wieś. Odpowiedzieli pokazując ścieżkę, która do niej prowadzi i... poszli sobie.
Syty wrażeniami źle przespanej nocy i spotkania na granicy zdreptałem do Smereka, gdzie przeszedłszy bród na spienionej po ostatnich deszczach Wetlince, zabiwakowałem na nadrzecznej łączce. Nie było tam krowich ani owczych „pamiątek", więc nie było to pastwisko.
Wieczorne maleńkie, jednoosobowe ognisko pod gwiaździstym niebem pozwoliło mi pomyśleć o sprawach, które pozostawiłem na równinach.
W czasie, kiedy kończyłem poranną herbatę, na przeciwny brzeg rzeki desantowała się z cięzarówki spora drużyna harcerska. Umundurowani jak na defiladę i czerwono wybereceni, wyglądali wcale interesująco.
Odprasowany Szef tego interesu zrobił zbiórkę, coś tam wyjaśniał, wreszcie władczo wydał dwanaście (liczyłem) rozkazów nakazujących kolejno:
- zdjęcie lewych butów,
- zdjęcie skarpet lewych,
- schowanie tychże do wcześniej wymienionych,
- zdjęcie prawych butów,
- zdjęcie skarpet prawych,
- schowanie tychże do.....
- związanie butów węzłem flagowym, - a jak?!
- przewieszenie tak związanych przez szyje,
- w szeregu ustawienie,
- za ręce chwycenie,
- w prawo zwrócenie,
- naprzód kolumny za nim maszerowanie.
Obrazek był piękny. Cała kolumna (czemu nie szereg, do cholery?!) weszła do wody sięgającej niektórym sporo powyżej bariery dźwięku. Na śliskich głazach i w rwącym prądzie rzeki rozegrała się scena godna kamery oczywiście dźwiękowej. Tylko jeden przezornie odłączył się od tej idącej tamy i on jeden nie wykąpał się całkowicie. Jakoś przeszli.
Druh – Zwierzchność nie zrażony oczywistą weryfikacją swej głupoty, ociekając wodą zrobił zbiórkę i wydawał kolejne komendy, których już nie liczyłem, ale wycieranie nóg ręcznikami wyjętymi z chlupoczących plecaków było koronnym dowodem wyższości regulaminu nad zdrowym rozsądkiem. Poczekałem aż odejdą.
Mijałem ich później. Siedzieli na podpołoninnej polanie oklejając się plastrami. Mokre buty i takież skarpety to jest to, co najbardziej lubią Czerwone Berety. Tylko komend do zabiegów plastrowania jakoś zabrakło było.
Rozmyślając nad oczywistymi lukami w regulaminach musztry organizacji paramilitarnych doszedłem do polany, z której widać już było kulminację Smereka.
Na szczycie pachniało nadchodzącym deszczem. Poniżej przełęczy Orłowicza, pod lasem, nad słynną „windą po wodę" stało już kilka spłowiałych namiotów, ale w siąpiącym deszczu nie odmówili mi towarzystwa.
Była to kilkunastoosobowa grupa młodych Ślązaków. Ich wódz – Piotrek, tylko nieco od nich starszy, posiadał spory autorytet. Co chwila wychodził z namiotu rozglądał się po połoninie, wreszcie wysłał na przełęcz dwóch chłopaków i przyszedł do mnie.
Trochę się niepokoił o dwójkę, którą wysłał rano do Wetliny po prowiant. Nie znali terenu, mieli tylko kiepską mapę turystyczną a deszcz gęstniał. Pytał, czy znam drogę na dół. Chciał żebym wyszedł z nim naprzeciw.
Samotnie wędrujący po bieszczadzkich szlakach mógł być wyłącznie albo idiotą, albo doświadczonym górołazem. Na idiotę mu chyba nie wyglądałem.
Z tym wyjściem naprzeciw, to nie był dobry pomysł. Zejście do Wetliny miało wtedy kilka wydeptanych wariantów, a żaden nie był oznakowany. Moglibyśmy się minąć i szukać się bez końca. Ustaliliśmy, że czekamy do wieczora, a jeśli nie nadejdą to skoczymy po ciemku do schroniska na Wetlińską.
