Wspomnienia włóczęgi.

Wspomnienia włóczęgi.

Postprzez włóczęga » 9 lip 2011, o 16:17

Podobno moje relacje podobały się kilku osobom. Pochwaliłem się, że takich relacji /wspomnień/ z różnych gór mam sporo, więc na życzenie zamieszczę kilka w tym miejscu. W związku z tym, że są to opisy pobytu w różnych górach - a nie chcę ich rozdzielać - zamieszczę je w jednym miejscu. Nie będą wstawiane chronologicznie, bo byłoby tego zbyt dużo. Zamiszczę kilka, które moim zdaniem są ciekawe, a przybliżą wam moje wędrówki. Niech będą zachętą do poznawania takich miejsc i może skłonią was do poznania ich kiedyś w realu. Może dla niektórych będzie to tylko wspomnienie?
włóczęga
Stonka bieszczadzka
 
Posty: 28
Dołączył(a): 28 maja 2011, o 17:03

Re: Wspomnienia włóczęgi.

Postprzez włóczęga » 9 lip 2011, o 16:43

Na ferracie.
22 czerwiec 2008 /Dolomity/.

Obudziłem się jak zwykle pierwszy. Na zegarku nie było jeszcze nawet godziny 5.00.
Wstałem i porobiłem zdjęcia kampingu i naszych namiotów.
Tego dnia zaplanowany był dwudniowy wypad w leżące w pobliżu góry należące jeszcze do grupy Marmolady, choć będące jej zachodnim skrajem. Trochę już pogubiłem się w tych wszystkich regionach, ale zdałem się osoby prowadzące.
Wyszliśmy nie za wcześnie, co było zapewne błędem. Po przejściu przez nasze miasteczko Pozza di Fassa i Meida ruszyliśmy asfaltem w głąb doliny Val de Sen Pelegrin. Później ostro pod górę. Ładna ścieżka była ścieżką męki, a to ze względu na bardzo dużą wilgotność powietrza. Zapewne zdajecie sobie sprawę, gdzie i w jakich ilościach zalewał nas pot. Ścieżka pnąca się coraz wyżej i wyżej była jednak piękna. Szliśmy w pewnych odstępach. Nikt nic nie mówił. Każdy sam walczył ze swoim wysiłkiem i pokonywał zmęczenie. Oddech stawał się coraz krótszy, ale wszyscy walczyli z wysokością.
Im wyżej wchodziliśmy, tym ukazywały się coraz piękniejsze widoki. Coraz rzadziej rosnące drzewa odsłaniały widok na minioną dolinę oraz strzeliste turnie jeszcze bardzo wysoko ponad naszymi głowami. A przecież tam mieliśmy wejść. Podejście nas męczyło, ale dążyliśmy z jakimś niepohamowanym zapałem właśnie tam gdzie najwyższe wierzchołki dotykały nieba.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Upajając się widokami i robiąc zdjęcia nie zwróciłem uwagi, że pozostałem w tyle. Dotarłem do stromego progu, z którego spływał wodospad. Skała była mokra. Plecak ciążył, aparat i kijki utrudniały wspięcie się, a oni już wyżej. Ale to nic.
Po niedługim czasie dotarliśmy do biwaku Zeni, gdzie mieliśmy nocować. Była jednak dopiero godzina 12.00. Dobrze, że biwak był pusty.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Odpoczywaliśmy około dwóch godzin. Leżeliśmy na trawie patrząc na przepływające ponad nami i skalistymi turniami niewielkie, zdawałoby się puszyste obłoczki. Robiliśmy zdjęcia doliny, ścian i poszarpanym szczytom. Zachwycałem się widokiem drzewek rosnących w tak niedostępnych miejscach na pionowej skale i wyobrażałem siebie sam w tych miejscach. Ale dotarcie tam było dla mnie niemożliwe. Wzrok jednak tam sięgał i zatrzymywał się a chwilę. Jakże było pięknie i spokojnie. Odpoczęliśmy i ruszyliśmy wyżej. Tam gdzie tacy ludzie jak my pragną się znaleźć. Na szczyty i na przełęcze. Ku niebu i wiatrowi hulającymi na graniach. Ku prażącemu coraz mocniej słońcu. Ku naszym marzeniom i pragnieniom.
