No właśnie. Nieco wcześniej, 1 listopada, zorganizowaliśmy sobie w pięć osób wycieczkę do tejże puszczy i tam pewien kolega namówił nas na wspólny wypad w Bieszczady w dniach 9 - 14 listopada. Był wręcz inicjatorem i głównym współorganizatorem wyprawy - razem ustaliliśmy daty wyjazdu i powrotu, a przede wszystkim załatwiliśmy rezerwację kwatery na 5 noclegów (przy nim zatelefonowałem w tej sprawie, rezerwując także jemu odrębny pokój). Gdyby nie jego inicjatywa, to nawet nie pomyślelibyśmy o wyjeździe.
A trzy dni później zimny prysznic - ów pomysłodawca oświadczył, że ...w ogóle nie pojedzie. Podany powód brzmiał wręcz śmiesznie, był to albo przejaw histerii, albo szukanie pretekstu do rezygnacji z wyjazdu z nami. Za tym drugim przemawia okoliczność, iż kolega jednak dnia 9 listopada w Bieszczady pojechał, tyle że do innej miejscowości. Zachował się więc niczym Kluzik-Rostkowska, która utworzyła partię polityczną, skaptowała do niej ludzi, a potem porzuciła ich i sama dała dyla do innej partii.
Pal go sześć.
Zatem pojechaliśmy - terenówką Adama. Adaś ze swoją kobietą i ja ze swoją. Wóz maksymalnie dla czterech osób z bagażami. W piątkę takim samochodem na długiej trasie byłoby bardzo niewygodnie, a z bagażami - chyba wręcz niemożliwie. Podróż monotonna. Na miejsce dotarliśmy jeszcze za widna, czyli przed godz. 16-tą.
Przed nami 4 pełne dni pobytu.
Oto jak je spędziliśmy.
Czwartek, 10 listopada
Nie chciałem towarzystwa zamęczyć już pierwszego dnia, więc zaproponowałem spacerek z Sękowca, przez Zatwarnicę, obok wodospadu na Hylatym, aż do samego końca leśnej drogi pod Połoniną Wetlińską. W obie strony, licząc z Sękowca, to 15,3 km. Żadnych pagórków, a po drodze sklep z piwem. Czyli trasa w sam raz na bieszczadzki rozruch. Temperatura nieco powyżej zera, bezwietrznie, słońce przebija się powoli przez ustępujące zamglenia. Po drodze zdjęcia, filmiki. Adaś twierdzi, że jest reżyserem Polańskim. Mam na końcu języka, że jego kobieta jest „nieco” starsza od tej małolaty z USA, za którą do dziś ścigają tam rzeczywistego Polańskiego, ale w porę gryzę się w język.
Na końcu drogi, już w lesie i przy pozostałościach starego drewnianego mostu, robimy kulinarny postój. Zasiadamy na zwalonych pniach. Nawet nie jest nam zimno.
Potem powrót do kwatery, gdzie nasze panie upichciły coś w rodzaju obiadokolacji dla bezdomnych.
Piątek, 11 listopada
Jeszcze w Warszawie Wojtek1121 poinformował mnie, że właśnie tego dnia o godz. 11:11 odbędzie się na Tarnicy spotkanie uczestników forum internetowego. No to idę tam, ale ... niestety sam. Żona i Złotka „wymiękli”, przestraszyli się Tarnicy. Alternatywnie wybrali długi spacer z Wołosatego na Przełęcz Bukowską, do punktu widokowego na Ukrainę. Tys piknie - w obie strony to ponad 17 km.
A ja walę na tę Tarnicę, z półlitrową flaszką gorzały, a jakże. No bo skoro ma być tam zlot, to jakże tak z pustymi rękami.
Pokonanie całej trasy zabiera mi 1godz. 40 min., licząc od punktu kasowego w Wołosatem. To 25 minut więcej niż mój rekord życiowy, ale dziś trochę mi krępują ruchy długie i grube kalesony.
Już na ostatnim odcinku, prawie przed wejściem na sam szczyt, spotykam idących już z góry Wojtka1121, Bertranda i Renatę. Nic nie rozumiem. Czyżby ta godz. 11:11 oznaczała zakończenie, a nie rozpoczęcie spotkania? Oni tak to chyba zrozumieli.
Na szczycie, pod krzyżem, jestem o godz. 11:23. Nieco się spóźniłem, ale jednak w kwadransie akademickim się wyrobiłem.
Pogoda piękna. Jest słonecznie i prawie bezwietrznie. Widoki bajeczne. Siadam sobie na ławeczce, wypijam piwo. Rozglądam się za tymi, z którymi mógłbym wypić ów przyniesiony krupnik (nie będący jednakże zupą
Po jakichś 20 - 25 minutach opuszczam więc szczyt Tarnicy. W lesie, pod wiatą, robię sobie kulinarną przerwę, lecz kanapki popijam tylko herbatą z termosu. Półlitrowa flaszka pozostaje nietknięta. Po prostu nie mam jej z kim wypić. Natomiast staje się ona teraz bezcenna. To nie jest taka sobie zwykła wódka. To jest wódka, która była na Tarnicy!
W Wołosatem tłum ludzi i samochodów, ale „Bar Pod Tarnicą” nieczynny, pomimo wielkiej reklamy przy wjeździe na parking, że (cyt.) „zapraszamy przez cały rok”. Zarobiliby dziś tyle, co przez kilka miesięcy poza sezonem. Za to mały sklepik przeżywa istne oblężenie, kolejka w nim chwilami jak w Polsce Ludowej. Ale sprzedawczyni jest już z III RP - buzia zadowolona, w myślach oblicza utarg.
Czekałem tam ok. 50 minut na żonę i Złotka, aż przywędrują z powrotem z Przełęczy Bukowskiej.
Nie chcieli na nas zarobić w Wołosatem, to trudno. W Ustrzykach Grn. też żyją chyba jak w Grecji przed kryzysem. Czynne było tylko „U Rzeźbiarza”, ale tam z kolei wielki tłok i brak miejsc. Pojechaliśmy więc aż do Wetliny, gdzie w PTTK (u Dworaczków) naprawdę smacznie i niedrogo sobie podjedliśmy.
A krupnik z Tarnicy zakończył swój żywot dopiero wieczorem, już na kwaterze.
Dokończenie nastąpi.