Tymczasem przygotowaliśmy ognisko. Wcale nie było to łatwe, bo suchego drewna nie przygotowali zawczasu, a deszcz robił swoje. Na szczęście rośnie tam kilka starych brzóz a naskórek ich kory zapala się bez problemów nawet po zamoczeniu w wodzie. Zdrowo przemoczeni doczekaliśmy się prawie jednocześnie dużej watry i dwójki umordowanych prowiantowych. Trochę pobłądzili i machnęło ich aż na Hnatowe Berdo. Zanim zjedli gorący rosół skończył się deszcz i zapadł zmrok.
Siedząc na grubych pokręconych pniakach, które pościągały tam pokolenia biwakujących turystów, śpiewaliśmy na przemian piosenki turystyczne, obozowe, studenckie i oczywiście te masowego rażenia. Twarze dopiero co poznanych ludzi przy blasku ognia były serdeczne... jak dobrze było Być.
Rankiem namioty otulała waciana mgła. Brak wiatru nie dawał szans na szybką zmianę pogody. Piotrek pytał, czy dobrze znam drogę przez Wetlińską, bo on się boi o swoich. Znałem. Wysokie kępy połoninnych traw tak czy owak nie pozwalały zejść ze szlaku, a wszystkie skrzyżowania pamiętałem dobrze.
Szybko zwinęliśmy mokre namioty. Liczyłem, że wyżej wyjdziemy ponad tą mgłę, ale okazało się, że nawet szczyty połoniny były za niskie. Aby nie pobłądzić, wystarczyło nie skręcać w nie oznakowane ścieżki.
Poprowadziłem milczącą kolumnę przez lepką mgłę. Na końcu szedł Piotr. Wielkie trawy utrzymywały w swych kiściach niewiarygodną ilość drobniutkich kropelek wody. Potrącając wierzchołki traw zgarnialiśmy na siebie niezliczone jej litry. Przemokliśmy od pasa w dół jeszcze przed dojściem na przełęcz.
Dziewczyna idąca tuż za mną niosła w ręce dziwną torebkę – beżowy sztywny walec ze skaju z nieporęcznym paskiem. Poradziłem, żeby schowała to do plecaka, ale nie posłuchała. Po krótkim postoju pod skałkami pierwszego szczytu Wetlińskiej ruszyliśmy dalej. Wtedy zauważyłem, że tą torebkę tą niesie inna dziewczyna.
Dłużyła się nam ta droga. Schronisko, choć usilnie wypatrywane, ukazało się zupełnie nagle i to z odległości kilku metrów. Wychynęło z mlecznych oparów jak zjawa. My pewnie też.
„To nie knajpa jeno chatka,
Nie ma piwa jest herbatka”.
Tym porzekadłem zareagował wesoło odwieczny tu Lutek na pierwsze śląskie zamówienia. Szybko okazało się, że woda na herbatę też się skończyła. Wyprawy do odległego źródła przy tej pogodzie nie wspominam najmilej.
W schronisku gęstniało. Koło południa było już tak ciasno i duszno, że trzeba było otworzyć drzwi „do pola", a ciągle skądś nadchodzący ludzie siadali na schodach na poddasze. Podłoga była zasłana ludźmi, plecakami i wszelkim wędrownym dobrem, a może i złem. Nikomu nie chciało się stąd wyjść na taką szarugę. Grała orkiestra na dwie mokre gitary, odrapany z lakieru flet i kilka pogiętych menażek.
- A wszystko te czarne oczy ...
- Studientoczka zaria wastocznaja ...
- Widzisz głupi tak to jest – tyle drogi w taki deszcz ...
- Lato, pachnące miętą ...
Parowało z mokrych gratów. Buzowała młoda krew...
Późnym popołudniem zebraliśmy się wreszcie do schodzenia. Moi nowi znajomi chcieli jeszcze tego dnia dojść szosa do Ustrzyk Górnych. Ja zostałem w Bereżkach. Kiedy odchodzili w wieczorną mżawkę, beżową, śmieszącą tu torebkę niosła znowu inna dziewczyna. Ki czort?