Podejście na Przełęcz Valacia był niesamowity. Takim stromym piarżystym żlebem jeszcze nigdy nie podchodziłem. Posuwaliśmy się bardzo powoli. Tak się w każdym bądź razie nam zdawało. Dwa kroczki do przodu i jeden krok zjazdu w dół. O rany. Dopiero, gdy dotarliśmy do płatów śniegu, zeszliśmy nań i poszło trochę szybciej. Jakie to trudne – w sensie meczące – wie tylko ten, kto chodził po takich bezdrożach. A jednak tego chcieliśmy i tym byliśmy zachwyceni, szczególnie, gdy kończył się ten odcinek.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Stanęliśmy na przełęczy. Wysokość 2468. Do szczytu Undici /2507/ było już niedaleko. Trochę trawersu, zejścia, podejścia i już… Jakie to wszystko proste. Zaraz po 15-tej byliśmy u celu. Na szczycie byliśmy tylko my tzn. ja i moi znajomi. Oczywiście trzeba było pochłonąć wszystko, co wokół i porobić zdjęcia - na tle Marmolady, z widokiem na głębokie doliny itd. Dopiero w takich miejscach, po napiciu się zimnego napoju i spojrzeniu na cały świat z góry, człowiek zaczyna rozumieć, że wato było pomęczyć się kilka godzin. Chociażby na szczycie stało się kilka minut – to naprawdę warto. Nie tylko, dlatego, że widok ze szczytu jest piękny, warto, bo coś się samemu osiągnęło, bo nie przyszło lekko, samo, przypadkowo. Po prostu coś się zdobyło. Są to większe, lub mniejsze zwycięstwa. Przede wszystkim nad sobą. Nagrodą są widoki i satysfakcja. Tą każdy przeżywa indywidualnie.
Ruszyliśmy w drogę powrotną. Trochę problemu przysporzył tylko „nasz” stromy piarżysty żleb. Oj chyba na długo go zapamiętam.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Wieczorem przy biwaku na wysokości 2100m było małe ognisko, mała herbata z prądem i małe pogaduszki z małą grupką. To były niezapomniane chwile. Wieczorny chłód skłaniał do wejścia do biwaku i zanurzenia się w puchowym śpiworze, ale widok zarysu skał na tle atramentowego nieba i widok maleńkich światełek połyskujących daleko w dolinie zachęcał do trwania na zewnątrz. Do tego jeszcze dobre towarzystwo i te „żywe” płomienie sypiące czerwono złotymi iskierkami. I te wspaniałe pogawędki wśród odgłosów posykiwania ogniska, i szumu wiatru w turniach ponad głowami i ciszy, ciszy niezmąconej niczym. Natura wokół nas grała i nuciła nam najpiękniejszą górską pieśń. Gwiazdy migotały nam życząc dobrej nocy i pięknego następnego dnia. Dopiero późna noc utuliła nas w najpiękniejszym, zdrowym śnie.
Chociaż nocleg miałem super wstałem bardzo wcześnie. Jak zwykle pierwszy. Już koło godziny 5.00 robiłem zdjęcia złotym ścianom skalnym i zielonym dolinom zalanym poranną mgłą. Dwie godziny włóczyłem się po okolicy zanim wstali pozostali. Szkoda dnia, ale to ich sprawa. Ja rozkoszowałem się miejscem. Słońce coraz bardziej rozpraszały dolinę i wyostrzało cały widok. Szczyty zdawało się rozgrzewały do gorąca. Wbijały się swymi złotymi iglicami w błękitne niebo. Tam gdzie ja stałem był jednak jeszcze cień i odczuwało się chłód poranka.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

