Włóczęga na połoninach.

Opisy i fotorelacje z pobytu w Bieszczadach

Włóczęga na połoninach.

Postprzez włóczęga » 26 cze 2011, o 13:01

Czerwiec 2010.

Na zachodzie niebo różowiło się nadając kończącemu się dniu barw radosnych i dających nadzieję na lepszą pogodę o poranku. Pięknie kontrastowało z zasypiającymi bukowymi lasami bieszczadzkich gór. Siedząc na dużym tarasie wsłuchując się w odgłosy niezliczonej ilości ptaków i szumu przepływającej nieopodal Wetlinki, rozmyślałem o kilku najbliższych, czekających mnie dniach. Niemalże całą pięćsetkilometrową drogę w to miejsce pokonywałem w deszczu, a teraz – zgodnie jednak z prognozami – zapowiadała się znacząca poprawa. Nastrajało to optymistycznie, więc myślami byłem już na połoninach.
W Bieszczadach już kiedyś byłem, ale było to 29 lat temu.
Był rok 1980. Przyjechałem z żoną na wczasy do Soliny. Cały kraj żył wówczas informacjami o strajkach w Gdańsku, a ja przyjechałem, żeby oderwać się od codzienności i odstresować. Spacery w pobliżu Zalewu Solińskiego były piękne, ale moje myśli leciały wtedy na nieznane mi połoniny. Pewnego dnia udało mi się zwerbować chętnych na przejazd do Ustrzyk Górnych, aby wyruszyć na Halicz. W sześć osób dwoma samochodami pojechaliśmy.
Niewiele może pamiętam szczegółów, ale trasa nasza wiodła z Ustrzyk na Tarnicę, której z braku czasu ominęliśmy sam szczyt, następnie Krzemień, Kopa Bukowska, Halicz, Rozsypaniec i powrót przez dolinę Wołosatej. Najbardziej utkwiło mi w pamięci ciężkie dla mnie podejście na Krzemień i pobyt na upragnionym Haliczu. Kilka zdjęć z tej wyprawy obecnie mnie śmieszy, a to z powodu mojego wyglądu i ekwipunku. Niemniej jednak cel swój wtedy osiągnąłem, a zarazem był to dzień – początek moich górskich wojaży.
Długo siedziałem na tarasie. Ptaki już ucichły i tylko jednolity szum rzeczki docierał do mych uszu. Być może rano miałem wyruszyć na tamten dawny szlak. Nie mogłem się doczekać.


Powitanie z połoniną – czyli dzień pierwszy.

