Już piszę...już...
Środa 26.07.11O 7.00 zadzwonił budzik...późno bo późno, ale wstajemy wypoczęci a moja pechowa osoba w pełni sił fizycznych i umysłowych. Zaczęliśmy się zbierać. Wiecie poranna toaleta i te sprawy. Pogoda mało zachęcająca - szarawo...ale w końcu jesteśmy w Bieszczadach...WRESZCIE.
Na pierwszy ogień poszła najdłuższa trasa. Nie pytajcie dlaczego. Po prostu wyszliśmy z domu i poczuliśmy, że chcemy iść do Wołosatego i zrobić bieszczadzki worek. Plan był prosty...asfaltem do Wołosatego, a potem GSB, słynny czerwony szlak. Po drodze trochę siąpiło - chociaż pogodynka twierdziła co innego. Gdy doszliśmy do punktu kasowego (swoją drogą malowniczy człowiek sprzedaje tam bilety i pierdółki) nieźle się rozpadało. Przeczekaliśmy w wiacie...tu lekkie drugie śniadanie, uzbrojenie w kurtki i naprzód.
I dobrze by się szło...
...asfaltem.
I w miarę mało ludnie...
...idzie za nami tylko jedna para, aż dziw bierze, taki słynny szlak.
Pozostając nonkonformistami nie skręcamy bezpośrednio na szlak do prz. Siodło naszym pierwszym celem ma być prz. Bukowska. Po drodze napotykamy urocze jeziorko

Myśmy napotkali jeziorko, a nas napotkała...
kap,kap,kap
KAP,KAP
LUUUUUUUUUUU
..ulewa. Rzęsiste opady przesłaniały widoczność i miały nieelegancki zwyczaj moczyć każdą część naszej garderoby...Nasi towarzysze dzielnie trzymają się z tyłu...No wiata miała być? gdzie jest? Noga, za nogą docieramy przemoczeni do suchej nitki do wiaty i tu dwie niespodzianki:
1. Pełno ludzi
2. Przestało padać, o ironio.
Niektórzy z wędrowców mieli więcej szczęścia przeczekując ulewę pod gościnnym dachem wiaty, po chwili nadciągają nasi towarzysze, oj mokro nam. Kaśka budzi swoim zachowaniem entuzjazm braci i sióstr spod wiaty - wylewa wodę z butów. Po tej samej operacji przeszedłem do kurtki, do której wlało mi się sporo wody wywietrznikami pod pachami.
Reasumując - zimno, mokro, nie bardzo się jest w co przebrać, a to początek wędrówki. Po zmianie garderoby, wyciśnięciu skarpetek i uzupełnieniu płynów nisko i wysokoprocentowych (rozumiecie - po łyku z piersiówki na rozgrzewkę) czas na decyzję. Te są różne, część osób zawraca, część udaje się w dalszą drogę.
My idziemy dalej. Nie po to zmokliśmy by zawracać! Chwilę później rekompensata

Lasy zaczynają parować a widok jest niesamowity. Rozsypaniec postanowił powitać nas słoneczkiem...i dobrze nam z tym cieplutko...powoli wysychamy. Widoki niesamowite. Zapominamy o tym, że jesteśmy przemoczeni i delektujemy się wędrówką.
Docieramy do kolejnego celu naszej wędrówki - na Haliczu spotykamy naszych towarzyszy spod wiaty, zatrzymujemy się na dłużej - wiadomo obiad

Ech...konserwy nigdy nie smakują tak jak na szlaku


Korzystając z barierek suszę kurtkę - ktoś mi cholera chyba membranę odwrotnie wszył - wodę przepuszcza, a pot zatrzymuje.
Największy zawód przeżywamy na przełęczy Goprowców. Nie ma ich

A moja pieczątka w GOTowej książeczce??? Ucinamy sobie krótką pogawędkę ze starszym małżeństwem pod szlakowskazem na przełęczy i zmieniamy plan. Państwo odradzili nam zejście do Wołosatego - ponoć woda sobie ładnie szlakiem płynie - wybieramy zatem dłuższy wariant i zejście Szerokim Wierchem.
Dobra dobra...Siodło trzeba zdobyć....Oj kryzys, KRYZYS nawet...Ja się tu położę i umrę - dobrze Kasia?...Do walki zagrzewa mnie jednak mała ptaszyna, drozd chyba (nie dał sobie zrobić zdjęcia). Zacząłem żartować, że to mój Anioł Stróż. Po drodze spotykamy jeszcze całkiem malowniczą grupę, chyba terapeutyczną...Zanim zdobędzie się Tarnicę trzeba dobrze zjeść - zatem dojadamy co nam zostało w plecakach (zostawiając oczywiście żelazną rezerwę i wdrapujemy się na najwyższy szczyt. Widoki piękne



Późno się robi więc ruszamy dalej, jeszcze tu wrócimy, jak będzie lepsza pogoda (marny ze mnie prorok)

Bez zbędnych przystanków przemierzamy Szeroki Wierch...Las zaczyna nas już nieco frustrować ...ileż cholera mozna tym lasem (oj można dłużej co się jeszcze okaże). W końcu dotarliśmy
Ja zmęczony

Kaśka refleksyjna

Kierujemy się do Eskulapa - będziem przechodzić rehabilitację. Nie, nie Szanowni Czytelnicy, nie piwem. Przepysznym barszczem z uszkami, do dziś pamiętam ten smak. Dziś też kilka spojrzeń w naszą stronę, ale już takie inne, akceptujące...dobrze nam z tym...jeszcze tylko parę chwil i kwatera...ciepło i sucho...myjemy buty...myjemy się...wskakujemy pod kołderkę i zapadamy w głęboki sen....
I tak minął dzień, wieczór i poranek, drugiego dnia