O godzinie 9.20 ruszyliśmy na ferratę Gadotti. Dobrze ubezpieczona, chociaż na niektórych półkach nie było liny i tam budził się we mnie wewnętrzny lęk, prowadziła najpierw na szczyt Dodici. Oczywiście nie tak bezpośrednio. Była przełęcz, zejście i jeszcze raz podejście. Były do pokonania pionowe ściany i męczące podejścia. Brzęczały karabinki i słychać było nasze ciężkie oddechy. Wchodziliśmy z ciężkimi plecakami coraz wyżej. I znowu pojawiały się nowe widoki na zielone doliny i leżące w dole kolorowe miasteczka, od których chociaż na trochę chcieliśmy uciec. Tam życie toczyło się swoim normalnym rytmem. Nam rytm wybijały nasze mocno bijące serca i nasze pulsujące skronie. Zatrzymaliśmy się na szczycie przy krzyżu, który górował nad naszym miasteczkiem Pozza i naszym kampingiem. Patrzyliśmy w dół. Aż chciałoby się skoczyć i lecieć, lecieć i lecieć. Jak ptak.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Później stromo bardzo sypkim żlebem w dół. Kamienie się sypały, ale na szczęście nie poturbowaliśmy się nawzajem. Kolega złapał jakąś kontuzję uda, gdy obsunął się mu spod nóg śnieg. Na szczęście nic poważnego. Aby dostać się na następny szczyt musieliśmy zejść znacznie w dół, a później z mozołem znowu robić strome podejście. Ktoś spytałby, po co to? Chyba nie potrafię odpowiedzieć, ale tego chcieliśmy. Było stromo i niebezpiecznie. Sypka skała pod nogami i długie przeloty między kotwami nakazywały nam z całą uwagą dbać o właściwe ubezpieczanie się sprzętem asekuracyjnym. Dobrze chociaż, że skryci byliśmy przed palącym słońcem. Sam wysiłek rozgrzewał nas bowiem zupełnie wystarczająco.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dalej najprościej pisząc było podejście, przejście przez wielką łąkę, która później z daleka wyglądała jak dwa, albo trzy boiska piłkarskie, dalej znowu strome zejście kominem i znów podejście piargami. Pewnie to wszyscy chodzący po górach potrafią sobie wyobrazić, ale widoków – zapewniam, że - nie. To trzeba ujrzeć przez zalane potem oczy, gdy zrzuca się z siebie mokry od zmęczonych spoconych pleców plecak i gdy chłodny wiatr owiewa rozgrzane ciało, a gorące słońce suszy mokrą skroń, wtedy czuje się najlepiej smak gór.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Po godzinie 14-tej dotarliśmy do naszego następnego celu, do szczytu Valacia. Z tego szczytu mogliśmy popatrzeć na trasę, jaką przeszliśmy. Powiem szczerze, że i mnie samemu trudno było uwierzyć, że pokonywaliśmy te ściany i żleby. Poczułem się mocny. Jakaś duma i radość mnie rozpierały. Ale bez przesady. To tylko część sukcesu. Jest coś w tym jednak. Tak rodzi się pasja zdobywania, osiągania czegoś nowego. To tak jak dziecko cieszy się ze swoich pierwszych kroczków, cieszy się, że nauczyło się jeździć na rowerze, a później, gdy osiąga sukcesy w nauce. My również osiągnęliśmy coś nowego. Czyż nie można być z tego dumnym? Ferrata Gadotti jest nadzwyczaj widokowa.
Później już tylko w dół, w dół i w dół.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Ależ w tych dolinach jest pięknie. Górne ich piętra całe skaliste, skąpane w chylącym się ku ostrym graniom słońcu. Wydawałoby się, że puste, ale tam przyroda tętni mnóstwem życia. A niżej….
Niestety nie potrafię tego wszystkiego opisać. To zbyt trudne, a właściwie to dla mnie niemożliwe. Nie wiem, czy najlepszy literat potrafiłby wylać na papier to, co widzi ludzkie oko w takich miejscach.
Znowu szedłem na końcu. Nie potrafiłem się spieszyć. Musiałem mieć czas i spokój.
Grupa czekała w uroczym schronisku. Tam zrobiliśmy przerwę.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Schodziliśmy razem, ale po pewnym czasie znowu zostałem w tyle. Jakie mijałem piękne limby. I te kwiatki wyłaniające się z soczystych, zielonych traw, jakby skłaniały się do mnie i machały swymi delikatnymi bajecznie kolorowymi płatkami. Jakaś stara opuszczona zagroda zachęcała, aby przysiąść w jej cieniu i zostać – może na chwilę, a może na zawsze. A te zostawione z tyłu szczyty zdawały się wołać z wiatrem „nie odchodź”. I tak znowu szedłem z tyłu sam pogrążony w myślach, jak włóczęga zmierzający do nikąd.
włóczęga
Stonka bieszczadzka
 