Rano, przy śniadaniu, nasza gospodyni poinformowała nas, że tego dnia pogoda nie ma być jeszcze taka pewna, że możliwe są jeszcze opady. Postanowiłem, więc, że wyruszymy gdzieś bliżej, aby móc w razie - co szybciej powrócić na kwaterę.
Cel – Przełęcz Orłowicza, a dalej … zobaczymy.
Sporo chmur na niebie nie przesłaniało jednak całkowicie porannego nieba. Było bardzo ciepło, a na nasłonecznionej łące – wręcz gorąco. Szedłem z żoną, która była nie mniej ciekawa niż ja, co ukaże nam się, gdy wejdziemy na szczyty górujące przed nami. Wejście na przełęcz według mapy miało nam zająć dwie godziny. Zobaczymy. Mieszany las, w którym królowały jednak stare buki, był piękny. Co jakiś czas musiałem zatrzymać się, aby zrobić jakieś zdjęcie. Szlak dla takich ludzi jak my był bardzo łatwy, ale urzekający. Może to i dobrze, że nie był męczący, bo żona coraz mniej lubi „wyrypę”. Po drodze zmoczył nas trochę deszcz, ale to nic.
Przełęcz. Otwarta przestrzeń, bo las skończył się kilka minut wcześniej, przyniosła wiatr i widoki. To jest to. Tego oczekiwałem. Stałem nie mówiąc nic. Tylko patrzałem i marzyłem, aby rozłożyć ręce i dać się ponieść temu chłodnemu, porwistemu wiatrowi. Ponieść ponad połoniny, ponad te bukowe lasy i doliny, w których gdzieniegdzie zarysowywały się maleńkie domki.
Niby nie wielka wysokość, bo tylko 1075 mnpm, ale widok rozległy i piękny.
Ścieżki rozchodziły się w cztery strony świata. Którą wybrać? Zresztą czy to ważne? Właściwie to chciałbym pójść wszędzie. Rozdwoić się, roztroić, podzielić na cztery „ja” i ruszyć. Może nie na zdobywanie, bo nie są to dla mnie zbyt wysokie góry, ale na włóczęgę i dojść we wszystkie zakamarki tej zaczarowanej krainy, o której krąży tyle opowiadań i legend.
Ruszyliśmy w stronę Smerka. Nie zajęło nam zbyt wiele czasu wejście na niego. Widok zieleni i błękitnego nieba urozmaiconego białymi i ciemniejszymi chmurami radował oczy i serce. Znowu byłem na szczytach. To nic, że w domu pozostał rozpoczęty remont, który czekał na dokończenie, to nic, że po kilku dniach trzeba będzie wrócić do ciężkiej pracy zawodowej. W takim momencie ważna była tylko teraźniejszość i wolność … i widoki… i szybszy oddech … i mocniejsze bicie serca.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Powróciliśmy na przełęcz, by po chwili ruszyć w następnym kierunku. W stronę Połoniny Wetlińskiej. Spoglądałem tylko w stronę Suchych Rzek, a więc w rozległą dolinę, gdzie też chciałbym pójść, bo dzikość jej widoczna z daleka zapraszała mnie i przyciągała. Nie było to jednak wtedy możliwe. Szliśmy na wschód.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Wygodna, nieuciążliwa ścieżka prowadziła nas górnymi partiami wzniesień. Jakie piękne były tam łąki. Wzrok przyciągały kolorowe kwiaty, maleńkie owady i widoki po daleki pofalowany horyzont. Jakże chciało się to wszystko uwiecznić w pamięci. Dobrze, że teraz można robić setki zdjęć niewielkim kosztem. Nie to, co kiedyś, gdy każda klatka na kliszy musiała być przemyślana, bo wywołanie zdjęcia nie było takie tanie. Robiłem, więc zdjęcia i zapisywałem je w pamięci elektronicznej, i tej w głowie. Jakże przyjemnie było tak wędrować i podziwiać. Dobrze, że była ze mną żona. Trudno byłoby mi to wszystko opowiedzieć, wyrażając całe piękno i doskonałość tego stworzonego „raju”. Dotarliśmy na Osadzki Wierch. Z tym rajem to nie przesadziłem. Każdy ma swoje własne jego wyobrażenie. Mnie on zawsze będzie kojarzył się z jakimiś górami skąd można patrzeć w dal i spoglądać na to, co jest poniżej. Gdzie wiatr owiewa spocone czoło pieszcząc delikatnie i gdzie w spokoju bez tłumów można delektować się naturą. Zrobiliśmy przerwę na szczycie. Osłonięci za skałkami oglądaliśmy minioną, krętą ścieżkę, którą niedawno szliśmy, a która swą zawiłą linią naprowadzała na Smerka wyraźnie zarysowującego się na tle coraz pogodniejszego nieba. Dużo bliżej zarysowywał się kształt Hnatowego Berda wznoszącego się nieopodal minionej trasy. Daleko za nim dolina, a dalej znowu góry i słowacka kraina. Po drugiej stronie rozpościerała się zalesiona dolina Sanu, którego jednak z tej odległości nie można było dostrzec.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dzikie Bieszczady. Jakiż to ma urok. Jak potrafi zawładnąć pragnieniami. Jak nie pokochać takich gór? Na wschodzie można było patrzeć na Połoninę Caryńską, a dalej na Tarnicę, która ze swym charakterystycznym siodełkiem zarysowywała się wyraźnie na tle odległych wzniesień. Chatka Puchatka na tle całego tego widoku była już jak na wyciągnięcie dłoni. Na razie do tego schroniska zmierzaliśmy. Nie musieliśmy się spieszyć. I pogoda, i otoczenie były zbyt piękne, aby spieszyć się i opuścić to cudowne miejsce. Próbowałem sobie wyobrazić jak cudownie jest w tym miejscu podczas najpiękniejszej pory w Bieszczadach – jesienią. Teraz wszystko oprócz nieba i kolorowych kwiatów było malowane wszystkimi odcieniami zieleni. Jesienią dochodzą barwy czerwieni i złota. Zapewne jest bardziej malowniczo i zaczarowanie. Ale teraz też było urzekająco.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Chatka Puchatka nie zrobiła na mnie specjalnego wrażenia. Widziałem już bardziej przytulne schroniska, ale położenie tego - mogło się podobać. Mimo takiej oceny samego schroniska chciałbym znaleźć się tu wieczorem i posłuchać bieszczadzkich gawędziarzy, a później wyjść i patrzeć jak słońce tonie w trawach rozbujanych przez wiatr połonin.
Zaczęliśmy schodzić żółtym szlakiem w stronę Wyżnej Przełęczy. W lesie szlak był błotnisty po niedawnych deszczach i szło się mało ciekawie. To nie to samo, co na wysuszonej przez wiatr połoninie. Niebawem skręciliśmy na szlak czarny. To był chyba trafny wybór. Przedłużał pobyt w samych górach, ścieżka była rzadziej uczęszczana, a jak się później okazało prowadziła dzikimi łąkami i ukazywała wspaniały widok na przebyte góry. Jakże przyjemnie było usiąść na słonecznej łące i dać pieścić się delikatnemu wietrzykowi i zapachom unoszącym się nad kolorowym kobiercem. Długo z tego miejsca patrzałem na te niezbyt wysokie góry i zrozumiałam, dlaczego niektórzy ludzie ze wszystkich zakątków naszego kraju - najbardziej pokochali Bieszczady.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