Postawiłem namiot w pobliżu betonowych fundamentów spalonych tuż po wojnie zabudowań. Byłem sam , tylko odległe pobrzękiwania owczych dzwonków i zapach dymu z pobliskiego chyba acz zupełnie niewidocznego w mroku mielerza, świadczyły o niezupełnej w tej głuszy samotności. Miałem ochotę na żętycę i bundz, ale na spacer do bacówki w mroku i siąpawicy zabrakło mi zdecydowania.
Poranne słońce osuszyło namiot zanim wstałem. Musiałem mocno spać, bo nawet dzwonki i pokrzykiwania juhasów nie obudziły mnie. Teraz byli zapewne już na wysokich pastwiskach i nie było ich słychać. Po trzydziestu godzinach deszczu znów wracał mi wesoły nastrój.
Nawet strome podejście pod Caryńską nie było w stanie zepsuć mi humoru, dopóki nie wyłoniła się z dolin uparta towarzyszka - mgła. A może to już były chmury? Trudno powiedzieć, bo dopadło mnie toto dość wysoko, a lazło od tyłu. Znowu mżawa. Wciągnąłem brezentowy anorak i spod głębokiego kaptura wypatrywałem mniej śliskich miejsc. Dyćko wiało...
Nagle, w ograniczonym polu widzenia ukazały mi się dwie damskie nogi w pończochach i lekkich, zdrowo ubabranych gliną bucikach. Podniosłem głowę – nie była to zjawa, bo te nie występują - jak mi się zdaje - stadami.
Cały sznurek uspódniczonych pań, wygarniturowanych panów w szeleszczących ortalionach beztrosko dreptał wprost w gęstniejącą w dole białą papkę. Śmiechom z okazji częstych poślizgnięć i upadków towarzyszyły docinki i riposty. To musiała być jakaś zakładowa wycieczka, wypisz wymaluj autokarowa.
Zapewne nie zdawali sobie sprawy z tego, że w takich strojach dojdą na dół skrajnie wyziębieni. Ich „pilot" – tak go nazywali– spytał czy daleko do Wetliny, bo we mgle nie mogli znaleźć na szczycie schroniska.
Naprawdę chciałem minąć ich w milczeniu, bo na moje „dzień dobry" nikt oczywiście nie odpowiedział, ale to dyletanckie pytanie, świadczące że ów zawodowy globtroter nie wiedział nawet na której jest połoninie, spowodowało moją eksplozję. Byli przecież na Połoninie Caryńskiej! Chwyciłem go za połę wiatrówki i mocno przyciągnąłem do siebie. Krótko i zwięźle wyjaśniłem gdzie właśnie są, ale tego co powiedziałem mu później na ucho, nie chciałbym nigdy powtarzać komukolwiek. Facet wystraszył się chyba.
Spoglądał z uznaniem na naszytą na moim skafandrze plakietkę WOPR’u (też z niebieskim krzyżem, tyle że z kotwicą a nie z gałązką kosówki – jak na blachach GOPR’u) i tłumacząc się gęsto wcisnął mi do kangurki pół litra jarzębiaku. Zaniemówiłem. Stałem jak skończony idiota z tą butelką wystającą z kieszeni pod brodą i patrzyłem jak znikają w kłębach ni to mgły, ni to chmur.
Czułem się naprawdę głupio. Po jaką cholerę w ogóle się wtrącałem? Wcale nie poprawiłem ich sytuacji, a tylko popsułem humory. No, może trochę śpieszniej schodzili, ale to też niekoniecznie musiało wyjść im na zdrowie.
Zamgloną połoninę przeczłapałem w ponurym nastroju. Na całym grzbiecie nikogusieńko. Natomiast przy każdym kroku znowu zgarniałem na siebie niezliczone ilości kropel i mokro mi było nadzwyczaj. Jest taki stan podczas deszczowych górskich eskapad – „sucho wyłącznie w pysku”. I tak mi właśnie było.
Dopiero tuż nad Ustrzykami dogoniłem trójkę „moich" Ślązaków wracających z nieudanej, bo deszczowej wycieczki. Zaprosili mnie do ich obozu przy szlaku na Szeroki Wierch. Piotra i resztę spotkaliśmy „pod wiatą", skąd przenieśliśmy się „Pod Pulpita".
A piwo nieoporne było tego roku. Trofiejny jarzębiak też nam nie odmówił. Tęgą, bo bezgwiezdną nocą potykaliśmy się w drodze do namiotów.