Posty: 28
Dołączył(a): 28 maja 2011, o 17:03

Re: Wspomnienia włóczęgi.

Postprzez skazaniec » 9 lip 2011, o 20:21

miałeś rację Szanowny Włóczęgo :) kto nie przeczytał ten traci - świetnie się to czyta :)
Wędrowny Psychopata Gawędziarz
Avatar użytkownika
skazaniec
Zakapior bieszczadzki
 
Posty: 1534
Dołączył(a): 13 mar 2011, o 16:27
Lokalizacja: Lublin

Re: Wspomnienia włóczęgi.

Postprzez lidkru » 10 lip 2011, o 13:08

o rany, powiem tylko tyle, ze nie mogę doczekać sie kolejnych Twych opowieści, :)
...Właśnie przed chwilą zbiegłam z zakładu
Dla niepoprawnych marzycieli...
Avatar użytkownika
lidkru
Zakapior bieszczadzki
 
Posty: 3206
Dołączył(a): 15 lut 2011, o 13:36
Lokalizacja: Kujawy

Re: Wspomnienia włóczęgi.

Postprzez włóczęga » 17 lip 2011, o 05:55

…a nad nami było tylko niebo


Stałem nad brzegiem błyszczącego złotą barwą jeziora. Słońce właśnie wychylało się zza widniejących w oddali gór i wysyłało swe poranne promienie na uśpioną jeszcze okolicę. Wokół panowała cisza. Delikatne fale podpływały do mych stóp i szeleściły dając ukojenie całemu zmysłowi słuchu. Delikatne odbicia gór słońca i okolicznej zieleni, w czystej wodzie uspakajało wzrok. Nic nie mąci-ło tej zaczarowanej krainy. Stałem wtapiając się w otoczenie.
Byłem gotowy do ruszenia na następną moją wyprawę. Celem tego dnia był Triglav. Byłem na nim już dwukrotnie. Za każdym razem zdobywałem go w ciągu jednego dnia. Tego dnia również miałem taki zamiar, tyle, że z jeszcze innej strony i tym razem z żoną. Ona również nastawiła się na osiągnięcie tego celu. To było dla niej jesz-cze większe wyzwanie niż dla mnie. Myślałem o tym stojąc nad brzegiem jeziora Bled, patrząc na wysokie góry na zboczach, któ-rych widoczne były spore połacie śniegu. Tego roku musiało być go dużo skoro do 17 czerwca jeszcze nie stopniał całkiem nawet na południowych zboczach.
Pogoda zdawała się być pewna.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Wyjechaliśmy z kampingu o 7.20 – tak więc nie za wcześnie. Doje-chaliśmy do miejsca w głębi Alp Julijskich zwanego Rudne Polje, gdzie na parkingu pozostawiliśmy samochód i o godzinie 8.20 wy-ruszyliśmy na szlak. Drogowskaz wskazywał, że na szczyt Triglava potrzeba 6-ciu godzin. Tak więc po 14-tej powinniśmy być na miej-scu, a przy dobrym tempie – wcześniej. Na początku szlak prowadził lasem. Później wyprowadził nas na zbocze skąd idąc można było podziwiać widniejące doliny. Rozpościerały się pod nami niczym zielone kobierce. Czyste, piękne i niezwykle rozległe muskały „stóp” stokom wybijającym się ku błękitnemu niebu. Wędrowanie w tej okolicy mogło nacieszyć do końca takiego włóczęgę jak mnie, ale cel nasz na ten dzień był wiele, wiele dalej i wyżej. Posiłek z widokiem na maleńkie z tej odległości owce snujące się po dnie doliny, z delikatnym szumem wiaterku muskającym ponad naszymi głowami korony drzew rozleniwił nas nieco i trzeba było szybko wyruszyć by nie zamarzyć się nad pięknem tego miejsca i nie przespać w trawie kilku godzin.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dotarliśmy do kotlny zwanej Jezerce. Otaczały nas szczyty o mocno ośnieżonych stokach. Woda z roztapiającego się pod wpływem słońca stoku, powodowała, że trawiaste dno kotliny nasiąkało jak gąbka. Ruszyliśmy na zachód pod śnieżny stok. Słońce paliło, a od ziemi unosił się delikatny chłód. Mimo okrycia głowy, czułem, że żar nagrzewa zbyt mocno moją głowę. Zgarnąłem śniegu, by rozpuścić go na włosach, skroniach i szyi. To przyniosło chwilową ulgę. Wejście po śniegu, a później po sypkim piargu wymagało wykrzesania z siebie sporej ilości sił. Na przełęczy Studorski Preval (1892m) można było odetchnąć. Picie, zdjęcia, chwila wytchnienia i można było ruszyć na piękny trawers góry Tosc. Nowe widoki na nowe doliny uprzyjemniały długie okrążanie góry. Dobra widoczność pozwalała sięgać wzrokiem nawet bardzo odległe szczyty. Jakże były piękne i potężne. Jakże nieznane. Nie potrafiłem rozpoznać, czy podać nazwy jakiegokolwiek ze szczytów. A na Triglav szedłem po raz trzeci. A może warto byłoby wyruszyć kiedyś w te nieznane mi miejsca. Obiecałem sobie, że następnym razem.