CDN
włóczęga
Stonka bieszczadzka
 
Posty: 28
Dołączył(a): 28 maja 2011, o 17:03

Re: Włóczęga na połoninach.

Postprzez Farindel » 27 cze 2011, o 16:19

Super! Zazdroszcze talentu do barwnych opisów. Te relacje ejszcze bardziej zaostrzyła apetyt na mój wyjazd lipcowy :)
Czekamy na więcej.
Farindel
Stonka bieszczadzka
 
Posty: 7
Dołączył(a): 4 maja 2011, o 16:43

Re: Włóczęga na połoninach.

Postprzez skazaniec » 29 cze 2011, o 06:56

Świetny opis, rewelacja. Bardzo mi się podoba odniesienie i porównanie do przeszłości:) Podobnie jak Farindel coraz bardziej nie mogę się doczekać mojej lipcowej włóczęgi :)
Wędrowny Psychopata Gawędziarz
Avatar użytkownika
skazaniec
Zakapior bieszczadzki
 
Posty: 1534
Dołączył(a): 13 mar 2011, o 16:27
Lokalizacja: Lublin

Re: Włóczęga na połoninach.

Postprzez lidkru » 29 cze 2011, o 14:59

literatura + zdjęcia= wyśmienite czytadło
...Właśnie przed chwilą zbiegłam z zakładu
Dla niepoprawnych marzycieli...
Avatar użytkownika
lidkru
Zakapior bieszczadzki
 
Posty: 3187
Dołączył(a): 15 lut 2011, o 13:36
Lokalizacja: Kujawy

Re: Włóczęga na połoninach.

Postprzez włóczęga » 29 cze 2011, o 17:33

CD

Halicz – czyli dzień drugi.

