Sielsko, anielsko, pachnąco.... tylko takie słowa przychodzą na myśl, gdy dookoła pola rumianku, gorczycy i zbóż wszelakich



Nasz babski zachwyt nie znalazł wystarczającego zrozumienia u płci męskiej i trzeba było porzucić okolice pachnące

i udac się w stronę lasu

Droga zielona , wiedzie wzdłuż granicy ŚwPN.

Nie ma to , jak oddać aparat we właściwe ręce. Wszechobecna przyroda nie pozwalała na zwiększenie tempa marszu, tematy fruwały- trzeba było je gonić

, zboża falowały- trzeba to uwiecznić, a atutem nie do przebicia był tekst Edyty: trzeba to wszystko obfotografować, bo ja nie wiem, czy jak przyjadę tu za 20 lat z moimi dziećmi, to czy tu nie będzie jakiejś autostrady. Usmiałam się, ale faktycznie, kto wie...No to niech dziecko uwiecznia np takie cuda natury





Tak pustego szlaku, to jeszcze nie deptałam, od Szkl. Huty do Kakonin spotkalismy łącznie 5 osób

No i weszliśmy do wsi, a tam raj na ziemi-CZERESNIE!!!!

oczywiście zakupilismy i jeszcze co niektórym było mało i pożerali prosto z drzewa

Gospodarz dał nam nadzieję, ze asfalt ( bo znów sie pojawił

) skończy się za jakieś 1,5 km z małym haczykiem

, co oczywiście przełożyło się na ok 3 km, ale szliśmy pogryzając czeresnie i plując pestkami na odległośc, więc jak za parę lat zamiast zbóż wyrośnie sad czereśniowy, to się nie zdziwię

Doszliśmy do obiecywanego końca drogi, a tam kolejna cudna chata

Robią dookoła niej chyba jakiś mini skansen. Pod sklepem panowie robotnicy popijali żubra, które to zachowanie Krutul postanowił skopiować, co by miec siłe

przed ostatecznym atakiem na Łysicę. trochę nas zmroził rzut okiem na drogowskazy, które mówiły o 2,5 godz podejściu na ten szczyt, ale cóż, komu w droge, temu kopa na zapęd , wiec ruszamy. Św. Mikołaja jeszcze zauważyliśmy, choć nikt sie nie pokwapił już żeby cyknąć jakąś fotkę

,a za niecałe 0,5 godz już była Łysica!!!
Anka totalnie oklapła z sił, nawet gadac przestała

, więc Krutul oddał jej swoje kijaszki. W życiu sie nie spodziewałam takiej radykalnej odmiany! Miałam wrażenie, że jakiś motorek włączyła

Jak doszlismy do kapliczki w Św.Katarzynie, to ja już nie miałam siły kiwnąć palcem

Siedziałam i zastanawiałam sie, czy 500 m do poznanego dzień wcześniej kiosku z lodami i piwem to nie za dużo

A koniec dnia był taki oto
I to koniec mego gadulstwa