Minęły trzy godziny marszu. Powinniśmy zbliżać się do schroniska Vodnikov Dom. Tam planowaliśmy chwilę odpoczynku. Czas mijał, posuwaliśmy się do przodu, ale zza zbocza wcale nie wyłaniało się żadne schronisko. Dopiero po jakimś czasie, gdy byłem już mocno zniecierpliwiony ukazał się upragniony dach.
Niestety zbliżała się już czwarta godzina marszu. Prawie godzina opóźnienia. To nie dobrze. Szło nie według planów. Godzina straty w połowie drogi. Do tego jeszcze schronisko było zamknięte. Całym pocieszeniem było ujęcie wody tuż przy schronisku no i…widok przed nami. Widok potężny, piękny, jeszcze odległy, ale jakże już bliski. Oczy nasze utkwione było w niego – w Triglav.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Górował nad wszystkim, sięgał i przebijał błękit nieba. Ale nie zni-kał. Jego potężny wierzchołek widoczny był w całości, a poniżej spływały po nim szaro-białe szaty. Tuż przy nim stał u jego boku, inny szczyt niejako tworzący z nim jedną całość – to Mały Triglav. Mieliśmy już cel przed oczami. Poczuliśmy większy zapał. Coś nas ciągnęło ku szczytom.
Przerwę mieliśmy krótszą niż pierwotnie planowaliśmy. Z wiadome-go powodu. Nie mogliśmy sobie pozwolić na dalszą stratę czasu. Dalsza trasa to był dalszy trawers, podczas którego niewiele zyski-waliśmy wysokości, ale zbliżaliśmy się do celu. Nie pochłaniało to wielu sił, ale czas mijał – jakże cenny dla nas. Łagodna ścieżka skończyła się na Konijsko Sedno (Konijski Preval), czyli na przełę-czy o tej nazwie. Znałem to miejsce. Byłem tu trzy lata temu, gdy samotnie wchodziłem na Triglav od strony doliny Krma. Teraz cze-kało nas żmudne podejście po osuwającym się z pod nóg podłożu. Było ciężko. Podejście zdawało się niesamowicie dłużyć. W gorą-cym słońcu wylewaliśmy z siebie ostatnie poty. Znowu stosowałem metodę chłodzenia się orzeźwiającym śniegiem. Teren był ponury, szary i nie przyjazny. Nawet niewielkie ilości traw nie dawały uroku, gdyż były szare i bez żadnego kolorytu, a na pewno już nie zielone. Ubarwieniem terenu były jedynie coraz większe połacie śniegu kon-trastujące z szarobrunatną skałą. Jedynym żywym kolorem był błękit nieba. Chociaż i ono zaczęło coraz bardziej pokrywać się płynącymi obłokami.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Zbliżaliśmy się do schroniska Dom Planika. Tereska zmęczona ru-chomymi piargami skróciła drogę podchodząc w prostej linii po śniegu. Było dość stromo, więc nie całkiem bezpiecznie, ale rozu-miałem ją. Straciła sporo sił na tym podejściu. Chciała być jak najszybciej w schronisku i tam odpocząć. Szła wolno, ale równomiernie. Dotarła przede mną. Przy schronisku było cicho i pusto. Wewnątrz również. Po prostu było zamknięte. W zeszłym roku o tej porze sąsiednie schronisko było czynne, a tu drugie już z kolei, jeszcze nieotworzone. Trochę mnie to zaniepokoiło. Przecież w razie problemów braliśmy pod uwagę, że przenocujemy w którymś z nich. Taka ewentualność, więc odpadała. Trzeba było decydować. Była godzina 14.30. Późno. Do szczytu jeszcze 1g30min. Wahałem się. Myślałem. Pustka i tylko wiejący wiatr panowały na płaskowyżu, na którym staliśmy. Wierzchołek Triglava ukrył się w niewielkiej chmurze, ale wokół zbierał ich się coraz więcej. Wszystko zdawało się być przeciwko nam. Podejście na szczyt znałem. Problemem, którego nie mogłem przewidzieć mógł być tylko śnieg. Było go sporo, ale nie wiedziałem czy na samym szlaku. „W kominkach będzie na pewno” – myślałem wtedy. Zwlekałem z decyzją – wpatrując się niby w okolicę. Wtedy jednak myślałem tylko o jednym – co robić? Tereska wstała i powiedziała, że pora ruszać – miała na myśli „do góry”. Bardzo chciała tam wejść. Podziwiałem ją. Przecież nigdy nie miała takiego samozaparcia. Po ponad sześciu godzinach jeszcze chciała iść wyżej. To do niej niepodobne – a jednak. Nie chciałem zrobić jej zawodu, ale decyzja MUSIAŁA być rozsądna. Jeszcze raz szybko obliczyłem czas wejścia i zejścia na sam dół.