Ranek był piękny. Niezliczona ilość ptaków swymi porannymi odgłosami dawała znać, że dzień będzie wspaniały i czas, by myśleć o wymarzonych wędrówkach. Wokół chyba jeszcze wszyscy spali, tylko ja obudziłem się zaraz po tych skrzydlatych stworzeniach. To chyba myśl o dzisiejszej wędrówce nie dała mi spać zbyt długo. To na ten dzień zaplanowałem wyruszyć szlakiem, który miałem okazję przejść 29 lat temu. Bardzo chciałem tam znowu być. Planowałem to od wielu lat, ale teraz, właśnie tego dnia miało to się spełnić. Może to dziwne, ale często o tym myślałem i to właśnie nie pozwoliło mi pospać nieco dłużej.
Wołosate. Z tego miejsca wyruszyliśmy na Tarnicę. Słońce prażyło dość mocno, a chmury były wysoko i w niewielkiej ilości. Tak, więc aura sprzyjała kilkugodzinnej wędrówce. Szlak rozpoczynał się przy niewielkim cmentarzyku. Jakieś stare groby i miejsce po cerkwi niezbyt mnie interesowały, ale wstąpiłem, aby je zobaczyć. Może szkoda, że tak mało czasu poświęcam na zdobycie informacji o historii i ludziach niegdyś tu mieszkających. To zapewne ciekawe i ważne, ale cóż, należę do ludzi myślących raczej o samych górach, dolinach, ścieżkach i widokach.
Dopóki nie weszliśmy w strefę lasu, Tarnicę mieliśmy przed sobą. Jakby tuż, tuż. Niedaleko i nie wysoko. To jednak koło dwóch godzin wejścia. Szlak prowadzi dość łagodnie, więc naprawdę dla ludzi wprawnych w górach – takich jak my – nie stanowiło ta większego problemu. Ścieżka bardzo pospolita, prowadząca lasem coraz wyżej i wyżej, nie charakteryzowała się niczym szczególnym, albo ja nic takiego nie zauważyłem. Gdy jednak dotarliśmy na szczyt, pierwsza myśl, to taka, że warto było tam wejść. Widok naprawdę piękny. Szczególnie przy takiej pogodzie, jaką mieliśmy. Na tym szczycie nigdy nie byłem, a jako, że to najwyższy punkt w Bieszczadach, to choćby i z tego powodu warto było skierować się w to miejsce. Stojąc pod wielkim krzyżem podziwialiśmy piękną, odległą panoramę zielonych Bieszczad. Wiatr, choć dość porwisty zdawał się być przyjazny i uzupełniał smak bytności w tym miejscu. W dolinie Wołosatki, po stronie południowej, lśniły w słońcu maleńkie domki, na zachodzie rozpływały się pod niebem Połoniny – Caryńska i Wetlińska, na północy rosło ku chmurom Bukowe Berdo. Mnie jednak najbardziej interesowała strona wschodnia. To tam zamierzałem za chwilę wyruszyć.
Halicz, sama ta nazwa jakoś mnie interesuje. Szczyt tylko o kilka metrów niższy od Tarnicy, kiedyś był najbardziej wysuniętym szczytem na wschód, skąd można było spojrzeć na Ukrainę. Teraz dostępne są inne ścieżki nad samym Sanem, ale i tak Halicz najbardziej działał na moje pragnienia.
Ruszyliśmy z żoną w dalszą trasę. Dołączył do nas jeszcze jeden młody człowiek, który miał na ten dzień takie same cele jak my. Zeszliśmy na Przełęcz Goprowców /Goprowską/. To naprawdę piękne miejsce. Siedząc między szczytami delektowaliśmy się widokami tego, co było powyżej, poniżej, dalej i tuż przy nas. Co prawda nie byliśmy sami, bo były jeszcze dwie osoby, ale każdy jakby na chwilę wyłączył się od otoczenia innych osób i starał się być „sam” w tym spokojnym, pięknym miejscu. Soczysta zieleń ubarwiona kolorami kwiatów otaczała nas wokół, a całość zamykał błękit nieba. Nieliczne chmury rzucały cień na pewne fragmenty otoczenia, co powodowało wzmocnienie kontrastów, a wiejący wiatr powodował przesuwanie się tych niewidocznych kurtyn. Myśli i spojrzenia ulatywały z tym wiatrem na granie, szczyty i przełęcze plącząc się w wysokich wybujałych trawach.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Wejście na Krzemień wcale nie było uciążliwe. W pamięci miałem, że jest to żmudny odcinek szlaku, a teraz pokonywaliśmy go bez żadnego problemu. Przecież jestem o prawie trzydzieści lat starszy od chwili, gdy ścieżkę tę przechodziłem męcząc się przy podejściu – chyba lata wędrówek i wspinaczki mają na to wpływ. Trawersujące zbocze podejście było przyjemne i z innej perspektywy ukazywały uroczą dolinę i otaczające ją góry. Gdy podejście skończyło się nie sposób było znowu nie zatrzymać się i chłonąć wszystko, co oczy mogły ujrzeć.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Zbliżaliśmy się do Halicza. Są dni, kiedy w moich wędrówkach, nie zależy mi na dotarciu koniecznie do jakiegoś miejsca. Tego dnia, jednak mi zależało. Sam nie wiem, dlaczego? Coraz wyraźniej na jego szczycie zarysowywał się trójnogi słup i krzyż. Tak, pamiętam ten słup doskonale. Robiłem sobie kiedyś przy nim zdjęcie. Teraz też, gdy do niego dotarliśmy uczyniłem to samo. Będę mógł sobie oba porównać. Ależ będzie śmiesznie. Chyba nie pokażę tego pierwszego zdjęcia nikomu – byłby „śmiech na sali”. Teraz to mam strój jak turysta przez duże „T”, a wtedy? Ha, ha, ha.
Widok z Halicza? Oj, piękny. We wszystkich kierunkach. Mój opis - nie zdoła tego wyrazić, zdjęcia – częściowo. Powiem krótko. To miejsce jest cudowne i myślę, że nie tylko ja tak je odbieram i oceniam. Dowodem niech będzie to, że kilka osób, które tam zastaliśmy, podobnie tak jak i my długo pozostawało na tym szczycie i wpatrywało się w jakieś miejsca, jakieś punkty, jakieś nie wiem - co. Myśli nasze, niewidoczne dla nikogo, kłębiły się nad nami. Każdy przeżywał spotkanie z tym miejscem zapewne inaczej. Ja wspominałem, patrzałem w dzikie niedostępne lasy, śledziłem płynny lot ptaka, szukałem linii horyzontu, wtapiałem wzrok w Połoninę Bukowską i tak mijał czas. Jakie życie wydaje się wtedy piękne, ciche i spokojne. Gdy patrzałem w dal nie widziałem nic, co byłoby niedoskonałe. I chyba o to mi chodzi, gdy godzinami trudzę się, aby wejść na jakiś szczyt.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Podczas powrotu, na Równi, spotkaliśmy straż graniczną. Młodzi, sympatyczni strażnicy spytali czy nie padał nam deszcz /a pogoda na całym obszarze była piękna/, czy przeszliśmy całą pętlę, czy mocno wiało? Ale ciekawe mają sposoby, by usłyszeć akcent odpowiadających. No cóż, taka ich praca.
Dochodząc do samochodu w Wołosate zerkałem na Tarnicę. Widok zdawał się być mniej ciekawy. Może, dlatego, że z dołu. Widziałem stokroć ładniejsze tego dnia.