"Bo pomiędzy bogobojnym ludem,
A niech cholera go pokręci,
Zawsze się znajdzie jakiś student,
Ech, studenci..."
Cała dolina odpowiadała echem. Cały Świat był nasz...
Obudziły mnie głosy ptaków. Na płótnie namiotu migotały słoneczne plamy. Moi znajomi też już byli na chodzie. Kończyłem właśnie śniadanie, gdy podeszła do mnie jedna z dziewczyn. Przysiadła i cicho zapytała czy pójdę na mszę.
– Do Wetliny!? W życiu!
– Nie, tu na miejscu. Dziś niedziela, Piotr jest księdzem. Tylko jeśli nie chcesz, to zachowaj to dla siebie.
Wyskakując z „dziupli" rozlałem resztki herbaty.
Piotr był tuż za namiotami. W poplamionych pumpkach, ciężkich butach i czarnym kiedyś anoraku z przewieszoną stułą słuchał jeszcze spowiedzi siedząc oparty o drzewo. Spowiadający się chłopak po prostu siedział obok niego. Leśny konfesjonał ...
Na wysoko ściętym odziomie stała mała, beżowa, cylindryczna torebka. Ta sama. Obok niej maleńki błyszczący kielich. uchwyt na pokrywce był krzyżem.
Widziałem w życiu wiele mszy w kościołach, cerkwiach, synagogach i meczetach. Mszy małych, dużych a także wielkich, przesyconych przepychem, złotem, kadzidłem i celebrą, odprawianych przez zabójczo przystojnych i strojnych kapłanów, oraz przez leniwie i ledwie pochylających się zapasionych dostojników, ale ta – najprostsza z najprostszych, wśród świergotu ptaków w prześwietlonym słońcem zagajniku nad chlupoczącym Terebowcem, którą czynił umorusany gliną ksiądz – traper, komunikując takich samych jak on górołazów z maleńkiego srebrzystego kielicha, pozostała mi w pamięci jako największe przeżycie religijne mojego niekrótkiego już dzisiaj życia.
Żegnając się z Piotrem pochyliłem się do jego ręki, ale przytrzymał mnie mocno. Spojrzeliśmy sobie w oczy.
- Dziękuję ci Piotrze.
-Ja tobie też. Bądź zdrów. Z Bogiem.
Ucałowaliśmy się serdecznie.
Na Tarnicę doszedłem późno. Jakoś często odpoczywałem tego dnia. Namiot postawiłem tuż nad letnią goprówką, która mieściła się w dwóch maleńkich namiotach ustawionych przy słabym źródełku. Zachodzące słońce efektownie oświetlało zęby Krzemienia.
Goprowcy nawoływali się jak co wieczór:
– Połonina, połonina. Ja Tarnica, odpowiadaj jak mnie słyszysz. Odbiór.
– Połonina, połonina. Ja Tarnica...
Skądś, zza trzech połonin, znad łanów wybujałych traw, zawieszony pod wybłyszczonym gwiazdami niebem, ze swej maleńkiej chatki odpowiadał na to wołanie rubaszny Lutek:
– Tarnica, Tarnica. Ja połonina. Dobrze cię widzę, ale ledwo cię słyszę. Odbiór!
Śniadanie psuł mi widok windy Krzemienia. Nie lubię tego podejścia, ale „nie ma to tamto...". Przez poszczerbiony Krzemień i pod Kopą Bukowską dotarłem do Halicza. Tu kończył się był Wielki Szlak Orłowicza. Dalej nie wiódł wtedy żaden szlak. Ścieżka, owszem była, ale trudno było liczyć tu na wyrozumiałość pograniczników, zbiegała ona bowiem wprost ku granicy z Wielkim Bratem, no... może ciotecznym i to nie moim. Daleko, na południowym wschodzie majaczyły solidne szczyty. W strasznym tego dnia upale wydawało się, że widzę na nich śnieg. A może był tam rzeczywiście?
– A może by jednak...
Śladem ginącej ścieżki – jak mawiał niejaki Wojciech Krygowski – zszedłem w kierunku Rozsypańca. Od przełęczy ścieżka już nie była taka ginąca. Między biało–czerwonymi i czerwono-zielonymi słupkami wiła się dobrze wybita szeroka koleina. Patrole graniczne musiały chodzić tędy często.