Ruszyliśmy. Ku szczytowi.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Zdecydowaliśmy się, więc mocnym tempem natarliśmy na kopułę szczytową. Najpierw przez śniegi, potem skośnym trawersem, dalej zaśnieżony kominek, gdzie lina zabezpieczająca była pod śniegiem. Wszystko szło sprawnie. Trochę wspinaczki, przed którą był szybki kurs posługiwania się lonżą i karabinkami. Niebawem staneliśmy na Małym Triglavie. Widoki były piękne. Chmury były powyżej. Za-słaniały tylko najwyższy punkt. Nasz cel.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Przejście po grani. Znowu wspinaczka. Niezbyt trudna, ale do góry. Ze szczytu schodzą cztery osoby. Nareszcie jacyś ludzie. Zrobiło się na duchu raźniej. „Nie jesteśmy tu sami. To dobrze” – pomyślałem. Czterej mężczyźni schodzili powoli. Nie szło im to najlepiej, ale sobie radzili. Minęliśmy się z nimi i dalej do góry. Zmęczenie dawało się we znaki. Szczytu nie było widać. Tereska usiadła zrezygno-wana. Nie miała sił. Miewa takie chwile i wtedy trudno mi ją prze-konać, że trzeba iść. Wyczuwałem, że jesteśmy tuż-tuż. Rezygnowa-ła. Zrobiłem kilka kroków dalej i ujrzałem Aljażev Stolp (Wieża Aljaża), która wieńczy wierzchołek. To już tylko kilka minut. Tere-ska nie wierzyła. Sądziła, że chcę ją tylko zmotywować do powsta-nia. „Teresko – weszłaś 8 godzin, jeszcze tylko 2 minuty – proszę”. Czułem wewnątrz jakieś nerwy. Przecież musi już wejść. W końcu uczyniła kilka wolnych kroków. Pomału doszła do końca. Widziałem jej twarz. Ukazywała cały wysiłek. Zabrakło nawet miejsca na delikatny chociażby uśmiech. Mimo to była wspaniała. To naprawdę wielki szczyt.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Zrobiłem kilka zdjęć. Chmury rozpływały się nieco i pozwalały ujrzeć, co było u naszych stóp.
Byliśmy na dachu Alp Julijskich. Czułem jednak jak byśmy byli na dachu świata. Byliśmy na Triglavie, a nad nami było tylko niebo.
Poza radością, czułem jednak jakiś niepokój. Może nawet ten niepokój był większy niż radość. Odczuwałem kiedyś taki stan już dwukrotnie. Było to, gdy dwukrotnie stałem samotnie na szczycie Olimpu. Nikogo wokół. Zawsze wtedy zaraz schodziłem i te obawy mijały. Gdy poprzednio byłem na Triglavie nie odczuwałem tego, gdyż za pierwszym razem, mimo, że podchodziłem samotnie – na szczycie nie byłem sam, a za drugim razem wszedłem z kimś doświadczonym. Teraz byłem z kimś, o kogo się bałem, o kogo musiałem się wyjątkowo trszczyć. Nie chciałem przedłużać pobytu na górze, tym bardziej, że weszliśmy tam o 16.07.
Zejście szło sprawnie. Zmęczenie jakby minęło. Schodziliśmy bez wpinania się w linę. Mimo, że z dwóch stron były kilkusetmetrowe przepaście, szliśmy spokojnie trzymając się tylko stalowej liny. Z małego Triglavu znowu mieliśmy piękne widoki. Poznawałem znane mi doliny Krma i Vrata. Poznawałem daleko widniejące schroniska Dom Vodnika, Dom Valentina Stanica i te bliższe – Dom Planika, ku któremu schodziliśmy i Triglavski dom, przy którym kręciło się kilkoro ludzi. To ostatnie było chyba czynne. Po lewej stronie w dole bielił się rozległy Triglavski Ledenik (Triglavski Lodowiec). Mało było jednak czasu na to, by całkowicie zaspokoić swój wzrok. Czas na zrobienie zdjęć musiałem jednak znaleźć.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Sprawnie zeszliśmy do Domu Planika. Zejście po śniegu było prawie zbiegnięciem, więc tam nadrabialiśmy czas. Gorzej było poniżej schroniska, gdzie mieliśmy do pokonania sypkie piargi, ale jakoś poszło. Trawersy były łatwe, choć długie. Pomału znikał nam ON.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Na zboczach pojawiały się kozice. Otoczenie nabierało ciemniej-szych kolorów. Coraz ciemniejszych. Zbliżał się wieczór. Mieliśmy czołówki, ale chcieliśmy zejść jak najszybciej. Blisko parkingu było już prawie całkiem ciemno. Miałem nadzieję, że na spotkanie nie wyjdzie nam jakiś misio. Nie wyszedł. I dobrze. Szczęśliwie kilka minut po 22-giej byliśmy już przy samochodzie na Rudno Polje.
Tego dnia wieczorem ledwo się umyłem. Pijąc piwo w namiocie zasypiałem przy stoliku.
włóczęga
Stonka bieszczadzka
 
