Moim zdaniem jest to czasowy regres, który prawdopodobnie zmieni się na korzyść dla Bieszczadów (znaczy finansowo dla jego mieszkańców), podobnie jak co kilka lat zmieniają się jakieś tam trendy.
O ile na miejscu będą potrafili wyciągnąć wnioski i podjąć konkretne działania to szansa jest. Na pewno czekanie z założonymi rękami na zasadzie "najpierw niech zaczną przyjeżdżać, to może wtedy im coś zrobimy" niczego nie zmieni. Ono musi przyjechać już na gotowe, mieć do czego przyjechać i po co - przepraszam za sarkazm.
Warto chyba wreszcie zdać sobie sprawę i się z tym pogodzić, że Bieszczady to nie są góry dla każdego i nie będzie tu przyjeżdżał cały "przekrój turystyczny" społeczeństwa, podobnie jak to się ma w wielu innych miejscach. Dlatego warto określić dla kogo są te góry, zawęzić grupę docelową i na tym skupić swoje działania. To nie jest uniwersalny proszek do prania - jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego.
W Bieszczadach powinny powstawać inwestycje, robione z głową, w odpowiednim miejscu i dopasowane do potrzeb turystów - bez szablonowego małpowania z innych oklepanych regionów, bo coś co się sprzedaje świetnie w Sudetach tu może w ogóle nie cieszyć się zainteresowaniem. Jeżeli na popularnym deptaku w innych górach czy nad jeziorami są co 5m śmierdzące frytki, automaty do gier i huśtawki na monety dla dzieciaków i tam pękają w szwach od klientów, to nie znaczy że trzeba je zaraz nastawiać tu - bo tu mogą stać puste (to przykład oczywiście).
Produktem, dzięki któremu Bieszczady się "sprzedają" jest ich dzikość. Nieważne czy ona jest czy nie, każdy ma swoje zdanie - grunt, że media klepią nadal o dzikich Bieszczadach i jeszcze są chętni by to klepanie kupować. I tu kłania się to o czym nieraz mówiliśmy - nie można dewastować największego atutu, bo to samobójstwo. Czy ma zostać zatem nienaruszony? Nie, bo każdy region musi się rozwijać, tylko robić to na podstawie przemyśleń, analiz a nie na pałę. W Cisnej czy Wetlinie, w Lutowiskach czy Solinie muszą być chodniki czy się komuś podoba czy nie, muszą być sklepy, muszą być knajpy i jeszcze szereg innych rzeczy, które już są albo wkrótce powstaną. Nie da się zatrzymać rozwoju - można go jednak przeprowadzać rozsądnie. Pozostawienie części cennych przyrodniczo w stanie jak najmniej zmienionym nie oznacza mieszkania w skansenie. Sztuką jest robić inwestycje, budować nowoczesne pensjonaty, chwytliwe atrakcje turystyczne tak, aby jeszcze część tych "dzikich" Bieszczadów została. Same połoniny to zdecydowanie za mało a i tak dobrze że nie są jeszcze wybrukowane, jak Sudety - dlatego dzikie

. Są za ciasne i za małe dla wszystkich. Skoro coraz liczniej podmioty gospodarcze grupują się w różne stowarzyszenia (tak wnioskuje z artykułu), to pierwszą rzeczą jaką powinni robić to eliminować tych, którzy chcą oferować turystykę na zasadzie "a po nas choćby potop". Oni zarzynają te góry i oni pociągną za sobą pozostałych (pozostali zapłacą za ich poczynania), są zatem niekorzystni - z prozaicznego finansowego punktu widzenia.
A co do zim to pewnie wielu usługodawców będzie musiało zweryfikować poglądy. Aura nie jest korzystna i raczej na razie nie będzie. Że na małe wyciągi nie ma chętnych? Ustrzyki Górne, Komańcza - nikt do przetargu się nie stawił. No pewnie że nie, bo jaki frajer weźmie wyciąg skoro śniegu jest na 4 tygodnie (te małe wyciągi, które są na przetargach nie są dośnieżane). A płacić trzeba - właścicielowi chodzi pewnie gównie o to by pozbyć się problemu. Jeżeli właścicielem jest Gmina (Komańcza) czy Park (UG) to gdyby chcieli pomóc w rozwoju to by wydzierżawili te wyciągi, ale na zasadzie procentu od przychodu. Nie ma zysku, nie ma kasy. A nie na zasadzie "płacz i płać", bo się zaoferowałeś w przetargu. No chyba że się mylę i w praktyce jest tak jak napisałem.
Obiektów jest za dużo i ciągle przybywa. To wydaje się takie proste: kupie sobie działkę, postawię pensjonat czy parę domków i będę zbijał kokosy. Już chyba wiadomo, że tak nie jest, ale tendencja jest póki co ciągle wzrostowa. To też nie w każdym miejscu jest korzystne. Proste zasady ekonomii, jest różnica w dochodach jeśli na jednej ulicy stoją 2 budki z hot-dogami, albo jeśli stoi tych budek 6.
Warto też wreszcie bliżej przyjrzeć się turyście indywidualnemu. Plecakowcy są na wymarciu i zresztą o ile dobrze pamiętam Bieszczady tak licznie przez nich odwiedzane, jako jedne z pierwszych kopnęły turystów plecakowych w d... Bo co to za klient. Turystów indywidualnych jest w skali roku bardzo dużo i dużo w stosunku do grup (procentowo), na pewno warto ten segment zauważyć, albo raczej przyjrzeć mu się bliżej, bo zauważony został już dawno.
Co do cen - no jest drogo, ale to pojęcie względne. Niby coś jest warte tyle, ile ktoś jest skłonny a to zapłacić. Brakuje czegoś pośredniego, zwłaszcza w wyżywieniu. Gdzie indziej są np. fast-foody. Jak ktoś nie ma 25zł na obiad, to zje za 10. Ma alternatywę, której w B. nie ma (to przykład, takich segmentów jest wiele). Nie wspominam o tych miejscach, gdzie można kupić pizzę z pudełka z mikrofali, kupowaną w hurtowni najtańszą jaka jest (made in Biedronka czy inny spożywczy lumpeks). Fast-food to jest coś co oferuje jedzenie niezdrowe, ale zjadliwe i w przystępnej cenie, inaczej by Mc'D nie miał takich obrotów (nie znaczy że zaraz trzeba MD w UG postawić).
No i najważniejsze, ale właściwie sprowadza się do mojego pierwszego zdania. Trzeba mierzyć siły na zamiary. Z piasku bicza nie ukręcisz. Bieszczady na razie są tym piaskiem i chyba już zostaną. Tatr się z nich nie zrobi i dążenie do tego jest stratą czasu, trzeba wykorzystywać to, co się ma.