Takich jagód nie widziałem w żadnym innym miejscu. Wielkie jak wiśnie i takie wysokie, że nawet nie trzeba się było schylać. Połonina wznosiła się łagodnie i szło się doskonale. Na polską stronę spływały wielkie, nieruszone od dziesięcioleci ludzką ręką trawy i wszelkie inne zieliwo. Po radzieckiej stronie, do samych ichnich słupków stoki wykoszone były niczym pole golfowe. Równe kopki siana uciekały hen w dół. Gdybym wcześniej nie widział gigantycznych ugorów w głębi Ukrainy, może uwierzyłbym wtedy w gospodarność sąsiada. Pod Kińczykiem zobaczyłem kobiety w białych – a jakże! – fartuchach i chustkach na głowach. Grabiły siano i układały kopki.
–Zdrastie.
Nie odpowiedziały. Kilka razy jeszcze tak zaczepiałem napotkane dziewczyny, ale żadna nawet nie spojrzała w moim kierunku. Na szczycie rozsiadłem się w starym okopie (z której to wojny?), ustawiłem kocher na herbatę i wrąbałem pół słoika ukraińskiej skądinąd konfitury pod tytułem „czornaja smorodina”.
Tu także nie odpowiedziano mi na grzeczne przecie pozdrowienie. Pracowały niecałe trzydzieści metrów od mojego okopu. Dwie z nich odstawiły grabie i poszły sobie. Kończyłem już posiłek i zniechęcony do dalszych prób nawiązania rozmowy dopakowywałem pokaźny plecak, kiedy coś błysnęło mi z dołu radzieckiej łąki. Przez lornetkę dostrzegłem dwóch żołnierzy biegnących pod górę a za nimi dwie kobiety w białych kitlach...
Gnałem przez szczerą, i to jak szczerą, połoninę prosto w dół. Dopadłem lasu tak zdyszany, że runąłem wprost w płożącą się buczynę. Dłuższą chwilę łapałem oddech. Przez gałęzie widziałem wyraźnie na tle nieba żołnierzy z kałachami lornetkujących skraj zarośli. Uwzględniając wybrzuszenie stoku musieli być dobrych dwieście metrów po naszej stronie.
Teraz to ja nie miałem ochoty na rozmowę z „bratnim narodem”. Zszedłem jeszcze kawał drogi zanim wziąłem do ręki mapę i kompas. Nie wiem czy dokładnie o to chodziło mi tego dnia, ale będąc w głębi potężnego lasu – bez jakichkolwiek możliwości rozejrzenia się po okolicznych szczytach – wreszcie poczułem się sam „w dzikości gór i lasów”.
Dokładne ustalenie tego gdzie jestem było czystą iluzją. Cóż z tego, że logika wymagała poruszania się kulminacją grzbietu. Mógłbym liczyć na wyjście na jakąś polanę i wtedy dokładnie rozejrzeć się. Obawiałem się jednak, że rozjuszeni pogranicznicy, być może także nasi, wypatrzą mnie na otwartej przestrzeni i dopadną.
Sytuacja robiła się poważna, bo dolina którą schodziłem, kierowała się wprost na wschód. Kiepska turystyczna mapa nie dawała pewności, że poleganie na niej bardziej pomoże niż zaszkodzi. Będąc na szlaku, na otwartej przestrzeni, można było coś tam z niej wyczytać, ale nie radziłbym nikomu szukać z jej pomocą choćby źródeł. W tym miejscu była całkowicie bezużyteczna. Cóż, dokładne mapy zastrzeżone były wtedy dla innych celów.
Zszedłem więc jeszcze niżej i na stromym stoku napotkałem coś na kształt drogi. Po chwili okazało się, że jest to stare torowisko nie istniejącej już wąskotorówki. Torów oczywiście nie było. Tylko zarośnięte mchami i zasypane rozkładającym się listowiem stare rowki po podkładach wskazywały, że była to kiedyś droga żelazna. Co chwilę przełaziłem przez rozpadające się to znów w miarę zdrowe, potężne pnie leżące mniej lub bardziej dokładnie w poprzek drogi. Na dodatek pozostałość po torowisku biegła skroś całej masy spływających ze stoków potoczków. Były zapewne nad nimi jakieś mostki, ale dawno wszelki ślad po nich zmurszał.