CDN
włóczęga
Stonka bieszczadzka
 
Posty: 28
Dołączył(a): 28 maja 2011, o 17:03

Re: Włóczęga na połoninach.

Postprzez włóczęga » 2 lip 2011, o 07:18

CD

Trzy granice i Biesy - czyli dzień trzeci.

Bacówka pod Małą Rawką stoi w pięknym miejscu. Co prawda dojście do niej w mocno grzejący słońcu nie było takie cudowne, to jednak, gdy stanęliśmy w jej cieniu i spojrzeliśmy na przeciwległe naszemu celowi połoniny, to można sobie wyrobić o tym miejscu jak najlepsze zdanie. Z wyglądu też rysowała się zachęcająco. Nie weszliśmy jednak do środka, tylko ruszyliśmy do góry – na Małą Rawkę, a później dalej. Czekało nas godzinne podejście. Oj, zapamiętam to je na długo. Cały czas pod górę. Ani jednego kroku jakiegoś wypłaszczonego terenu. Bita godzina mozolnego wejścia z widokiem tylko na drzewa, drzewa i … drzewa. Co prawda las piękny, stary z różnymi kształtami starych buków, ale było tego już trochę za dużo. Dobrze jednak, że chroniły przed palącym słońcem. Kto by to wytrzymał? Żartuję, nie raz przecież radziłem sobie z takimi niedogodnościami. Ale prawda była taka, że szło się ciężko. W jednym miejscu zszedłem ze szlaku, niewielką ścieżką do koryta strumienia, gdzie była mała kaskada. Dzikie, zaczarowane miejsce. Trochę wilgotne, ponure, ale piękne w swej dzikości. Może to tu jakieś Biesy mają swoje miejsce gaszenia pragnienia.
Nareszcie zbliżaliśmy się do miejsca, gdzie coraz więcej słonecznego światła przedzierało się między zielonymi konarami drzew. Było coraz raźniej i bardziej radośnie niż w tym zdawałoby się ponurym lesie. Wszystko wskazywało na to, że niebawem znajdziemy się na zaplanowanym na początek szczycie. I tak rzeczywiście było. Nasze zmęczone nogi wyprowadziły nas na otwartą przestrzeń, skąd nareszcie można było ujrzeć to, za czym tak w górach pędzimy. Widoki. Odległe, niczym nie przysłonięte, szczycące się swym pięknem Bieszczady ukazały się nam w całej swej krasie. Wynagradzały nam nasz trud, zmęczenie i poświęcenie.
Widoczna ścieżka wskazywała jak dojść na Wielką Rawkę. Niezbyt odległy, nieco wyższy szczyt zapraszał do siebie. Ruszyliśmy w tamtym kierunku już nie tak męczącym szlakiem. Z widokiem na Połoninę Caryńską, Wetlińską, Tarnicę i inne szczyty, a z drugiej strony na dolinę i w niej gęstą Puszczę Bukową, oraz dalej góry po słowackiej i ukraińskiej stronie – szliśmy w palącym słońcu ku nieznanym nam miejscom. To jest piękne, gdy idzie się poznawać smak gór. Do tego miałem przy sobie najlepszego przyjaciela – żonę. „Zdobyliśmy” Wielką Rawkę.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Ale to nie koniec, to jeszcze nie docelowe miejsce, do którego zmierzaliśmy. Nasz cel znajdował się jakieś 45 minut drogi dalej. Zmierzaliśmy na Krzemieniec. To nie jest wybitna góra, ale tam przecież znajduje się styk trzech granic – Polski, Słowacji i Ukrainy. Z Rawki musieliśmy zejść granicą w dół. Słońce piekło niesamowicie. Posmarowałem twarz kremem tak grubo, że upodobniłem się do Indianina z barwami wojennymi na twarzy. Po zejściu niżej nastąpiło podejście. Pot zalewał oczy i wszystko, co się poci, nawet …. Na miejscu było kilka osób. Widać nie tylko nas interesował ten punkt na mapie. Szkoda, że to miejsce nie ma żadnej otwartej przestrzeni. Z tego miejsca widać w koło tylko lasy. Ale było fajnie, była jakaś satysfakcja, zdjęcia pamiątkowe, czas na odpoczynek i posiłek. Zrealizowaliśmy plan na ten dzień. Przepraszam, został jeszcze powrót na kwaterę – tą samą drogą. Na Krzemieńcu mieliśmy jeszcze spotkanie ze słowacką strażą graniczną, ale tylko wzrokowe. Przyjechali na kładach, postali i odjechali. My udaliśmy się w drogę powrotną. Bez pośpiechu, z przystankami na zdjęcia, odpoczynek i podziwianie okolicy.