Posty: 28
Dołączył(a): 28 maja 2011, o 17:03

Re: Wspomnienia włóczęgi.

Postprzez włóczęga » 16 lis 2013, o 17:48

Samotny wyjazd.


Nie jest łatwo wyjeżdżać samotnie w tak odległe miejsce. Decyzja jednak zapadła już kilka miesięcy temu i wcale nie miałem zamiaru z niej rezygnować. Ciągnęło mnie w góry, więc uzupełniłem potrzebny mi sprzęt, spakowałem do samochodu i wyruszyłem. Co prawda miałem wstępne plany, gdzie chciałbym się zatrzymać, gdzie pochodzić, ale nawet , gdy zatrzymałem się na parkingu, po przejechaniu 1000 kilometrów, gdzie miałem się przespać, nie wiedziałem jeszcze, w które miejsce zawitam. Byłem blisko Słowenii i Alp Julijskich. Do Dolomitów brakowało mi niecałe 300 kilometrów, a jeszcze bliżej miałem do Alp Karnickich w Austrii, które też były również brane pod uwagę. Przed wyjazdem obejrzałem zdjęcia i relację z tych gór. To było coś dla mnie. Zainteresowało mnie przejście granią z miejscowości Sillian w kierunku wschodnim. Opis i zdjęcia wskazywały, że nie jest to zbyt trudne przejście, a ewentualne szczyty można zdobywać, lub je obejść. Jedynym, ale bardzo istotnym problemem dla mnie był jednak ciężar plecaka. Jeszcze w domu spakowałem duży plecak ze wszystkim, co potrzebne byłoby mi na taką powiedzmy czterodniową wyprawę. Ważył prawie 20 kg. Oczywiście miałem też w nim namiot. To trochę dużo. Przy rozważaniach brałem pod uwagę noclegi w schroniskach, ale czy rezygnować wtedy z namiotu? A jeśli nie będzie miejsc? A jeśli nie dam rady dojść do schroniska? A może lepiej nocować w namiocie? Kręciła mnie ta przygoda, ale nie byłem wcale taki pewien, czy jej podołam. Postanowiłem podjąć decyzję na miejscu.
Odpoczywając przed nocą na parkingu koło Klagenfurtu wiele myśli krążyło mi po głowie. Zaczęło lać. Grzmiało. Na horyzoncie jednak pięknie zachodziło słońce. Co przyniesie poranek i jakie będą moje decyzje? Tego nie wiedziałem nawet ja sam. Zmuszałem się do pozytywnego nastawienia.
Spałem prawie 8 godzin. Wypocząłem. Z dolin, z zielonych lasów unosiły się mgły, podczas, gdy na wschodzie przebijało się już słońce. Cóż za piękny poranek. Jak będą budziły mnie takie widoki, to … Byłem zachwycony.
Ruszyłem w stronę Alp Karnickich. Za Villach zjechałem z autostrady i piękną doliną zmierzałem na zachód. Po prawej stronie mogłem podziwiać Alpy Gailtalskie, a po lewej Karnickie. Mijałem po drodze kampingi, na których chętnie bym się zatrzymał, bo cała okolica zachęcała do wyjścia z samochodu i ruszenia ku szczytom, ku coraz mocniej grzejącemu słońcu. Jechałem jednak dalej. Zza zielonych gór coraz częściej wyłaniały się skaliste niebosiężne szczyty.
„To ja po takich górach mam wędrować samotnie z tym swoim ogromnym plecakiem? Przecież to niemożliwe”.
Dojechałem do Kotschach-Mauthen, gdzie znajduje się kamping Alpencamp. Myślałem o nim jeszcze w domu, że może tam też zawitam. Mimo, że była niedziela zajrzałem do sklepu, aby kupić lepszą niż moja mapa Kompass, która obejmowała zasięgiem tylko zachodnią część A. Karnickich. Kupiłem inną obejmującą też wschodnią część, ale również tylko w skali 1:50000. Nie całkiem mnie to zadowoliło, ale cóż.
Postanowiłem zatrzymać się na tym kampingu, wyjść ze dwa razy w te nieznane mi góry i postanowiłem podjąć decyzję później, jeśli chodzi o tą czterodniową wyprawę.
Kamping był bardzo fajny. Niezbyt wielki, ale za to czyściutki i atmosfera panowała wspaniała, o czym przekonywałem się również później, podczas całego pobytu. Zapłaciłem za 3 dni pobytu po 17,20 euro za dobę.
Po rozbiciu namiotu usiadłem i przyglądałem się okolicznym szczytom i mapie, na której widniało mnóstwo tras. Niestety nie podane były czasy dojść. W nieznanych mi górach bardzo by mi się takie wskazówki przydały, ale to nic. Znalazłem na mapie nieodległą ferratę. Spakowałem potrzebne rzeczy i nie zastanawiając się wiele ruszyłem pieszo przez urocze miasteczko do doliny Valentintal.
Z małymi problemami odnalazłem wejście na szlak. Przede mną szła czwórka młodych ludzi. „To dobrze” – pomyślałem. Zobaczyłem początek ferraty. Nikt na nią nie ruszał. Oznaczenie trudności „C”. Widać było tylko jej początkowy fragment. Nie spróbowałem na razie.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Idę dalej malowniczą doliną za innymi. Ciekaw byłem, co dalej ujrzę. Mapa wskazywała szlak i ferratę dnem doliny. Rzeka szumiała u stóp, przechodziłem pomostami i zboczami. Ale to przecież nie była ferrata. Nieco ubezpieczoną ścieżką szedłem coraz dalej. Po jakimś czasie doszedłem do miejsca, gdzie zwalony mostek leżał na dnie koryta rzeki. Przeszedłem przez wodę i dalej znowu ścieżką. Tu już nikt nie szedł. Znowu zerwane kładki i pomosty. Jakiś napis i strzałka wskazywały, aby skorzystać z brnięcia przez wodę. „Czy mam co pięć minut zdejmować buty?” Pionowe ściany po obu stronach rzeki były niedostępne.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Kilkudziesięciometrowe ściany odbijały szum dość wartkiej miejscami rzeki. Piękna trasa, ale nie wiedziałem ile czasu zajęłoby mi przejście całości. Chyba jeszcze ponad godzinę. Jako, że spotkane osoby zrezygnowały wcześniej, a pora nie była już wczesna, więc zrezygnowałem i ja. Zatrzymałem się jeszcze przy skale, gdzie zaczynała się ferrata. Założyłem uprząż i trochę podszedłem. Podszedłem i zaraz zawróciłem. Po chwili podszedłem kawałek z innego podejścia i … zawróciłem. „Przecież nie muszę samotnie tam wchodzić.” Wyglądało mi na to, że kawałek prawdziwej ferraty był tylko na tej skale, ale nie było to dla mnie tak bardzo istotne.
Pomału wróciłem na kamping. Przecież dopiero od dnia następnego planowałem chodzić po górach. Byłem zadowolony. Wieczorem szukałem trasy na następny dzień.



Następnego dnia.