Jedyna zaleta podążania wzdłuż tych pozostałości kolejnictwa polegała na wierze, że dokądś wiodą. No i oczywiście nie trzeba się było stromo wspinać, ani zbiegać na złamanie karku. Wreszcie miałem tej drogi jednak dość i zacząłem przechodzić kolejne grzbiety kierując się bardziej na północ.
Będąc już całkiem nisko skierowałem się na znaczne przejaśnienie w ciemniejącym – chyba już wieczornie – lesie. Wyszedłem na polanę zarośniętą tak wielkimi pokrzywami, że w pierwszej chwili nie rozpoznałem ich. Gołe do wysokości moich ramion łodygi miały grubość ponad trzech centymetrów! Dopiero wyżej zaczynały się liście zresztą wcale nie parzące. Nie byłem skory do gorliwych obserwacji botanicznych, ale znacznie ponad trzy metry to one mierzyły z pewnością.
Na nocleg zatrzymałem się nad kolejnym potokiem. Tam także było stare torowisko. Wybrałem na biwak małą świerkową enklawę licząc na suchość poszycia. Prowiantu miałem jeszcze na kilka dni. Paliwa wokół było nawet w sporym nadmiarze. Nastrój także jakby lepszy niż po ucieczce z połoniny.
Pamiętam do dziś tamto maleńkie ognisko pod ogromnymi smrekami. Nie obawiałem się już pogoni – nigdy nie palę dużych „harcerskich" ognisk. Szkoda drewna i trudno je później ostatecznie wygasić.
Rano wyszedłem wreszcie na wielkie łąki. Teren był tylko lekko sfałdowany. Schodząc coraz niżej znalazłem się w dziwnej scenerii. To tu, to tam wyrastały z gąszcza traw i burzanu drzewa jakby owocowe i to dość pogrupowane. Zerwałem kilka kiepskich jabłek. Zjadłem je jednak ze smakiem – cebula z plecaka jest dobra, ale... do czasu.
Poszedłem dalej, ale po chwili okazało się, że idę korytem starej, zarośniętej drogi. Długie zagłębienie terenu opadało i wznosiło się. Bruku tam nie było. Te drzewa owocowe to były kiedyś sady. W kilku miejscach doszukałem się resztek fundamentów. Przy innym sadzie zarośnięte bujnym zielskiem leżały pozostałości okopconego komina. Nie każda chałupa miała kamienne fundamenty. Zaledwie kilka miało murowane kominy, a kamienia wokół przecież nie brakowało. Czyżby te bez kominów, to były kurne chaty?
Kiedy trzymając się płytkiego rowu – kiedyś drogi – między sadami wszedłem na mały pagórek miałem już całkowitą pewność, że to była kiedyś całkiem spora wieś. Pagórek ten stanowił pewną dominację nad wsią. Być może stała tam kiedyś cerkiew, bo rosły wokół po kwadracie wielkie drzewa. Pewnie obok był cmentarz. Podłubałem laską w paru na oko podejrzanych miejscach, ale nic nie znalazłem.
Kiedy odchodziłem, pętała mi się po głowie natrętna myśl, że po tamtych ludziach, po ich pracy, ich radościach i smutkach, miłościach i zawiściach, po tym wszystkim, co darowane im było na tym świecie, pozostały wyłącznie resztki zdziczałych sadów – tych kilka cierpkich jabłek. Może wymarli już nawet ci, którym udało się stąd uciec przed pożogą strasznych lat powojennego ustalania porządku Świata.
A może kiedyś jednak wrócą tu potomkowie wymordowanych albo wysiedlonych tylko gospodarzy spalonych obejść? Może odbudują oczywiście nie kurne już chaty? Może zadzwoni w tym pustkowiu cerkiewna sygnaturka na pogrzeb, ale na ślub przecież także. Może?