Przy Bacówce pod Małą Rawką zatrzymaliśmy się jeszcze. Nie musieliśmy się spieszyć, gdyż było jeszcze wcześnie i daleko do wieczora. Wszedłem do wewnątrz. Było pusto. Wygląd schroniska niezmiernie mnie zainteresował. Oj, chciałoby się tam posiedzieć kilka dni. Sam wygląd stwarzał wspaniały klimat, a gdyby jeszcze posiedzieć tam wieczorem z innymi bieszczadzkimi włóczęgami. Wiele pewnie mógłbym się nasłuchać o tutejszych wędrówkach. Ja byłbym tu nowicjuszem. Nie to, co w Tatrach, gdzie czuję się jak u siebie w domu i jestem w stanie wiele opowiadać. Tu, zapewne pozostałoby mi tylko słuchać „tutejszych” gawędziarzy. Nie wiem, czy kiedyś tam jeszcze zawędruję, ale wiem, że to miejsca musi mieć wyjątkowy klimat i oby kiedyś ścieżka włóczęgi zaprowadziła mnie tam. Bardzo bym chciał.
O 15.30 byliśmy w naszym „domku”. Patrzyłem na zielone wzgórza i myślałem o jutrzejszym dniu. Zamierzaliśmy ostatniego dnia pójść na Połoninę Caryńską. Był to czwarty cel na czwarty dzień pobytu w Bieszczadach. Będąc dwa dni wcześniej na Przełęczy Orłowicza myślałem o Suchych Rzekach. Nie wiem, czego to nazwa, czy doliny, czy jakiegoś miejsca. Wiem, że kiedyś znajdowała się tam osada. Później stało tam harcerskie schronisko „Ostoja”, a teraz … ?
Gdy do wieczora tak daleko trudno w górach usiedzieć na miejscu. Półtorej godziny siedzenia na tarasie, gdy jeszcze słońce było tak wysoko, a pogoda była wspaniała, gdy jeszcze ptaki tak pięknie śpiewały po lasach – to było zbyt długo dla mnie, by siedzieć bezczynnie i patrzeć. Patrzeć i nic. Poinformowałem żonę, że idę. Idę w góry. Tam na połoninach jest moje miejsce, a nie tu na tarasie. Pięć minut wystarczyło, abym był gotowy.
Szedłem. Szedłem w stronę góry, która wznosiła się przede mną. Ja to naprawdę lubię. Dość szybki marsz i szybkie zdobywanie odległości i wysokości napawało mnie jakąś wewnętrzną radością. Jak siedzieć w pokoju, gdy góry na mnie czekają, gdy tyle jest do zobaczenia, gdy leśne ścieżki czekają na takiego włóczęgę jak ja? Szedłem szybko. Miałem nadzieję, że nie tylko skorzystam z ujrzenia pięknego zachodu słońca, ale również dojdę do Suchych Rzek.
O 18.30 stałem na przełęczy. Słońce zniżało się już nad Smerka, ale do krawędzi jego zarysu miało jeszcze trochę czasu. Patrzałem w pustą, spokojną dolinę rozpościerającą się u mych stóp. Jeśli nie teraz, to pewnie już nigdy. Było trochę późno, ale ciągnęło mnie, by zejść w dół. „Godzina drogi i będę na dole” – myślałem, choć drogowskaz wskazywał 1,15. „Wejdę w ponad godzinę i … powinienem zdążyć przed zmrokiem.” Chwilę wahałem się. Już miałem ruszyć, gdy usłyszałem czyjeś głosy dochodzące z kierunku, którym i ja tu przybyłem. Porozmawiałem z chłopakiem i towarzyszącymi mu dwoma dziewczynami, którzy do mnie podeszli. Przyjechali właśnie z Krakowa i wyskoczyli na szybką wycieczkę. Podobno tępo mieli wyjątkowo szybkie. Oni poszli na Smerka, a ja w dół – do Suchych Rzek.