Budzę się około godziny szóstej. Cały kamping jeszcze śpi. Postanowiłem pojechać i pójść nad jezioro Volayersee. To w pobliżu najwyższego szczytu Alp Karnickich Hohe Warte. Czytałem o tym miejscu, więc wybór padł dość szybko.
Podjechałem samochodem na ostatni parking. Ostatnie 1,5 km to jazda szutrową drogą, ale przy tych odległościach i wysokościach był to najlepszy wybór. Na parkingu były już cztery samochody. Wyruszyłem najpierw szeroką drogą, a później skrótami i po jakiejś godzinie wyszedłem z lasu na otwartą dolinę, z której widoczne już były przyciągające uwagę szczyty. Ścieżka prowadząca przez niesamowicie ukwiecone łąki pięła się coraz wyżej. Słychać było świsty świstaków, czuć zapach traw i kwiatów, a zmieniające się widoki zachęcały do żwawego kroczenia. Przystawałem co chwila, by utrwalić te miejsca na karcie pamięci swojego aparatu i pamięci w głowie.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Takie ścieżki są dla mnie stworzone. Dość długie, ale niezbyt męczące. Tylko słońce paliło i wyczerpywało. Przede mną widoczny próg, ale nie spodziewałem się ujrzeć już miejsca docelowego. Jeszcze za krótko szedłem. Nie miało to jednak dla mnie żadnego znaczenia. Miałem dość siły, więc chciałbym iść, iść i iść. Po wejściu bardziej stromym wejściem na próg, ukazały się nowe i zupełnie inne widoki. Kwitnącą dolinę zastąpiła dolina piargów i śniegu.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Bliższe też stały się skalne ściany i szczyty wzbijające się do niezmiennego błękitnego, gorącego nieba bielonego różnorodnymi chmurkami. Gdzieś przede mną był ten najwyższy szczyt, ale widok z dołu nie pozwalał na dokładne ustalenie najwyższego wierzchołka tych gór. Gdzieś wyżej, jakieś kilkanaście minut drogi przede mną widziałem dwoje ludzi zmierzających w tym samym kierunku co ja. Poza tym było pusto. Wyszedłem na przełęcz. Za sobą miałem już 2,5 godziny drogi. Dalej w dole widziałem jezioro. To mój pierwszy cel tej wycieczki. To miejsce planu minimum. Dwie tablice pomogły mi zapoznać się z otaczającymi szczytami. Ten po lewej stronie to Hohe Warte. Nie myliłem się, tyle, że teraz widzę jego główny wierzchołek. Schowany nieco w tyle, ale jeszcze dość wysoko. Czy dostępny dla mnie? Jeszcze o tym nie myślałem, choć ….

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Ruszyłem w stronę jeziora. Może nie było tak piękne, jak niektóre, jakie już widziałem w różnych górach, ale potrafiło również zachwycić. Od strony z której szedłem witała woda i kwiaty, podczas, gdy z drugiej strony, woda spajała się z głazami i piargami studzącymi się w zimnej wodzie. Po prawej stronie stało schronisko, gdzie chwilę odpocząłem.
Po kilkunastu minutach skierowałem się na przełęcz Volaja, gdzie była granica austriacko-włoska. Z niej widoczne już był schronisko Lambartenghi. Udałem się do niego, by odnaleźć trasę na sientiero prowadzące na szczyt góry, którą pożądałem. Wiedziałem, że muszę trochę zejść na włoską stronę, aby później od strony południowej wspinać się w stronę szczytu. Oznakowanie było jednak nie najlepsze. Nie miałem też nigdzie – ani na mapie, ani na znakach – podanego potrzebnego czasu. Ludzi idących w tamtym kierunku też nie było. Postałem, pomyślałem, pomarzyłem i … ruszyłem znów na stronę austriacką, nad jezioro. Coż, nie dla włóczęgi taki szczyt. Może lęk, a może nawet i nie on spowodował, że taka była moja decyzja. Zastanawiałem się na czym zależy mi na tym samotnym wyjeździe? Doszedłem do wniosku, że wcale niekoniecznie na zdobywaniu takich szczytów jak Hohe Warte. Zrobiłem już 800 metrów podejścia w terenie bezpiecznym. Na szczyt zostało jeszcze 700 metrów. Podobno nie najtrudniejszego wejścia, ale …, nie wiedziałem, czy jeszcze ktoś tam wchodzi.
Spędziłem trochę czasu nad jeziorem. Sprzęt na ferraty nosiłem niepotrzebnie (?) w plecaku. Wcale jednak nie czułem się zawiedziony. Było super. Pooglądałem miejsca przypominające o walkach na tym terenie podczas pierwszej wojny światowej, porobiłem zdjęcia, odpocząłem. To dla mnie też ważne i potrzebne.

Obrazek

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Powrotna droga, to znowu ścieżka, śniegi, piargi, łąki i znowu te same piękne widoki. Warto było tam pójść. Może to nie szczyty moich marzeń, może nie szczyty moich możliwości, ale na pewno trafiłem w miejsce, gdzie taki człowiek jak ja powinien się znaleźć i nasycić się górami.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us
włóczęga
Stonka bieszczadzka
 
Posty: 28
Dołączył(a): 28 maja 2011, o 17:03


Powrót do Inne góry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zarejestrowanych użytkowników i 0 gości


Loading

O F I C J A L N E    F O R U M    D Y S K U S Y J N E    S E R W I S Ó W:
               

Forum bieszczadzkieforum.pl używa plików typu cookies do poprawnego działania strony, w celach statystycznych, reklamowych, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz by umożliwić logowanie zarejestrowanym użytkownikom. Korzystanie z forum bieszczadzkieforum.pl, bez zmian ustawień w używanej przez Państwa przeglądarce internetowej oznacza zgodę na wykorzystywanie technologii cookies i zapisywanie ich w pamięci Państwa urządzenia zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.