- Od tamtej wędrówki minęło ponad ćwierć wieku. Zmieniło się tak wiele, że powyższy tekst nawet autorowi trąci myszką. Przestrzegam jednak każdego, kto chciałby wejść na Połoninę Bukowską. Granica w tym miejscu oddziela dziś NATO od reszty świata. Obecnie patrole KOP’u są tam nie tylko często, ale zawsze i na żartach to się oni nie znają zupełnie. Może kiedyś Ukraina przystąpi do Paktu Pólnocnoatlantyckiego?
- Gdyby komuś przyszła chęć zanocowania na którymkolwiek z opisywanych tu biwaków to informuję, że już nie wolno na żadnym z nich. Park czuwa – furia jego mać!
- Na ożywienie opuszczonych bieszczadzkich wiosek poza „obwodnicą” też nie ma co liczyć. Bieszczadzki Park Narodowy skutecznie zakończył próby powrotu na te ziemie prawowitych właścicieli i ich spadkobierców.
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Sobie wędrowanie takie...

Postprzez Piotr_S » 17 lip 2011, o 21:53

Zygmunt Skibicki napisał(a):Sobie wędrowanie takie...

Post przeniosłem do bardziej odpowiedniego działu.
Przyjemnie się czyta, miło przypomnieć sobie tamte czasy - okres tak około połowy lat 80 wspominam najlepiej. No i to co było wówczas a to co widać dziś dzieli ogromna przepaść, jednak ci, którzy znają te tereny kolejne 25 lat wstecz też pewnie mówią to samo, a ci, którzy jadą pierwszy raz dziś również potrafią dopatrzeć się jeszcze tzw. dzikości i nawet się nie bardzo dziwię :)
Avatar użytkownika
Piotr_S
Administrator
 
Posty: 1365
Dołączył(a): 2 mar 2009, o 18:33

Re: Sobie wędrowanie takie...

Postprzez Zygmunt Skibicki » 19 lip 2011, o 10:14

Piotr_S napisał(a):Post przeniosłem do bardziej odpowiedniego działu.

No i bardzo dobrze!
Przepraszam, ale jako bieszczadzki tutaj nowicjusz nie bardzo jeszcze rozpoznałem "mapę" terenu... ;)
Piotr_S napisał(a):Przyjemnie się czyta, miło przypomnieć sobie...

Dzięki... Bardzo...!
Piotr_S napisał(a):ci, którzy znają te tereny kolejne 25 lat wstecz też pewnie mówią to samo, a ci, którzy jadą pierwszy raz dziś również potrafią dopatrzeć się jeszcze tzw. dzikości i nawet się nie bardzo dziwię

Bo taka jest naturalna kolej rzeczy.
Dzisiejsze bieszczadzkie "pierwszaki" za te kolejne 25 lat też będą z nostalgią wspominać swe kombatanckie wyprawy i udowadniać kolejnym, że to już nie jest to samo, bo... nie będzie.
Cest la vie!
Zatem, było, jest i zapewne zawsze będzie po prostu fantastycznie, że Bieszczady.. są!
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Sobie wędrowanie takie...

Postprzez Zygmunt Skibicki » 19 lip 2011, o 10:41

Jeszcze jedno...
Zbierając się wtedy do noclegu przy goprówce na stokach Szerokiego Wierchu i słuchając ich "pogaduchy" z Lutkiem zrobiłem FED-em na slajdzie ORWO-skim taką fotkę:

Obrazek

To było oczywiście kila slajdów, wiele lat później zeskanowanych i połączonych w jedną całość...
Się ta wstrętna nowoczesność do czegoś nada... czasem! :)
Nostalgia...!
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Sobie wędrowanie takie...