Narzuciłem sobie ostre tempo. Musiałem się spieszyć, jeśli chciałem osiągnąć swój cel i jeszcze wrócić. Można powiedzieć, że narzuciłem sobie nie cel, ale wyzwanie. Chyba mi zależało na nim skoro o tak późnej porze, samotnie wybrałem się w bezludne zakamarki tego regionu. Wilki, żmije, czy niebezpieczeństwo zasłabnięcia, albo zwichnięcia nogi – tego nie brałem pod uwagę. Nie można być ciągle rozważnym i dmuchać na zimne. Warto niekiedy dla jakiejś niezrozumiałej może satysfakcji robić coś, co nie całkiem jest racjonalne. Po osiągnięciu takich celów czuje się podwójne zadowolenie. Ale mnie też nie o to chodziło. Po prostu zapragnąłem tam dojść. Chciałem od początku zobaczyć to miejsce i chciałem wędrować. W drodze myślałem sobie o legendach dotyczących Bieszczad. Poprzedniego dnia kupiłem księgę legend i czytałem między innym o Suchych Rzekach. To dawno, dawno temu władca połonin Roh, za to, że mieszkańcy tej doliny nie zapłacili haraczu zasypał źródła, które nie pozwoliły egzystować mieszkańcom. Jak to było i jak się skończyło przeczytajcie kiedyś sami. Idąc wypatrywałem okolicę. Kilka miejsc podobnych było do siedlisk złych Biesów buszujących ponoć do dzisiaj i stwarzających olbrzymie zagrożenie. Uważałem też na Błądzonia …. Oj, lepiej go nie spotkać w tym gęstym lesie, gdy zmrok już niebawem okryje całą okolicę.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dotarłem do celu. Od przełęczy w niecałą godzinę. Zrobiłem kilka zdjęć. Jakieś smutne było to miejsce. Tam, gdzie kiedyś było schronisko harcerskie, a więc na pewno miejsce tętniące życiem – teraz zostało trochę gruzu po fundamentach i trochę złożonych desek. Właściwie to wiedziałem, co tam zastanę, ale i tak zrobiło mi się smutno. O miejscu tym opowiadali i moi znajomi, którzy bywali tu wielokrotnie. Opisywali atmosferą, panią Alę, która wiele lat gościła tu ich, piękne okolice …. Między innymi dlatego chciałem tu dotrzeć. Żeby to miejsce nie było zapomniane. Wszystko minęło, czas okazał się niełaskawy dla tego miejsca. Pozostała pustka. Tylko szum potoku przepływającego nieopodal pozostał pewnie ten sam. Szumiał jakąś smutną, tęskną pieśń, którą już nikt nie słyszał.
Ruszyłem w drogę powrotną. Szybkim krokiem mijałem zapamiętane miejsca i po godzinie i kilku minutach stanąłem znowu na Przełęczy Orłowicza. Słońce już się schowało za górami, więc zachód słońca fotografowałem już po czasie. Zbliżał się zmierzch. Miałem już ruszać w dół, gdy usłyszałem głosy dochodzące od strony Smerka i po chwili dotarli do mnie … ci, którzy byli tu dwie godziny temu. Ależ mnie to zaskoczyło. W krótkich spodenkach, bez kurtek, czy w ogóle czegoś cieplejszego wytrzymali tu tak długo. Podobno wygrzewali się na słońcu. Nie mieli ze sobą nic. Dopiero w tej chwili zauważyłem, że jedna z dziewczyn na nogach ma klapki. Zaczęli schodzić w stronę Wetliny. Jako, że zapragnąłem pozostać w tym miejscu jeszcze kilka minut, zdążyłem tylko zaproponować, żeby zaczekali, gdyby mieli problemy idąc bez latarek.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Pięknie było na przełęczy, gdy okolica mocno szarzała. Cisza, spokój – tylko wiatr buszował i zdawał się być panem przestrzeni.
Ruszyłem w dół. Byłem pewny, że po kilku minutach dogonię znajomą trójkę. Ale nie, nawet nie słyszałem ich głosów. Przyspieszyłem kroku, bo w lesie było już prawie ciemno. Zapaliłem czołówkę. Nawiasem mówiąc to miałem ich dwie, bo liczyłem się z nocnym powrotem. Miejscami było błotnisto, a więc i ślisko, zawadzałem o kamienie, ale tempo miałem szybkie. Trójki nie mogłem jednak, ,ani dostrzec, ani usłyszeć. Nie rozumiałem tego. Na samym dole, gdy szedłem przez łąki, też nie było po nich śladu. Znikneli. Dziwne. Naszła mnie pewna myśl: „Biesy są z Krakowa”. Przecież nie można zbiec w klapkach z gór, po ciemku, przez bukowy las.