Postprzez browar » 19 lip 2011, o 14:01

Zygmunt Skibicki napisał(a):Gnałem przez szczerą, i to jak szczerą, połoninę prosto w dół. Dopadłem lasu tak zdyszany, że runąłem wprost w płożącą się buczynę. Dłuższą chwilę łapałem oddech. Przez gałęzie widziałem wyraźnie na tle nieba żołnierzy z kałachami lornetkujących skraj zarośli. Uwzględniając wybrzuszenie stoku musieli być dobrych dwieście metrów po naszej stronie...


W 84 roku (chyba) miałem podobną jazdę podczas próby dojścia z kumplem na drugi Rozsypaniec.Szliśmy na półlekko i trochę poniżej grzbietu coby nas tak łatwo nie wypatrzono ale na próżno...Na Kinczyku jakiś ruski (?) puścił nam serię nad głowami - osiągnęliśmy prędkość światła w drodze w krzaki :D Niestety na skraju lasu kupel się nadział na żmiję i noc spędziliśmy nieciekawie - ja trzęsąc się ze strachu przed pościgiem i o niego,on trzęsąc się w gorączce. Wycof zrobiliśmy następnej nocy co nieco zmaltretowani. Ale za to teraz jest co poopowiadać.
Avatar użytkownika
browar
Niedzielny turysta bieszczadzki
 
Posty: 124
Dołączył(a): 11 mar 2009, o 22:32

Re: Sobie wędrowanie takie...

Postprzez krzyś » 19 lip 2011, o 20:22

Oj, u mnie także ożyły wspomnienia, lecz te z drugiej połowy lat 70-tych ub. wieku....
... i w ogóle...
Avatar użytkownika
krzyś
Bieszczadzki ekspert
 
Posty: 1431
Dołączył(a): 17 cze 2010, o 11:03

Re: Sobie wędrowanie takie...

Postprzez Zygmunt Skibicki » 19 lip 2011, o 22:25

No to się układa nam pewna "ciągłość" wspomnień...
Fajnie...!
Avatar użytkownika
Zygmunt Skibicki
Snufkin errantes v. insanabilis
 
Posty: 778
Dołączył(a): 17 lip 2011, o 10:23

Re: Sobie wędrowanie takie...

Postprzez chwastek » 20 lip 2011, o 17:42

Jak zobaczyłam tyle tekstu i ani jednej fotki to lekko się skrzywiłam - zaczęłam czytać z grzeczności ... i proszę! co za miła niespodzianka. Dziekuję za lekturę :)
Avatar użytkownika
chwastek
Wyrypiarz bieszczadzki
 
Posty: 282
Dołączył(a): 25 mar 2009, o 08:25

Re: Sobie wędrowanie takie...

Postprzez skazaniec » 20 lip 2011, o 17:59

Zaiste - lekko się czyta i przyjemnie :)
Wędrowny Psychopata Gawędziarz
Avatar użytkownika
skazaniec
Zakapior bieszczadzki
 
Posty: 1534
Dołączył(a): 13 mar 2011, o 16:27
Lokalizacja: Lublin

Re: Sobie wędrowanie takie...

Postprzez lidkru » 20 lip 2011, o 18:28

ja to już chyba gdzies czytałam, taką książke w PDf-ie :)
...Właśnie przed chwilą zbiegłam z zakładu
Dla niepoprawnych marzycieli...
Avatar użytkownika
lidkru
Zakapior bieszczadzki
 
Posty: 3193
Dołączył(a): 15 lut 2011, o 13:36
Lokalizacja: Kujawy

Następna strona

Powrót do Relacje z Waszych pobytów i wypraw

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zarejestrowanych użytkowników i 0 gości


Loading

O F I C J A L N E    F O R U M    D Y S K U S Y J N E    S E R W I S Ó W:
               

Forum bieszczadzkieforum.pl używa plików typu cookies do poprawnego działania strony, w celach statystycznych, reklamowych, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz by umożliwić logowanie zarejestrowanym użytkownikom. Korzystanie z forum bieszczadzkieforum.pl, bez zmian ustawień w używanej przez Państwa przeglądarce internetowej oznacza zgodę na wykorzystywanie technologii cookies i zapisywanie ich w pamięci Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

cron