CDN
włóczęga
Stonka bieszczadzka
 
Posty: 28
Dołączył(a): 28 maja 2011, o 17:03

Re: Włóczęga na połoninach.

Postprzez jerzumarian » 2 lip 2011, o 18:28

Jak poczytałem o Suchych Rzekach to mje sie łajza w oku zakrynciła...
Wrócilem z Bieszczadów. Raz na zawsze.
jerzumarian
Zakapior bieszczadzki
 
Posty: 2088
Dołączył(a): 27 mar 2011, o 18:32
Lokalizacja: Jawor

Re: Włóczęga na połoninach.

Postprzez skazaniec » 2 lip 2011, o 20:18

Włóczęgo - włócz się i opowiadaj. To moja wielka prośba.
Wędrowny Psychopata Gawędziarz
Avatar użytkownika
skazaniec
Zakapior bieszczadzki
 
Posty: 1534
Dołączył(a): 13 mar 2011, o 16:27
Lokalizacja: Lublin

Re: Włóczęga na połoninach.

Postprzez krzyś » 2 lip 2011, o 20:19

Super relacja, mimo że miejsca przeze mnie przechodzone
... i w ogóle...
Avatar użytkownika
krzyś
Bieszczadzki ekspert
 
Posty: 1424
Dołączył(a): 17 cze 2010, o 11:03

Re: Włóczęga na połoninach.

Postprzez jerzumarian » 2 lip 2011, o 20:24

to jest w tym najpiękniejsze. mimo że miejsca znane, to ujęcie i opis pozwala tam sie przenieść i odjechać...
Wrócilem z Bieszczadów. Raz na zawsze.
jerzumarian
Zakapior bieszczadzki
 
Posty: 2088
Dołączył(a): 27 mar 2011, o 18:32
Lokalizacja: Jawor

Następna strona

Powrót do Relacje z Waszych pobytów i wypraw

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zarejestrowanych użytkowników i 0 gości


Loading

O F I C J A L N E    F O R U M    D Y S K U S Y J N E    S E R W I S Ó W:
               

Forum bieszczadzkieforum.pl używa plików typu cookies do poprawnego działania strony, w celach statystycznych, reklamowych, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz by umożliwić logowanie zarejestrowanym użytkownikom. Korzystanie z forum bieszczadzkieforum.pl, bez zmian ustawień w używanej przez Państwa przeglądarce internetowej oznacza zgodę na wykorzystywanie technologii cookies i zapisywanie ich w pamięci Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.